Z cukrzycą na morze

Na naszej grupie 19. 06. 2002 pojawił sie następujacy post:
>Mam na imię Jarek, lat 24 i od ponad 7 lat z patentem żeglarza szwędam się po Mazurach. Jednak nadszedł czas wyruszyć na wody słone. >Jestem cukrzykiem, więc jak wtajemniczeni wiedzą, dobowy rozkład posiłków i aktywności jest bardzo ważny dla mnie.
>Rytm życia na rejsach morskich jest zgoła inny niż na rejsach śródlądowych. Stąd moja prośba do wszystkich cukrzyków, którzy pływali po morzach (są tacy prawda?) o porady dotyczące radzenia sobie podczas rejsu. Proszę też osoby, które pływały z cukrzykami o opinie, jakiekolwiek by one nie były.
>Dziękuje bardzo i życze kilo wody pod stopą

Temat ten jest bardzo ważny nie tylko dla Jarka.  Poniżej zamieszczone jest podsumowanie całej dyskusji, które zrobił Michał Marcinkowski
 

Co każdy żeglarz o cukrzycy wiedzieć może:
     Paliwem zapewniającym sprawne funkcjonowanie maszynerii, do której porównać możemy nasz organizm, jest rozpuszczona we krwi glukoza- ostateczna forma bardziej złożonych węglowodanów, pochłanianych przez nas pod postacią chleba, ziemniaków, cukierków czy piwa. Klucz do baku każdej z komórek stanowi insulina – hormon wydzielany przez komórki beta wysepek w trzustce. Cukrzyca I rodzaju – insulinozależna występuje, gdy na skutek autoagresji całkowicie zniszczone zostają komórki beta (brak klucza i dostępu paliwa) Cukrzyca II rodzaju (insulinoniezależna) wiąże się z odpornością organizmu na działanie insuliny ( pozapychane wlewy).

Pierwsza atakuje zazwyczaj młodzież i ma podłoże najprawdopodobniej genetyczne. Jak na razie leczenie jest typowo objawowe i sprowadza się do edukacji chorych i dożywotniego podawania insuliny w zastrzykach. 

Druga występuje w podeszłym wieku i najczęściej bywa skutkiem złego trybu życia i odżywiania. Leczenie polega na doustnym podawaniu leków obniżających poziom glukozy we krwi i przestrzeganiu diety.
Nie leczona cukrzyca kończy się poważnymi powikłaniami – mi in. utratą wzroku, niewydolnością nerek lub amputacją stóp.

Dalsze uwagi dotyczyć będą znanej autorowi z autopsji cukrzycy insulinozależnej.

Ponieważ najczęściej oprócz komórek beta zniszczone zostają także komórki alfa produkujące glukagon ( hormon odpowiedzialny za uwalnianie m. in. z wątroby zmagazynowanych tam zapasów cukru) organizm pozbawiony jest ograniczeń poziomów cukru we krwi zarówno z góry (insulina) jak i z dołu (glukagon).

Za wysoki poziom glukozy we krwi (niedobór insuliny) prowadzi do poważnych zaburzeń metabolizmu (kwasica ketonowa) i śpiączki cukrzycowej. By stał się groźny musi jednak trwać odpowiednio długo. 

Za niski poziom cukru we krwi (hipoglikemia) oznacza brak paliwa dla mózgu i utratę przytomności. Organizm broniąc się wydziela hormony ratunkowe, takie jak np. adrenalinę i kortyzon co nie pozostaje obojętne dla zachowania i samopoczucia. Ryzyko związane z hipoglikemią jest nieporównywalnie większe jednak większość chorych odczuwa jej zwiastuny.

Poziom cukru podnosi się na skutek spożywania węglowodanów – najszybciej działają słodycze, cukier, miód, coca-cola (od. ok. 5 min), wolniej pieczywo (ok. 30 min.) - lub po domięśniowym podaniu glukagonu (kilka minut). Bez wpływu pozostaje większość warzyw i woda.

Obniża się po podaniu insuliny (ok. 20 min. w przypadku insuliny krótko działającej) lub po wysiłku fizycznym (większe zapotrzebowanie na paliwo). Połączenie obydwu tych czynników może skutkować gwałtownym ( kilka minut) obniżeniem poziomu glukozy. Jednak sam wysiłek nie może zastąpić insuliny.

Pamiętać przy okazji należy, że wszelkiego rodzaju infekcje i stany zapalne zwiększają zapotrzebowanie na insulinę (mechanizm podobny do cukrzycy typu II – insulinoodporność)

zaś zwiększona aktywność fizyczna – zmniejsza.

Cały układ przypomina mocno niestabilną łódkę – na jednej burcie insulina, na drugiej glukoza (jedzenie).

Najczęściej stosowanym schematem leczenia, umożliwiającym aktywne życie, jest podawanie insuliny długo działającej (wolno wchłanianej) jako dawki bazowej i kilku dawek szybko działającej insuliny przed posiłkami (od 15-45 min. w zależności od miejsca wstrzyknięcia i wcześniejszego poziomu cukru). Do oznaczania glikemii (poziomu cukru) służą paski testowe, na których umieszcza się krople krwi, a następnie na drodze elektrycznego lub fotometrycznego pomiaru uzyskuje się wynik przy pomocy glukometru. 

Podsumowując:
Wyedukowany, odpowiedzialny i odpowiednio wyekwipowany cukrzyk może jeść wszystko, musi jednak wiedzieć co będzie jadł i odpowiednio wcześnie przyjąć odpowiednią dawkę insuliny. Najłatwiej zapanować nad ową rozhuśtana krypą jeśli posiłki zawierać będą jak najbardziej złożone węglowodany i mało tłuszczu. Cukry proste rozkładają się szybko – łódka zostaje szybciej wychylona, trzeba balastować większą dawką insuliny i łatwo o gibnięcie w drugą stronę. Tłuszcze to dodatkowe paliwo (czyli też balast), a w pewnych warunkach także bardzo niekorzystne spaliny.

Pić natomiast musi biedaczyna niestety umiarkowanie – rozpuszczony cukier wchłania się najszybciej zatem przyjmowanie...soków prowadzić należy wyjątkowo ostrożnie. Co się zaś tyczy napojów godnych prawdziwego żeglarza – piwo jest bardziej “neutralne” niż soczki czy inne “gaśnice”; zwłaszcza to o niskiej zawartości ekstraktu (maltoza to też cukier), jednakże alkohol jako taki początkowo podnosi glikemię, by później gwałtownie ją obniżyć.

Nie należy więc cukrzykom pozwalać zasypiać pod stołem (bo gdy hipoglikemia zastanie ich nieprzytomnych to kłopot gotowy) ani zapijać czym innym, niż woda lub sok pomidorowy.

Jak ratować ?
By groźne stały się za wysokie poziomy glikemii chory musiałby przez kilka dób nie przyjmować insuliny. Takiego delikwenta należy w miarę możliwości odstawić do szpitala. Niewielką pomoc w wypłukiwaniu szkodliwych związków mogą dać duże ilości wypijanej wody. 

Za niski poziom można łatwo zwalczyć podając choremu (no może bez przesady – sam sobie weźmie! ) szybko cokolwiek słodkiego do wypicia lub zjedzenia. Kategorycznie nie można tego robić, gdy dojdzie do utraty przytomności – wtedy nic doustnie! Należy natomiast wykonać podskórnie, domięśniowo lub dożylnie zastrzyk z glukagonu (pomarańczowe pudełko z bagażu cukrzyka) w brzuch, ramię lub udo. Węglowodany doustnie należy podać dopiero po odzyskaniu przytomności.

Każdy przypadek utraty świadomości przez cukrzyka należy potraktować w ten sposób – nie zaszkodzi. 

Wszelkie przypadki przekroczenia normalnych poziomów cukru (między ok. 80-180 mg/dL) wiązać się mogą, choć nie zawsze muszą, z utrudnieniami w koncentracji, trudnościami w podejmowaniu decyzji i wykonywaniu istotnych dla bezpieczeństwa załogi czynności. Objawiać się mogą rozdrażnieniem, ale również sennością lub też pozostać niezauważone. 

Nie zapominajmy jednak, że te nie obce ludziom zdrowym osłabienia sprawności (nierzadko zaskakujące i zagadkowe) w przypadku cukrzyków są dużo łatwiejsze do przewidzenia, łatwiej określić ich przyczyny, a także skutecznie je zlikwidować.

Jak we wszystkim w życiu tak również w trosce o załoganta-cukrzyka należy zachować umiar i nie dybać na niego ze strzykawka glukoagonu w czasie każdego alarmu do żagli, ani też nie sprawdzać czy jeszcze oddycha, gdy po wachcie zażywać będzie zasłużonego snu.
 

 

Co każdy cukrzyk o żeglowaniu wiedzieć musi
     Ano, że dla prowadzącego rejs i reszty załogi jego obecność stanowić może niestety pewien kłopot. Bardziej potencjalny i rozpatrywany w kategoriach czyhającego głęboko ryzyka, które należy skalkulować, ale zawsze kłopot. 

Jak go zminimalizować ? 

Przede wszystkim nie ukrywać choroby przed kapitanem ani żadnym z członków załogi. 

Przyznać się i wytłumaczyć co i jak. Pomocnym argumentem na rzecz naszego udziału w rejsie mogą być nasze wcześniejsze doświadczenia lądowe czy śródlądowe. Musimy ich przekonać, że jesteśmy samodzielni i odpowiedzialni. A co najważniejsze - samemu mieć tę pewność.

Proponuję małe kroczki – góry, Mazury, autostop... coraz dalej, coraz samodzielniej.

Morze to przede wszystkim izolacja od zdobyczy medycyny i jej zaplecza – musimy więc mieć doświadczenie w radzeniu sobie bez obecnej za rogiem apteki i szpitala parę ulic dalej.

By nie popadać w czarnowidzctwo nie wspomnę o ile trudniej cukrzykowi wyjść cało z wszelkich naprawdę poważnych zdrowotnych opresji – chcemy przecież żeglować, a nie zamykać się pod kloszem.

Na morzu za to na pewno najłatwiej o całą gamę szeroko rozumianych żołądkowych sensacji. Tym co najbardziej różni nas cukrzyków od reszty żeglarskiej braci jest utrudniony dostęp do najlepszego na te okazje lekarstwa – głodówki. Dla zdrowych to co najwyżej mniej bosmańska linia “kadłuba” – dla nas ryzyko hipoglikemii. Bo gdy łajbą buja...

Na szczęście Neptun jest mniej pazernym władcą niż jaśnie nam panujące rządy i nie domaga się zbyt obfitych danin. Do wyjątków należą ludzie celebrujący chorobę morską przez długie tygodnie. Jednak na co najmniej 3 dni musimy być przygotowani. 3 dni bólu głowy, uciekających za burtę nieraz błyskawicznie posiłków, wstrętu do jakiejkolwiek wzmianki o jedzeniu, a przede wszystkim przemożnej chęci, by położywszy się w koi, nie ruszając ręką ni nogą już nigdy z niej nie wstawać. 

I przy tym wszystkim musimy znaleźć dość siły na regularne pomiary glikemii i wmuszanie w siebie węglowodanów (polecam skórki od chleba – najmniej atrakcyjne dla rybek i Neptuna). W ostateczności możemy ograniczyć dawkę insuliny i zrezygnować chwilowo z posiłków, jednak zbyt wysokie poziomy cukru mogą zintensyfikować nieprzyjemne doznania. Jako poligon doświadczalny gorąco polecam Zatokę Gdańską – zawsze to w zasięgu Pomorskiej Kasy Chorych (póki co), a wyhuśtać potrafi. 

Jachtowa, przeważnie konserwowa żywność i różnej proweniencji woda pitna to, za przeproszeniem, druga strona zagadnienia. Nie zachęcam do prowokowania na lądzie odpowiednich sytuacji badawczych w tym zakresie, ale jeśli nie daj Boże się przytrafią, wnikliwie je przeanalizujmy i zapamiętajmy dawki, poziomy (insuliny i cukru rzecz jasna) i zalecenia lekarskie.

Za wszelką cenę nie dopuszczajmy do odwodnienia – choćby nie wiem jak odrzucało nas od wody - pijmy jej na ile przydziały pozwolą. Najlepiej przegotowaną lub butelkowaną. Posiłkujmy się farmakologią by nie tracić elektrolitów ( gastrolity, vitarale itp.).

Pamiętajmy, że bardziej niż inni żeglarze, a zarazem cukrzycy na stałym lądzie, narażeni jesteśmy na wszelkiego rodzaju grzybice – cukier wydzielany wraz z moczem czy potem to doskonała pożywka dla bakterii, a permanentnie nie dosuszone ciuchy to wymarzony dlań azyl.

Pamiętajmy o ograniczonej wytrzymałości insuliny – około miesiąca w temperaturze pokojowej.

Nie wyruszajmy bez pożegnania z naszym diabetologiem – nie wypada. Z nim ustalimy listę dodatkowych medykamentów, dostaniemy recepty i przede wszystkim błogosławieństwo na drogę. Jeśli nie – może warto pomyśleć o zmianie lekarza (serio) - Ci światlejsi wiedzą, że przy zachowaniu niezbędnej ostrożności NAPRAWDĘ można żeglować z cukrzycą.

Nie zapomnijmy o ubezpieczeniu zwrotu kosztów leczenia za granicą – sugerowałbym zwykłe. Uwzględniające cukrzycę to ok. 3-krotnie wyższa składka, a szanse wypłaty odszkodowania raczej mizerne. Nie uwzględniają uzależnień. Od morskiej soli także.

Jeśli będziemy pewni, że wszystko ze sobą zabraliśmy – sprawdźmy jeszcze raz. Gdy sprawdzimy, wtedy jeszcze raz, i jeszcze...

Co powinno znaleźć się w żeglarskim worze cukrzyka :

  • insulina w nadmiarze ( zwiększone zapotrzebowanie w wypadku infekcji oraz potencjalnego utopienia fiolek)
  • paski do glukometru ze sporym zapasem ( wystarczy jedno opakowanie wysypane do zęzy i już tydzień rejsu mniej)
  • wypróbowany glukometr ( najlepiej taki, który można obsługiwać jedną ręką i przy chwilowym tylko użyciu latarki) z zapasem baterii –polecałbym raczej te fotometryczne
  • wstrzykiwacze (peny) – najlepiej jednakowego rozmiaru do różnych rodzajów insuliny(np. 300ml), nie od rzeczy byłby jeden zapasowy – jednorazówki (np. Novolet) jedynie jako rezerwa – bywa, że się zapychają 
  • igły ulubionej długości ( dłuższe łatwiej mogą się złamać, ale umożliwiają iniekcje przez ubranie) – też z zapasem
  • glukagon – koniecznie informując załogę gdzie jest oraz jak i kiedy go aplikować
  • zapas słodyczy ( polecam krówki) – z wyjaśnieniem, dlaczego się nimi nie dzielimy i nie częstujemy (dla was to tylko igraszki – mnie idzie o życie)
  • medyczne wspomaganie – wszelkie uzgodnione z lekarzem (lub wypróbowane) niezbędniki (wszystkiego i tak nie przewidzimy) – węgle, smecty, aspiryny, witaminy, maści przeciwgrzybiczne itp.
  • kolekcja nazw naszego schorzenia w rozmaitych językach – nie wiadomo dokąd nas wiatry zagnają
  • ew. stalowy termos do przechowywania insuliny i szczelne pojemniki na słodycze
  • ostrożność
  • zdrowy (noo – zdrowawy) rozsądek 
Jedynie z tym całym bagażem rad i klamotów (chyba, że ktoś dorzuci więcej) będziemy mogli przekonać się, że najsmaczniejsze, najzdrowsze i najbardziej dietetyczne jest ...”niedźwiedzie mięso” (ew. mięso własnoręcznie złowionego marlina) o czym niech świadczy moja skromna, wciąż żywa osoba, po 2-miesięcznym rejsie przez Atlantyk na pokładzie drewnianej repliki okrętu Magellana, bez silnika, bez lodówki, za to z mnóstwem niezapomnianych wrażeń i najlepszym w 7 letniej historii leczenia poziomem HB1C.

Michał Marcinkowski 
mmstary@poczta.onet.pl