Pierwszy samodzielny...

Pierwszy, samodzielny...  

     Przybyć na SIZ zatokowy warto. Dla takiego stwierdzenia nie jest, myślę, potrzebne jakieś szczególne uzasadnienie. Kto był – wie, a kto nie był powinien w przyszłym roku bardziej się postarać. 

     Przypłynąć na SIZ zatokowy – jeszcze korzystniej. Wszak to może być ostatnie pływanie w sezonie... Zatem warto i tak właśnie było w moim przypadku w ubiegłym roku. Lotta to fajna łódka, jej właściciel i załoganci w jedną stronę – Kiełki takoż, więc choć powrót do domu przeciągnął się późno w noc, było OK. 

     W tym jednak roku pomyślałem jednak jeszcze inaczej: skoro przypłynąć łódką dobrze, to przyprowadzić łódkę jeszcze lepiej. Ponieważ nie zdążyłem niestety przygotować swojego Nefryta na zatokę, nad czym bardzo boleję, zacząłem sprawdzać inne opcje. Ostatecznie okazało się, że można wziąć na trzy dni Helen RadkaNet (czy może raczej RadekNeta?), zatem przystąpiłem do rekrutacji załogi. Pierwszych dwóch kandydatów, Jacek i Krzysiek odpowiedziało od razu twierdząco, o ile wiem to nawet nie pytając żon o zdanie, Tomek Pędziwiatr, zwany Szwagrem (opisany w relacji z próby dotarcia do Malmo w ubiegłym roku), jako pracujący z żoną na własny rachunek był zmuszony temat negocjować, ale widocznie ma u żony zaplusowane, bo stosunkowo szybko potwierdził udział. Łącznie mieliśmy 4 osoby, wszystko zawzięci zegrzyńscy ściganci, zwycięzcy wielu zawodów, którzy jednak w bieżącym roku ścigali się za wyjątkiem Tomka mniej aktywnie, bo ileż w końcu razy można ganiać po tym samym akwenie... Piątym załogantem okazał się Janusz, kolega Krzyśka, mors ale w zasadzie na morzu od zdobycia patentu nie bardzo praktykujacy. Taka właśnie ekipa wystartowała w czwartkowe południe z DC kierując się na 3miasto. Pierwony plan zakładał dotarcie do Gdańska przed północą, nocleg na łódce i start w piątek rano. Tak było do czasu, kiedy zauważyłem, że chcemy zacząć rejs(ik :-) nie dość że w piątek, to jeszcze trzynastego... Po prostu zgroza, szczególnie, że miałem po raz pierwszy w życiu być prowadzącym na słonej wodzie! „To se ne da, pane Havranku” pomyślałem i zadzwoniłem do Maćka od Teguili aby dowiedzieć się co sądzą tambylcy o rozpoczynaniu pływania w piątek i to jeszcze 13-go. Maciek powiedział, że w piątki zaczyna pływanie wielu miejscowych żeglarzy i on również, z czego wynika iż albo zwyczaj nie obowiązuje w pływaniu zatokowym, albo ja jestem zbyt przesądny :-/. 

     Tak czy inaczej plan pływania został skorygowany: wyjeżdżamy w czwartek na tyle wcześnie, aby zdążyć wypłynąć jeszcze przed północą. W międzyczasie zmienił się też port wyjścia – z Gdańska na Gdynię. 

     Dojazd byłby całkiem znośny, gdyby nie rozpoczynająca się w okolicach Elbląga strefa zmasowanych robót drogowych i objazdów. Dojechaliśmy zatem na ca 17:00, RadekNet już był, więc od razu rozpoczęło się wrzucanie gratów do łódki, a następnie bez zwłoki rozpoczęto omawianie łódkowego user’s manuala. Po zapoznaniu się z urządzeniami, wyposażeniem i ogólnie łódką, około 19:00 wyjście i kurs na Hel. Kierunek wiatru nie pozwalał popłynąć bezpośrednio, a jego siła (czy raczej – bezsiła spowodowały, że cel osiągnięto dopiero około 02:30, po płynięciu bez historii. No może za wyjątkiem kilkakrotnych bliskich spotkań z sieciami rybackimi. Cóż było robić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? Oczywiście iść na piwo, bo pomimo późnej pory lokal w „jaju” był jeszcze czynny. Ale ponieważ następnego dnia chcieliśmy jak najwięcej popływać, więc obyło się bez ekscesów – już po 03:00 wszyscy grzecznie byli w kojach. 

     Następnego dnia pobudka (zdecentralizowana) około 08:00, zabiegi higieniczno-sanitarne, śniadanie i wychodzimy. Tomek a szczególnie Krzysiek chcieli choć na chwilę wysunąć nosy poza osłonę półwyspu. Pojechaliśmy więc w stronę otwartego morza i po dotarciu mniej więcej do granicy farwateru podejściowego zawróciliśmy, aby zaliczyć jeszcze jakiś port po drodze do Pucka. Wcześnie myślałem o torpedowni, ale to nie byłoby całkiem po drodze, więc wybór padł na Jastarnię. 

     Nawigacją podczas całego pływania zajmował się Krzysiek, (SIZ 2006 009) który już wcześniej zetknął się z gps-ami dwukrotnie uczestnicząc w 24- godzinnych regatach DZ na Mazurach. Wstępny instruktaż Radka w Gdyni i długotrwałe ćwiczenie po drodze do Helu i później pozwalały założyć, że będziemy wiedzieć cały czas gdzie jesteśmy, nawet nie patrząc na mapę gps-a. Ja miałem ze sobą laptopa z c-mapem i swojego garmina C60, ale nie mając odpowiedniego kabla nie mogłem użyć tego zestawu do nawigacji i c-mapę pokazałem załodze dopiero w Pucku, podczas sprawdzania działania kabla „hobbystylowego” Adasia. Zatem podczas płynięcia w przypadkach wątpliwych co do aktualnej lokalizacji podaną z łódkowego garmina pozycję sprawdzano na mapie papierowej (zdj 0 050). Metoda sprawdzała się do momentu o którym mowa w dalszej części. 

     Do Jastarni dotarliśmy bez przeszkód, zjedliśmy wyśmienita rybkę w ziołach na statkohotelu w porcie i nieco opędzając się od zaproszeń na sobotnią na tymże statku imprezę wyszliśmy. Następny rozdział nazywał się „Głębinka” i z uwzględnieniem różnistych na jej temat wieści przeczytanych na prz spowodował wzmożenie mojej uwagi tym bardziej, że w konkurencji sterowania jak na razie prowadził Tomek (zdj 0 036) , przyzwyczajony na regatach pływać do wiatru a nie po kursie. Jednak odpowiednie boje zostały z dużym wyprzedzeniem namierzone wzrokowo i gdyby nie sieci rybackie, wymagające czasem lawirowania a nawet dość gwałtownego manewru, można by rzec, że było to pływanie bez historii. Po przejściu bramki za Głębinką ustawiono kurs na pucką boję podejściową i około 17:00 zameldowaliśmy się Papie jako jedna z pierwszych załóg (zdjęcie 0 047). 

     W porcie były już jakieś jachty, w tym przygotowujący się do sobotniego chrztu Włóczęga 3 Państwa Jaromirowstwa. Po sklarowaniu łódki i przekąszeniu coniebądź załoga ustaliła odwiedzenie Gacka – Netoperka i stosowną konsumpcję. Jednak dalszy rozwój wydarzeń spowodował, że załoga i owszem – konsumowała, ale ja się nie załapałem. 

     Zaczęło się od telefonu od Maar’ka, który stwierdziwszy, ze Lady S którą płynie weszła na mieliznę podał pozycję wraz z prośbą o  zorganizowanie akcji holowniczej. Nastąpiła kilkakrotna wymiana myśli z Jurmakiem (zdjęcie 0 076) i po czasie niejakim okazało się, że:

  • w pobliżu jest Hoorn, ale Zwierz ze swoim zanurzeniem (Hoorna, znaczy) nie pójdzie po ciemku zbyt blisko brzegu i nie bardzo jest jak podać hol z uwagi na wiatr,  
  • Jaromir załatwił łódź z mocnym silnikiem i zanurzeniem poniżej 1m, która za umiarkowaną IMO opłatę popłynie po Lady S.          

    Zaczekałem w porcie na Iwę, która zabrała z Włóczęgi sztormiak Jaromira i niezbędne akcesoria tj gps, latarkę itp., poczym dotarliśmy do portu jachtowego i pomarańczowa motorówka wyszła na ratunek ze wzmocnioną przez Jaromira i przeze mnie załogą. Cała akcja ściągania z mielizny trwała znacznie krócej niż samo dopłyniecie i powrót: motorówka podeszła do Lady S prawie na odległość podania ręki, hol podano i... niestety nie od razu jacht ruszył z miejsca. Wiatr, chociaż niezbyt mocny wepchnął jacht dość głęboko w przybrzeżną mieliznę cypla rewskiego i o ile jego obrócenie pod wiatr poszło stosunkowo łatwo, to wyjęcie z objęcia płycizny potrwało ładnych paręnaście minut. Stała załoga nie poprzestała na tym - odholowała „obiekt” aż do boi Gł, w pobliże Hoorna, który czekał na rezultaty naszych poczynań, poczym po upewnieniu się, że Lady S może dalej o własnych siłach, hol został oddany, a właściwie odcięty – zastosowany węzeł nie dał się rozwiązać bez zastosowania zaawansowanej techniki w rodzaju imadła. 

     Niedługo po naszym powrocie do portu przybyły Lady S i Hoorn, ten ostatni przybił do kei efektownym manewrem , przypominającym praktyki opisane w „Znaczy kapitanie”, tj. użycie motoru tylko w pozycjach „naprzód- stop- wstecz”.

     Cała akcja trwała około 2 godzin i skończyła się bez negatywnych następstw za wyjątkiem tego, że w tzw. międzyczasie zamknięty został Gacek, więc rybki nie spróbowałem L

     Ponieważ był to piątek i nie wszyscy uczestnicy zdążyli dotrzeć do Pucka dalszy ciąg wieczoru zdominowały zajęcia w podgrupach, które kończono o różnych porach – w moim przypadku o północy. 

     W sobotę niesyta pływania załoga zażądała wyjścia na wodę pomimo iż siła wiatru była raczej symboliczna. Trochę więc popływaliśmy po małym morzu, raczej bez historii, jeśli nie liczyć kąpieli, którą zaaplikował sobie Jacek. Dla mnie będącego stworzeniem ciepłolubnym, które woli zapocić się nieco niż zmarznąć temperatura wody nie zachęcała do kąpieli, by nie rzec – była wręcz odstręczająca, ale Jacek uznał, że jest w sam raz i rozpoczął stopniowe zanurzenie, przerwane jednak momentem wahania czy kontynuować. Kąpiel jednak odbyła się (plik movie nr 0 063), choć trwała niezbyt długo. Pływak był asekurowany na wypadek.... zesztywnienia? wyrzuconym kołem na rzutce, którą to czynność poprzedziło mozolne rozplątywanie buchty (zdjęcie 0 062)i poprawienie mocowania kół, których w razie wypadku nie dało się natychmiast użyć. 

     Powrót do portu nastąpił w czasie pozwalającym uczestniczyć w ceremonii chrztu Włóczęgi 3. Była przemowa, fontanny szampana i w ogóle fajnie. 

     Po 19:00, planowo rozpoczęła się uroczysta kolacja, podczas której uhonorowano „kapitana z jajem” – Maćka Sobolewskiego, oraz Papę, który otrzymał maskotkę, a raczej „maskotę”: pluszowego papę Smerfa ze stosownym napisem o treści „Papie – naród”. Wspólny wieczór trwał z różnym natężeniem długo – mnie starczyło energii do 04:00, ale co twardsi jeszcze zostali na sali kominkowej HOM-u. Było granie i śpiewanie (SIZ2006 037), rozmowy w podgrupach, osobiste poznawanie osób znanych dotychczas tylko z prz i inne zdarzenia. Np. dopiero późno w nocy dotarło do Pucka „Pjoa”, które następnego dnia zostało zwodowane i opływane w przytomności obecnych. 

     My wyszliśmy Helen około 11:00 przy korzystnym wietrze o sile ca 4B. Aby się nie przemęczać postawiliśmy tylko genuę i pojechaliśmy kierując się na głębinkowe przejście. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że nawigator ustalił kurs na boję Gł, podczas, gdy należało raczej na leżącą wcześniej idąc od Pucka bramkę, czyli bliżej brzegu cypla rzucewskiego. Jazda była fajna – 5-6 knotów baksztagowym kursem... aż do chwili, gdy został brutalnie przerwana. Pomimo, a raczej właśnie z powodu ustalonego na początku kursu głębokość okazała się zbyt mała. Biegiem zrzucona genua, przechył z balastem na bomie i odpalony silnik początkowo nie pomagały, dopiero dodatkowo zastosowany w roli bosaka spinakerbom pozwolił po niedługim czasie zejść na głębszą wodę. Nowy kurs został ustalony dokładnie na bramkę i dalszy ciąg odbył się bez kolejnych niespodziewajek, a ja wziąwszy mapę przed uzbrojone w okulary oczy zacząłem analizować jak mogło dojść do takiego błędu. Analiza cyferek i izobat jasno wykazały po chwili, że pierwotnie wyznaczony kurs nie został dość dokładnie sprawdzony pod kątem głębokości. Wprawdzie mapowy gps na wyposażeniu Helen przy odpowiednim przybliżeniu pokazuje również głębokości, ale rozmiar wyświetlacza nie pozwala widzieć sytuacji całościowo, więc papierowa mapa powinna być cały czas pod ręką, aby co jakiś czas sprawdzić na niej pozycję. Nasze przytarcie o dno wynikło z faktu, że przymierzając na mapie wyznaczony z gps-a kurs nie dość dokładnie (i pewnie dodatkowo bez okularów) przyjrzałem się głębokościom w okolicy Rybitwiej mielizny – w jeden z płytkich języków położony na zachód od niej i sięgający ku południowi właśnie wjechaliśmy. 

     Wymuszone zatrzymanie spowodowało dogonienie Helen przez FreeDom-a i Janę (SIZ2006 040) i (SIZ2006 041), które zaczęły nas wyprzedzać. Tego ściganckie zegrzyńskie dusze nie mogły ścierpieć. Najpierw został zastosowany spibom do gieni – dystans do FreeDom-a przestał rosnąć. Wiatr przy wyjściu  do 4B z lekka tężał, ale FreeDom był nadal z przodu. Cóż było robić – pomimo baksztagowo - fordewindowego kursu udało się dołożyć pełnego grota i prędkość zaczęła rosnąć, dochodząc chwilami nawet powyżej 7 knotów (SIZ2006 048). Trzeba było ostro pilnować kursu i założyć kontraszota ad hoc do bomu. FreeDom szedł baksztagami i w którymś momencie przecinał nasz kurs – z kabel albo i więcej za rufą. To się wszystkim podobało, ale wiatr dalej tężał, więc zacząłem kombinować w jaki sposób będziemy zrzucać żagle; duło już IMO ok. 6B, łódka płynęła chwilami ponad 9 węzłów, a tu gienia na wytyku, pełny grot i Gdańsk coraz bliżej. Najpierw więc pozbyliśmy się spibomu – w sumie bez problemów, a potem po przerzuceniu genuy na drugą burtę wyostrzyliśmy do półwiatru i grot dało się zrzucić bez kłopotów. W międzyczasie przecięliśmy farwater do Gdańska i po czerwonych bojach jechaliśmy do celu pozbywając się ostatniego żagla dopiero w pobliżu wejścia. Można było później, co udowodnił następny wchodzący za nami jacht, ale nie znając miejscowych zwyczajów wolałem wjechać na silniku. 

    I tak zakończył się mój pierwszy, samodzielny... 

     3 dni, ponad 25 godzin czystego pływania, okolicznościowe atrakcje (akcja ratownicza, SIZ, mielocha) i żal, że to już pewnie ostatni raz w tym roku... Bezcenne doświadczenie, zdobyte małym kosztem, przyjemność z pływania i ze spotkania ze starymi i nowymi znajomymi z prz. I oczywiście parę wniosków dotyczących samej łódki, jak i ... całokształtu? 

  1.  Maxi 77 to dobra łódka, pływa fajnie, chociaż nie mieliśmy okazji sprawdzenia jej w żegludze na wiatr. Konkretny egzemplarz w dobrej kondycji, chociaż parę minusów niestety jest: tylko jedne szelki asekuracyjne, przywiązane na głucho i bez porządku koła ratunkowe i rzutka, wszystko nie połączone z tyczką, tylko 1 gniazdo 12 V, niemożność optycznego sprawdzenia działania pompy zenzowej w bakiście. Nie są to minusy dyskwalifikujące tylko wynikające raczej z braku czasu na poprawki (łódka chodzi w czarterach), ale ich usunięcie jest dla bezpieczeństwa jak najbardziej wskazane. Dla pływania po zatoce przydałaby się jeszcze echosonda i lornetka. Gdyby echosonda była pewnie nie zahaczylibyśmy o płyciznę wracając z Pucka. 
  2. System bezwachtowy dyskutowany ostatnio gorąco na prz w naszym przypadku był uzupełniony elementem konkurencji – każde odejście od steru kończyło się jego przejęciem przez czyhającego następcę, z mizernymi widokami na odzyskanie miejsca za rumplem. Są po prostu ludzie, którym samo płynięcie łódką nie wystarcza. Mnie osobiście samo przybywanie na płynącym jachcie sprawia wystarczającą radochę, więc sterować nie muszę, ale w opisywanym pływanku spodobał mi się dodatkowo element skiperowania. Może jestem nieskromny ale fakt, że przed każdym manewrem koledzy czekali na moją decyzję mile łechtał moją próżność. Element ten w pływaniu rodzinnym w zasadzie w ogóle się nie objawia (bo i tak zwykle rządzi mężczyzna J), ale w gronie kolegów czy znajomych, jak podczas opisywanego rejsiku coś takiego było. 
  3. Ten punkt ma ścisły związek z poprzednim – skiperowanie to nie sama przyjemność wynikająca z możliwości decydowania o wszystkim. To nade wszystko ciągła analiza sytuacji, w wyniku której podejmowane są decyzje, a ich skutki dotyczą wszystkich i nie mogą w żadnym przypadku powodować jakiegokolwiek zagrożenia. Jeśli pojawiają się wątpliwości, trzeba sprawdzić 2 razy. Jeśli wątpliwości nie ma – lepiej sprawdzić  po raz trzeci. Gdybym tak zrobił, pewnie dopatrzyłbym się, że obrany po wyjściu z Pucka kurs prowadzi przez zbyt płytki obszar.       

Ale wszystko skończyło się dobrze zatem i relację czas kończyć, bo jeszcze ktoś z czytających zaśnie i będzie na mnie J

Do zobaczenia, znów na zatoce, lub gdzie indziej, na SIZ-ie jesiennym albo wcześniej, ale zawsze z uśmiechem i radością ze spotkania.

 AIKI

PS. Załoga jeszcze przed zejściem na ląd zabukowała tygodniowy termin w maju 2007 J.