Zatonięcie polskiego jachtu w pobliżu Olandii
23 lipca 2007 09:47:41 -0000, Techt <kacper.goc@gmail.com> rozpoczął watek pt. "Katastrofa polskiego jachtu w pobliżu Olandii"  pisząc:  

Witam,
przed chwilą otrzymałem SMS od znajomego, który jest na morzu o treści:
"Mayday. Bavaria zatonęła. załoga w tratwie na pn od Olandii. Dryfujemy w kier brzegu. POZYCJA N58 11, E017 14.WEZWIJCIE POMOC!"

Centrum Koordynacyjne Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa potwierdza, że otrzymali już dwie takie informacje. Czy ktoś wie coś więcej o tym wypadku?
Pozdrawiam,
Kacper


Wywiązała się dyskusja z którą w całości można zapoznać się w archiwum. Najbardziej cenne były w niej posty Marcina Mareckiego, skipera którego jacht zatonął i które zamieszczone są poniżej.  

On 31 Jul 2007 16:22:24 +0200, Marcin.Marecki@intel.com (Marecki, Marcin):
Witam,
Pisałem na grupę jeszcze w zeszłym tygodniu, ale teraz mam nadzieje uda się wysłać.
Prowadziłem rejs w którym Blue Dream (Bawaria 410) zatonął. Czytałem to, co grupa pisała i myślę cokolwiek napisać bezpośrednio.
To, co przeczytałem to sensowne wypowiedzi i racje maja właśnie: Samotnik, Jaromir i Jacek Kijewski, (bo nie słucha gazet, a gazety również z ciekawości prześledziłem.)
Tyle, co chcę teraz napisać ku wiedzy, a nie będziecie się zastanawiali, to awaria nastąpiła o 0430.
Pogoda była przyzwoita wiatr wschodni 5-6B (do 12m/s) morze 3, szliśmy akurat półwiatrem z Oxelosund (chyba tak to się pisze) na Olandie.
Przez 20 minut tłumiliśmy skutki awarii linami i rumplem awaryjnym, trzon steru walił po achterpiku i było ryzyko zmiażdżenia ręki, dłoni.
Przeciek nie był jakiś dramatyczny, ale się nasilał trudno było go zastopować jak również skutecznie przeciwdziałać. (Koszty do zysków - siły załogi).
Do lądu mieliśmy ok. 15Nm
Po tym czasie w mesie było już wody do pół łydki, czyli ok. 30cm ponad gretingi, jakby nie proporcjonalnie. Myśl, jaka mi przeszła przez głowę, to, że źle oszacowałem przeciek, co nie miało większego znaczenia, bo liczyły się fakty.
Gdzieś przed piątą powiedzmy 0450 wysłałem pierwszego mayday fonicznie, potem po 5 minutach następnego i jeszcze jednego po następnych.
Mayday pozycja i takie tam.
Bez specjalnego odzewu. Wtedy uruchomiłem DSC i ruszył automat. Czyli +/- chwile po 0500.
Również w tym czasie załoga miała się ciepło ubierać i szykować do opuszczenia jachtu...Ubrania, jedzenie, picie, dokumenty, mapa, sygnalizacja, otwieracz do puszek, łyżki, nawet zapalniczka, bety w wodzie na linie i inne głupoty czasu mieliśmy wystarczająco dużo, wiec spokojnie.
Szczerze mówiąc bez gwarancji odebrania wezwania o pomoc, miałem w perspektywie kilkunastu godzin lądowanie w szkierach i brak jakiejś głupoty mógł być sporym utrudnieniem.
Z rumplem awaryjnym postanowiłem szurfować z wiatrem do brzegu na foku. Potem już tylko na maszcie ze względów bezpieczeństwa, były obawy o wywrotkę przez dziob.
Miedzy 5 a 6 jeszcze się zastanawiałem jak przydławić przeciek, trzon steru miał trzy stopnie swobody.
Gdy opuszczaliśmy jacht to utrzymywał się na wodzie w stanie równowagi, ciężar załogi na rufie, środek ciężkości jachtu bliżej dziobu. Pokład na dziobie to właściwie był na poziomie morza.
Ważąc za i przeciw wybrałem taki a nie inny moment na otworzenie tratwy.
Gdy znaleźliśmy się na tratwie to jacht ustawił się w pozycji na Titanica i w ciągu +/-5-10 minut schował się pod powierzchnia. Nie uważam, ze zeszliśmy w ostatnim momencie, to była reakcja na odciążenie rufy.
Samo opuszczenie i odejście tratwa od tonącego jachtu to osobna sztuka.
Jacht z trawa stanowi zestaw i wcześniej nie było dla mnie oczywiste jak się ustawi całość do kierunku wiatru a po oddzieleniu, co, z jaka prędkością będzie płynęło.
Uruchomiłem GPS, była 0604.
Dryfowaliśmy na zachód z prędkością 1 knot'a. Wiec przewidywany czas lądowania to 10-15 godzin później...gdzie ? to również było pytanie. Na zachodzie mieliśmy szkiery, co zacz, kto widział ten wie.
Rakiety wysłałem dwie w odstępie jedna z jachtu druga z tratwy, ale raczej pro forma, bo dzień był jasny. Chyba dobrym pomysłem jest, jak się okazało używanie w dzień. Pławek dymnych, bo daleko z wiatrem się niesie i smrodzi nieco więc może ktoś się domyśli.
Gdy znaleźliśmy się w zasięgu GSM wysłaliśmy aktualną pozycja SMS do naszej bazy na lądzie. Była +/-1030. Przed 11 wisiał obok helikopter. 1112 byliśmy na pokładzie.
Na tratwie spędziliśmy 5 godzin. Gdy byłem wciągany winda do helikoptera widziałem wyraźnie wyspy szkierów. Z pozycji helikoptera tratwa to punkt na morzu.
Rzygać na tratwie się chce, choć od lat mi się to już nie zdarzało. Stres, fala who knows? A co do rzygania, to wiadro na tratwie bardzo się przydało.
Oczywiście nie podaje obecnie wszystkich smaczków i szczegółów z rożnych względów, a maja one wartość poznawczo-edukacyjna (błędy i wynalazki, co się sprawdziło a co zawiodło)
Nie wiem czy ktoś cos takiego wcześniej robił, ale postaram się być na SIZ w Pucku o ile się odbędzie, wiec będziecie mogli ze mną porozmawiać.
Podsumowując, nikomu włos z głowy nie spadł wiec, raczej lepiej pójść nie mogło. Na ladzie mięliśmy kłopoty z dostępem do kasy. Moje karty gdzieś zaginęły w akcji.
Sam mam, nad czym się zastanawiać, a ostatecznie wniosków nie będę trzymał dla siebie, więc cierpliwości.
Starałem się o chronologie, starałem się opisać kluczowe momenty, szczegóły póki co, pominąłem.
Nie wyciągajcie pochopnych wniosków, bo potem idzie, ze "sekundy od śmierci i chłodnych falach Bałtyku"....bzdura
Marcin Marecki
*************************************************  

On 7 Aug 2007 18:09:27 +0200, Marcin.Marecki@intel.com (Marecki, Marcin) wrote:

No tak nie napisałem dokładniej.

Do achterpiku dostęp był przez podniesienie ławeczki sternika,
Oś steru była napędzana przez pojedynczy popychacz od kolumny koła sterowego.
Nie wyglądało, aby jakieś nakrętki się odkręciły, raczej tak jakby puściło, wysunęło się, zostało wyrwane mocowanie w pokładzie i jedynym punktem podparcia trzonu steru było łożysko w pokładzie i popychacz, jak go nazwałem.

Wiec jak rufa na fali chodziła w lewo i w prawo, a ciśnienia działały na płetwę sterowa, to cały trzon na tyle ile mógł albo opierał się o lewa burtę albo o mechanizm autopilota. W prawo 60-70 stopni a w lewo 20 stopni. No i jeszcze pozostaje trochę do przodu 20-30 stopni i ciut do tylu.
Szczerze mówiąc to po 20 minutach dno było wymielone w okolicy dolnego łożyska.
Udało nam się ustawić trzon pionowo i nałożyć przez odkręcona zaślepkę i otwór w pokładzie rumpel awaryjny.
Po ustabilizowaniu osi steru i tak ster chodził góra - dół  o 10cm.
Próbowałem go dociskać, ale to tylko siłowa zabawa. Gdyby można było pozbyć się całego trzonu ze sterem to można by pomyśleć o założeniu plastra.
Uszczelnić jachtu w tamtych warunkach nie było jak.

Tak już gdybając, to pomysłem jest uruchomienie silnika zanim woda zaleje akumulatory, cala na przód i jak to jest w małych regatówkach jest wyssanie wody z jachtu przez podciśnienie strugi opływającej jacht. Nie testowałem...niestety, wiec trudno mi ta teorie potwierdzić.

W sumie myślę, ze przy tego rodzaju akcjach warto na dzien. dobry uruchomić diesla, wyłączyć zawsze się zdąży. Ktoś widzi jakieś zagrożenia w pracującym silniku ?

A inna sprawa to warto założyć dryf kotwę na dziobie jachtu przed opuszczeniem. Luźno pływający-tonacy jest poważnym zagrożeniem.
Póki jacht nie zaryje dziobem pod wodę jest szybszy od tratwy. Później role się odwracają. Prędkość mojej tratwy oceniam na 0.5m/s. Jacht odszedł od nas na ok. 15 metrów zanim nie zarył. Czas od opuszczenia do zatonięcia oceniam na 5 minut. Stopera niestety nie włączyłem.
Ktoś cos wie o innych doświadczeniach przy opuszczaniu jachtu ?

Pozdrawiam,
Marcin
********************************************

On 13 Aug 2007 17:30:07 +0200, Marcin.Marecki@intel.com (Marecki, Marcin) wrote:
Chciałem się podzielić ciekawostką odnośnie całego zdarzenia.
Właśnie się dowiedziałem, ze odnaleziono mój portfel, który utraciłem gdzieś na tratwie.
Były tam karty kredytowe, prawo jazdy, kasa.

A co do ciekawostki to pakunek został odnaleziony, po 20 dniach dryfowania, na morzu na północ od Gotlandii. Awaria miała miejsce 15Mm na wschód od wybrzeży Szwecji. Czyli paczuszka podróżowała sobie na zachód.

Ciekawa podroż. Poprosiłem policję o zdjęcia pakunku, wiec będę wiedział co to dokładnie za rzeczy były. Znalezione prawo jazdy i pieniądze mi odeślą do domu. Reszta do śmieci.

Dziwne są ścieżki na tym świecie...
Marcin
*******************************************