Babskie posztormowe opowieści 
Zamieściła  na grupie p.r.z  24 pażdziernika 2007 19:44:10 +0200, Agnieszka Proczka <gagaa @poczta.onet.pl> w wątku: "takie tam babskie posztormowe opowieści [długie]
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------  

Babskie posztormowe opowieści.

Wyjazd do Pucka na SIZ zapowiadał się mocno żeglarski .Ponieważ nie
bardzo miałam z kim płynąć Tomek Cłapa zaoferował mi miejsce na s/y

Helen z założeniem, że w piątek popłyniemy do Jastarni a w sobotę rano

szybciutko dołączymy do reszty w Pucku. Kilka dni przed planowanym
wyjazdem na grupie przedstawiono prognozy pogody, które nie napawały
optymistycznie. Skład załogi  to Ola i Robert , którzy mieli być
pierwszy raz na Zatoce, Cłapik –jedyny doświadczony i ja- wychodząca z
zielonowatości ( do tej pory raczej wożona niż żeglująca ) uzgodniliśmy
że do 6B damy spokojnie radę dopłynąć  , a jak nie.. to pójdziemy do
knajpki i popłyniemy w sobotę od razu do Pucka. Tzn ja stwierdziłam ,że
dam radę i ze nas dwoje wystarczy do poprowadzenia Helenki nawet gdy
będzie ta 6.
Wyruszyliśmy do Gdańska  wczesnym rankiem, pierwsze wspólne spotkanie to
Dworzec Główny gdzie umówieni byliśmy z Apaczem na odbiór i.. dostawę do
PKM-u gdzie założyliśmy szybkie „hop” na Helenkę i w.. drogę. Prognozy
wskazywały na " okno" od 1200 do 1700 w którym maksymalnie miało wiać
5B.Grupa Szybkiego Reagowania w postaci  Apacza zabrała naszą ekipę i
szybciutko odwiozła na miejsce po czym równie szybko jak nie szybciej
odjechała . Zdobywszy klucz od Bosmana PKM-u w lekkiej mżawce zaczęliśmy
sztauować się na s/y Helen z twardym zamiarem rejsu do Jastarni a dnia
następnego  do Pucka .
Jako, że nie znaliśmy łódki ani siebie nawzajem   pierwszą godzinę (
albo i więcej) zajęło nam jej poznawanie, dopasowanie kamizelek
asekuracyjnych, sprawdzenie i założenie części ożaglowania, sprawdzenie
stanu technicznego łódki i silnika oraz przeszkolenie w kwestiach
bezpieczeństwa na pokładzie. Potem szczęśliwie udało nam się wypłynąć z
PKM-u i na silniczku skierować się w stronę główek... Odszczekaliśmy się
do Kapitanatu ...i tu pierwsza frustracja.. przekazano nam ostrzeżenie o
silnym wietrze.... Pierwsze zawahanie się czy płynąć minęło gdy Cłapik
wykonał kilka telefonów i upewnił się że ma być tak naprawdę max 6 w
porywach do 7B ,że Bury Kocur” płynie i nic się nie dzieje złego... i
moje słowa „ spoko .. najwyżej zawrócimy”. Podziękowaliśmy za
ostrzeżenie i po małej przerwie na przytulenie do nabrzeża ( Prom Wielki
Jak Niewiemco tańczył sobie po kanale wiercąc się rufą) wypłynęliśmy na
wielkie wody Małego Morza stawiając foka sztormowego i zarefowanego już
wcześniej grota. Wyszło słoneczko więc poćwiczyliśmy Manewr Monachijski
puszczając przodem Wielkie Stalowe Bydle i obraliśmy kurs na Jastarnie.
Fala nie była zbyt duża, bujała łagodnie acz stanowczo, rozmawialiśmy i
trymowaliśmy żagle aby płynąc sobie spokojnie upajając się ostatnimi
chwilami na słonym  w sezonie. Trudno by było powiedzieć że niebo było
bezchmurne, czasem padało czasem z pod chmurwy brunatnej  przyszkwaliło
ale i Cłapik i ja byliśmy szczęśliwi  i przekonani że zapowiada się
fajna jazda, ciesząc się z góry na smaczną rybkę w Jastarni. Wiatr
jednak tężał i zmienił kierunek okazało się że wyjdzie nam Hel i..że nie
jest już tak przyjemnie  choć nie ma tragedii . Cłapik mówił potem że
sterowało się świetnie ja już w podobnych warunkach miałam okazje płynąć
po Zatoce w maju ( tzw Spitsbergen do Gdyni)  zresztą byliśmy coraz
bliżej a obserwując chmury dedukowaliśmy że tylko jeszcze ta jedna a
potem będzie już spokojnie, że tam dalej widać słoneczko i czuć lżejszy
wiatr. Jedyne moje obawy budził grot który miał jeden uszkodzony
pełzacz- niestety pierwszy , a późniejsze silne podmuchu sprawiły że
wyramkowały się kolejne dwa ale kontrolowaliśmy żagle nieustannie
wyglądało że przetrzyma a w razie niemca zawsze można go przecież było
zrzucić
Okazało się że nie było tak fajnie jak miało być, wiatr znowu stężał
fala stała się krótsza a  Helenka brała raz po raz którąś, odbitą od
burty, do kokpitu .
Widzieliśmy już Jajo na Helu gdy wokół nas stało się przeraźliwie szaro.
Zaczęło zaciekle.. bezustannie padać a Helenka zaczęła się zachowywać
jak rozwierzgany byczek zmieniając kierunek bezwzględnie na Gotlandie.
Spojrzeliśmy na siebie z Cłapikiem znacząco wiedząc co musimy zrobić .
Zabrzmiało pytanie  „ spier**lamy  stąd!? ” odparłam ,że spier****lajmy
i to szybko. Trzeba było zwinąć żagle a ja za sterem nie czułam się w
takiej pogodzie pewnie ( ba! Jakoś stery do tej pory się mnie nie
słuchały dość dobrze) więc wolałam iść na dziób ( nie ma Helence
rolerów) i zająć się fokiem. Przytomnie powiedziałam .. „ daj mi 5 minut
tylko założę szelki i idę ”
Nie pytajcie nas dlaczego najpierw ściągaliśmy foka... do dziś nie
umiemy na to pytanie sami sobie odpowiedzieć, tym bardziej że grot miał
uszkodzone pełzacze a wiatr tężał w szybkim tempie, a co dopiero
odpowiadać innym. Poszłam więc twardo na dziób, ale warunki rzuciły mnie
na kolana ( inaczej się nie dało) do foka, który po wyluzowaniu owinął
się wytrzepanymi przez wiatr poluzowanymi szotami, utrudniając mi
zadanie... walka z fokiem miała fascynujące elementy.. zjazdy z fali...i
podejścia pod samo niebo... woda zalewająca pokład i mnie, telepanie na
wszystkie możliwe strony w końcu jakiś goopi dziad który wszedł mi pod
kurtkę i zmoczył dokumentnie. Nie pomagało mi to w pracy wiedziałam
jednak ,że musze a skoro musze to zrobię to, co powinnam bo nikt inny
mnie nie zastąpi.  Koncepcja ze zrzuceniem foka.. była kiepska.. był to
moim zdaniem jeden z błędów jaki wspólnie popełniliśmy i to się na nas
zemsciło okrutnie. Łódka zrobiła niekontrolowany zwrot przez rufę i ..
wyrwała kolejne pełzacze z grota.. czekało mnie jeszcze jedno wyzwanie .
W pierwszej chwili chciałam odpuścić powiedzieć ,że nie mam już siły że
jest mi zimno i mokro... w drugiej pomyślałam „ dawaj miejmy już to z
głowy i pędźmy do domu”  a w trzeciej gdy zbliżyłam się do masztu..
Ku****a  ten bom jest tak wysoko  a Maxi 77 tak zbudowana że nie mam co
liczyć na pomoc z kokpitu. Uświadomiłam sobie  że tym razem muszę na
stojąco trzymając się wychylonego bomu, który w każdej chwili może mnie
wywalić za burtę klarować ze cholerne żagle!!! Zaczęłam tak jak
potrafiłam składać żagiel żeby go przywiązać. choć drugi węzeł sprawiał
mi już potworne problemy.. krawat wysuwał się z rąk a palce zmarznięte i
mokre nie chciały pracować tak by utworzyć z niego jakikolwiek mocny
węzeł, co chwila traciłam to co z takim wysiłkiem wypracowywałam.....
spojrzałam na kokpit szukając pomocy Cłapik stał i dzielnie walczył z
fala i wiatrem żeby mi jak najbardziej pomoc i utrzymać łódkę w jako
takim „ łopocie” – choć łopotało już wszystko co tylko mogło Robert
siedział wmurowany z mina „dobijcie mnie po co ja się tak męczę” Ola
wychylona za burtę oddawała hołd Neptunowi. Miałam wrażenie że wiszę na
tym bomie -trzymając się  wszystkim czym tylko mogłam - wszystkiego co
mogło dać mi pewność że się utrzymam ,że to trwa jakiś strasznie długi
kwadrans wydawało mi się że słyszę „ aga kończ musimy spadać” Udało mi
się w końcu jako tako przywiązać żagiel i powoli bez czucia w rękach i
nogach przedostać się do kokpitu. Zaczęliśmy płynąc z wiatrem w stronę
Górek Zachodnich...  fale miały już chyba ponad dwa metry ale łagodnie
unosiły Helenkę..Dla mnie po tym co już przeżyłam była to czysta
przyjemność. Zimny wiatr sprawił że musiałam wejść pod pokład i zmienić
odzież na ciepła a co najważniejsze suchą. Z trudem się przebrałam a
wracając do kokpitu... zobaczyłam pół metra nad Tomkiem wielgachna
fale.. widok niesamowity i.. ekscytujący. Niestety jedna z takich fal
weszła nam  pod pokład załamując się dokładnie nad rufą jachtu, Cłapik
szybko zarządził wybieranie w sumie  wody powiedział tylko ze trzeba tę
wodę wylać jak najszybciej a już wszyscy troje byliśmy na nogach
wygarniając ją czym tylko się dało. Nie wiem ile płynęliśmy.. nie wiem
jak długo wiem ,że widok główek w Górkach Zachodnich i moją radość z
tego powodu...długo będę pamiętać. Wiem, że mi ulżyło  bo cały czas
szykowałam się na coś jeszcze, przeczuwając ,że to jeszcze może nie być
koniec perypetii najbardziej obawiałam się że zabraknie nam
paliwa...albo, że zaleje silnik.  Serfując na fali z dziobem wysuniętym
przed fale na połowę długości weszliśmy w górki... i utęsknieniem myśląc
o słodkim cieple Neptunowego kominka. Wpływając do Neptuna pomyślałam
sobie jeszcze...po co mi to! Nigdy więcej! To nie dla mnie ja już chce
do domu a nie  na żagle, a myśl że mamy jeszcze płynąc łódka do Pucka
mnie przerażała,
W Neptunie przywitał na Apacz z Bogną i Sławkiem odebrali cumy – chyba
byli lekko przerażeni naszym stanem ;-) my sami zresztą też. Pośmialiśmy
się  udokumentowano moje dzieło pt „ klarowanie żagli w wersji
alternatywnej” i zaproszono do środka na gorącą kawę....  Ale Neptun
postanowił dąć mi jeszcze całusa na koniec;-) wychodząc przez dziób i
zastanawiając się czemu kurna jest tak strasznie wysoko od wody,
kombinując jak zejść na ląd  zahaczyłam suchym ciepłym kaloszem i...
plumknełam  :DD (wrażenia zamykającej się nade mną przestrzeni- bezcenne).
       Nagle zrobiło mi się strasznie cieplutko i miło. Udało mi się wypłynąć
ale odziana w kilka warstw odzieży uzmysłowiłam sobie że.. może być z
tym mały problem. W tym momencie zrobiło mi się już gorąco ale szybko
wystartowałam do góry i przy pomocy Cłapika wydostałam się na keje.
Stojąc już na kei zerknęłam w wodę i zobaczyłam.. ze niewiele
brakowało!! miejsca między keja a stalowym y-bomem nie było dużo!
Momentalnie się rozebrałam (przypominając sobie to co  kiedyś mówił mi
Maciej „Skipbulba”- na golasa jest cieplej jak w przemoczonym ubraniu) i
przebrałam w coś suchego . Potem to już była ciepła kawa.. kominek i...
uczucie ,że to wszystko się nie wydarzyło.
Dowiedzieliśmy się już póżniej że w głowkach w tym czasie wiało 9do10B

Do tej pory żeglowałam w dość łagodnych warunkach... ciepło, słoneczko
jak zimno to chowałam się pod pokład... nie musiałam się martwic o
nic... bo zawsze był ktoś kto się znał i umiał a ja byłam ostatnią osobą
w kolejce na trudne warunki. Zawsze tez wracałam do domu z niedosytem..
że mało, że się nie nażeglowałam, ze nie nauczyłam się niczego nowego...
Tym razem Neptun dał mi w kość .Pokazał, że nie zawsze jest miło , ale
dał mi tez szansę na sprawdzenie siebie samej  swoich możliwości i tego
czego miałam okazje się do tej pory nauczyć. Faktem jest że
popełniliśmy kilka błędów.. choć decyzja o wypłynięciu nie była błędem
wg mojej opinii, Po pierwsze.. zaczęliśmy zrzucać żagle od foka.. po
drugie, żadne z nas nie wpadło na to żeby przebrać się w kamizelki
ratunkowe a nie zostawać w asekuracyjnych.. Po trzecie mogliśmy odpaść
szybciej niż na godzinę przed Helem.
 Na szczęście straty to kilka pełzaczy,  ani nam ani łódce nic się nie
stało- nie licząc masakrycznej ilości  ogromnych siniaków jaki zakwitły
na niemal wszystkich częściach mojego ciała,i potężnej dawki  stresu u
wszystkich .
Czy faktycznie mam dość a żagle nie dla mnie.... ;-) ?? piętnaście minut
po całym zdarzeniu z pływaniem z Neptunem w Neptunie stojąc z Bogną i
Apaczem przez Kominkową zalałam się łzami.. same płynęły i nie umiałam
ich powstrzymać... Bogna zaczęła mnie pocieszać i uspokajać.. tłumaczyć
że tak czasem jest, że nic się przeciez nie stało. Odparłam, że ja nie
płacze dlatego że było strasznie że okrutnie się bałam że zmarzłam i
zmokłam że mogło mi się coś stać.. płacze dlatego ,że było tak zaje.....
fajnie
Aga_gagaa_Proczka