Do Malmo na Louis Vuitton Cup.

Wprawdzie na prz nie są wysoko notowane wyczyny grup osiłków, którzy pływają na czas wokół trzech bojek, wysp czy przylądków, ale każdy musi przyznać, że topowe regaty są siłą napędową rozwoju techniki, technologii i organizacji w żeglarstwie, że o jego popularyzowaniu nie wspomnę.
Jedna z takich imprez � Louis Vuitton Cup Act 6 i 7, czyli eliminacje do Pucharu Ameryki, odbywała się stosunkowo blisko od nas, w Malmoe, na przełomie sierpnia i września.

Ponieważ oglądanie takiego współzawodnictwa w telewizji nie zawsze jest możliwe a relacje zarówno w TVP, jak i w Eurosporcie nie są zbyt rozbudowane, powstała u mnie myśl, aby wybrać się do Malmoe, aby na żywo zobaczyć rywalizację superjachtów klasy AC i całą otoczkę takiej prestiżowej imprezy. Po przemyśleniu tematu zaproponowałem wstępnie 2 kolegom -- ścigantom z (o! zgrozo) Zegrza rejs do Malmoe, a po wstępnym uzgodnieniu z nimi zadzwoniłem do Maćka Skipbulby i zaproponowałem wyprawę na MIKI-m. Maciek, przeanalizowawszy temat, trasę i możliwości łódki ocenił potrzeby czasowe na min 10 dni po czym potwierdził swoją gotowość, oraz na naszą prośbę sporządził listę prowiantową.

Tym oto sposobem 21 sierpnia zameldowała się w Górkach 3-osobowa ekipa z DC (Dream City :-), czyli ja, Tomek i Jacek, która po zaokrętowaniu i zaształowaniu zapasów była gotowa do "ataku na Malmoe". Ponieważ Maciek zamówił specjalny chleb "morski", który był do odbioru dopiero o 0300, wystartowaliśmy z Górek około 0400, budząc umiarkowane na szczęście grymasy niezadowolenia funkcjonariuszy GPK i powodując żądanie okazania dokumentów jachtu.

Po wyjściu z przystani za sterem zasiadł Tomek, który ma cechę określaną w klubie jako "tidit!" czyli Struś Pędziwiatr, więc bardzo nie lubi być bez zajęcia. Jak się dorwał do tego steru, to dopiero po 13 udało się go odpędzić. Po wyjściu z główek skiper wyznaczył kurs na cypel Helu i okazało się, jak to najczęściej bywa, że trzeba rzeźbić pod wiatr. No i zaczęły się kombinacje z ustawieniem żagli, których skutkiem wyszło  wyjście poza Hel 4 halsami oraz spore zdziwienie skipera który stwierdził, że nawet nie podejrzewał MIKI-ego o takie możliwości chodzenia na wiatr.

Wyjście na otwarte morze wiązało się z większą niż na zatoce falą, więc wkrótce pojawiły się pierwsze objawy wskazujące na konieczność negocjacji z Dziadkiem Neptunem. Objawy te były proporcjonalne do czasu przebywania w kabinie, szczególnie w okolicach okołokambuzowych. Wszyscy trzej załoganci byli na morzu w jakiś sposób po raz pierwszy: Tomek-- po raz pierwszy w ogóle, ja pierwszy raz w tym roku (bo pływania w Holandii nie śmiem zaliczyć do morskiego), a Jacek pomimo, że absolwent WSM, to jednak niepraktykujący zawodowo więc był na morzu po raz pierwszy od kilkunastu lat. Wszystkich nas w jakimś stopniu muliło, ale skończyło się na kilkukrotnej ofierze jedynie z mojej strony, jednak uwzględniając zmęczenie spowodowane wczesnym startem oraz fakt, że załoga jest na morzu świeża zdecydowaliśmy zrobić przerwę we Władysławowie, aby podreperować nadszarpnięte siły przed skokiem przez Bałtyk. Ta decyzja okazała się być brzemienną w skutki�. 

We Władkowie wybraliśmy się na rybkę, przespacerowaliśmy po zatłoczonych deptakach i zatankowawszy wodę i� no pozostałe płyny :) zamówiliśmy odprawę na 0630 i wczesnym wieczorem poszliśmy spać około północy. 
Poranna odprawa przebiegała sprawnie, więc zebraliśmy się w sobie do odejścia, ale tu wystąpił niestety nieoczekiwany problem w postaci braku kluczyka do silnika. Badanie uwięzi na której ów kluczyk był zawieszony oraz analiza pozostałych okoliczności wskazały na możliwość zgubienia rzeczonego kluczyka podczas wyjścia w miasto, chociaż i inne wersje, np. utopienie go też wchodziły w rachubę. 
Po krótkim namyśle nastąpił demontaż manetki, który miał na celu określenie możliwości uruchomienia silnika metodą na krótko, jednak większa niż 2 liczba przewodów dochodzących do stacyjki oraz zalane żywicą połączenia uniemożliwiły takie rozwiązanie. Trzeba było szukać innego wyjścia, ale najpierw nastąpiło radiowe odwołanie odprawy w GPK.
Po rozpatrzeniu kilku możliwości łącznie z jazdą pociągiem do Gdańska, gdzie w Górkach firma Mercado serwisuje silnik MIKI-ego nastąpiła seria telefonów Maćka, której wynik może posłużyć jako świadectwo mobilności i solidarności północnej grupy SIZ: Tomek Apacz przywiezie nam zapasowy kluczyk, ale niestety dopiero około 16-1700. Wobec nadmiaru wolnego czasu załoga oddała się różnym czynnościom: Jacek poszedł po śladach w miasto szukać zgubionego kluczyka, Tom Pędziwiatr z nudów wziął się za czyszczenie zęzy, bo ma wrodzone lub nabyte obrzydzenie do bezczynności, a niżej podpisany poszedł do sklepu rybacko � żeglarskiego na terenie portu. Efektem tych czynności była czysta zęza, zakup pływaków do sieci rybackich z przeznaczeniem na zrobienie tyczek sygnalizacyjnych dla MIKI-ego i mojego Nefryta, oraz negatywny wynik poszukiwania kluczyka w mieście. 

Cóż było robić dalej � rozpoczęto przygotowania do obiadu wywołując protesty spipera, który wyraził zastrzeżenia do ilości i częstotliwości spożywanych posiłków, uznając je (obie zmienne) za zbyt duże. Tego rodzaju uwagi zgłaszał zresztą skiper jeszcze wielokrotnie, co jednak nie miało większego wpływu na dalsze poczynania załogi w dziedzinie kulinarno- gastronomicznej � posiłki były nadal częste, obfite i w miarę możliwości urozmaicone, aczkolwiek stwierdzono permanentny i dokuczliwy brak kropki majonezu na kanapkach. Brak ten udało się wyeliminować dopiero w Szwecji.

Tom Apacz to rozrywkowy gość: podchodząc do miejsca postoju MIKI-ego wykonał zamach i pomimo wysiłków Maćka, który usiłował złapać rzucony przedmiot dał się słyszeć złowieszczy plusk, a następnie seria powszechnie uznanych za obelżywe słów. Na szczęście rzucony i w efekcie utopiony kluczyk nie był tym właściwym � Apacz był uprzejmy sobie zażartować, ale za swoje poczucie humoru zebrał marne oceny � szczególnie od skipera. 

Tym sposobem około 1800 zgłosiliśmy się ponownie do odprawy i wypłynęliśmy. Wcześniej jednak odwiedził nas dość uprzejmy bosman, który zażyczył sobie okazania pirotechniki i dokumentów jachtu. Druga pozycja okazała się być bez zastrzeżeń, natomiast rakiety miały mały feler -najmłodszym termin ważności skończył się w ubiegłym roku. Bosmanowi skiper wytłumaczył, że race są tańsze w Germanii, a my właśnie do Sassnitz, więc cóż �ze stwierdzeniem, że wypływamy na własną odpowiedzialność na ustach bosman od� dalił się dodając, że go u nas nie było. Maciek stwierdził po tej wizycie, że coś podobnego spotkało go po raz pierwszy i wynikło pewnikiem z naszego opóźnionego wyjścia. 

MIKI nie jest zbyt szybkim jachtem zarówno z powodu długości (Lw ok. 7 m), jak i w rezultacie solidnego, a więc ciężkiego wykonania. Dlatego rankiem następnego dnia okazało się, że nocne osiągi tj. ilość przepłyniętych mil nie jest zbyt imponująca i należy przeanalizować możliwość dojechania do Malmoe w czasie pozwalającym na terminowy powrót. Dodatkową trudnością okazał się słabnący wiatr a następnie jego brak, który trwał ładnych parę godzin, do późnego wieczora. Jacek wykorzystał tę sytuację zażywając kąpieli na  środku  morza – na uwięzi, więc nawet trochę nas pociągnął we właściwym kierunku.  Przed rozpoczęciem rejsu przez kilka dni śledziłem prognozy na windguru i wetteronline i wynikał z nich wiatr z kierunków wschodnich max do 12 m/s. Wprawdzie mapy baryczne na wetteronline wskazywały na możliwość słabych wiatrów na środku morza, ale przy właściwym kierunku można było liczyć na dotarcie do celu w rozsądnym terminie. Ponieważ był to dopiero 3 dzień rejsu uznaliśmy po naradzie, że jeszcze będziemy próbować pchać się na NW co przy wietrze z W wymagało rzeźbienia, dość trudnego w nocy kiedy nie widać icków i trzeba płynąć na kompas. Po całonocnym ćwiczeniu ostrego beidewindu, przy tężejącym wietrze przyszło nam skorygować plan - MIKI nie pójdzie pod rosnący wiatr i falę, więc kurs został zmieniony - pchamy się do Szwecji, do Karlskrony, a jak się nie uda, to do Utklippan - porciku przy latarni morskiej położonego na 2 wystających z morza skałach, z których jedną przecięto na pół aby stworzyć basen dla jachtów. Ponieważ w międzyczasie zaczął padać deszcz a wiatr dawał do 7B ostatecznie wylądowaliśmy w Utklippan, dołączając do flotylli głównie otkrytopokładowych jachcików, które jak się potem okazało uczestniczą w Blekinge Archipelago Raid - wyprawie małych otwartych łodzi na morze

Utklippan czyli 3 oddzielne wyspy z basenem jachtowym z dwoma wejściam (od W i E) nie oferuje żeglarzom zbyt wiele atrakcji, ale na każdej z 3 jego części jest i miejsce na zostawienie śmieci, na ognisko, czy grila, jak i toaleta, do której pomimo formy sławojki da się bez szczególnego obrzydzenia pójść. Położenie, a właściwie oddalenie od stałego lądu usprawiedliwia chyba jednak ten dość skromny standard. Komunikacja pomiędzy wyspami odbywa się z użyciem małych wiosłówek, z których skorzystaliśmy następnego dnia, aby obejrzeć przygotowania i samo wyjście flotylli łodzi o których wspomniałem wcześniej. Pomimo wiatru około 6 B, po 1200 wyszły one wraz z obstawą - 4 motorówki na 6 żaglowych, kierując się w stronę Karlskrony. Biorąc pod uwagę kierunek i siłę wiatru nie miały lekko, ale jakoś mam przekonanie, że dotarły do celu bez większych perturbacji. Załogi wbrew pozorom składały się z osób nie pierwszej młodości, chociaż należałoby raczej spodziewać się jakiejś hardcore'owej młodzieży. 

Maciek obserwował przez czas jakiś ich poczynania po wyjściu zza osłony wysp, poczym zdecydował, że ruszamy. Niestety nie do Karlskrony, bo przy tej sile i kierunku wiatru MIKI nie da rady ostrym beidewindem. Tym sposobem zamiar dotarcia do Malmoe legł w gruzach. Zdecydowaliśmy się skierować w stronę Kalmarsundu i w efekcie wylądowaliśmy w Kristianopel --miasteczku odebranym przez Szwedów Duńczykom w II poł. XVII wieku, z twierdzą, której mury ocalały do dziś i nadal robią wrażenie na zwiedzających. Do celu dotarliśmy późnym popołudniem, bez szczególnych wydarzeń, obserwując po drodze "baterie" elektrowni wiatrowych postawionych wprost w morzu oraz tęczę na ich tle - nad stałym lądem miejscami padało. 

W porcie Kristianopel prawie pełna infrastruktura - brak tylko pralni (a może i była, ale nie zauważyłem), a prysznice w cenie postoju, co załoga po trzech dniach w drodze skwapliwie wykorzystała z korzyścią dla własnego samopoczucia i atmosfery na jachcie . Oprócz nas w porcie stały jeszcze 2 jachty pod biało-czerwoną, ale oba wyszły następnego dnia wcześnie rano. My nie spieszyliśmy się zbytnio - wyszliśmy dopiero po rytualnych zakupach gadżetów ze Szwecji dla pozostałych w domu członków rodziny i spacerze po miasteczku i twierdzy, gdzie rozpoczynał się właśnie (weekend) jakiś festyn pod hasłem średniowiecze. 

Ponieważ prognozy kierunku i siły wiatru w zasadzie ostatecznie skazały na niepowodzenie plany dotarcia do Malmoe, po kolejnej naradzie postanowiliśmy popłynąć do Kalmarsundu, ale z uwagi na kierunek wiatru i prognozy nie zdecydowaliśmy się wchodzić w głąb przesmyku, tylko wybraliśmy najbliższy port na Oland, czyli Gronhogen, z uwagi na niezbyt trudne podejście przy "obowiązującym" kierunku wiatru.
Wiatr, który w Kristianopel i jeszcze prze pewien czas po wyjściu nie wydawał się zbyt silny, na pełnym morzu rozbujał się i spowodował sporą falę. W rezultacie do Gronhogen wchodziliśmy pełnym baksztagiem � jak szarża ułańska, dopiero w główkach zwijając genuę, co wszakże odbyło się bez żadnych perypetii.
W porcie stały 2 "koromysła": Bavaria 42 z niemiecką załogą i 52-stopowy jacht pod banderą holenderską. Bavaria (czarterowa) miała rozdartego grota i wracała z Kalmaru do Kiel, a schroniła się w Gronhogen wobec tężejącego wiatru z niekorzystnego kierunku. Jacht holenderski również czekał na osłabnięcie wiatru. Jak się okazało, nas też czekał trzydniowy przymusowy postój - 6 B prosto w główki portu czyniły wyjście w morze niewykonalnym.

Zaczęło się więc oczekiwanie, wielokrotne sprawdzanie komunikatów navtexu, prognoz przez wap, chodzenie na główki.... 

Nic nie pomagało, więc szukaliśmy sposobów na zabicie czasu. 
Wycieczki po okolicy doprowadziły nas do:
-byłej fabryki cementu z dość rozbudowaną ale niestety już nieczynną siecią kolejki wąskotorowej z odnogą do portu,
-pola golfowego,
-antykwariatu działającego samoobsługowo na zasadzie: wybierz sobie gadżet i wrzuć do dziury pieniądze,
-starego wiatraka przerobionego na knajpę,
-supermarketu, gdzie została przeze mnie zakupiona wędka (czego to ludzie nie robią z nudów :),
Niestety wędkowanie w porcie nie było udane, bo wiatr tak hulał, zw wszystkie ryby przeniosły się najwyraźniej na zawietrzną stronę Olandu... A może po prostu taki ze mnie wędkarz? Chociaż Tom Pędziwiatr też próbował z podobnie negatywnym skutkiem pomimo przekopania paru hektarów pobliskiego zagajnika w poszukiwaniu żywej przynęty. 

Trzeciego dnia przymusowego postoju Niemcy i Holendrzy zdecydowali się wychodzić pomimo iż ani kierunek ani siła wiatru nie zmieniły się znacząco. Cóż, czarter ma swoje prawa i terminy.... Jednak ponad 15 m długości plus kilkadziesiąt KM dieselgrotów zrobiły swoje � okręty po wyjściu z główek tylko lekko zmniejszyły prędkość, poczym poszły dalej pod wiatr i falę na silnikach. Nasz MIKI ze swoimi 10 KM nie dałby raby, więc dalej czekaliśmy. Pod wieczór, podczas gry w karty nagle dał się widzieć przez lewoburtowe okienko pokaźny bukszpryt � wybiegliśmy na zewnątrz i pomogliśmy przycumować ładniutkiemu szkunerowi z załogą policjantów z Berlina. Obserwując ich poczynania uznaliśmy, że chyba tylko skiper wie o co w tym wszystkim chodzi. Pozostali delikwenci nieporadnie wykonywali polecenia i gdyby nie moja i Maćka pomoc z brzegu cała operacja trwałaby pewnie sporo dłużej. Po pomyślnym zacumowaniu zjawił się przy nas skiper z czymś, co przez analogię do kartkowych czasów można by nazwać "wyrobem piwopodobnym", czyli szwedzkim piwem o nazwie "Bla ol", które niemiecka załoga oceniła jako "bla, bla". Nawet ja, osoba od 8 lat niepijąca, po spróbowaniu uznałem, że picie tego specyfiku trudno uznać za czynność powszechnie uznaną za picie piwa. Zrewanżowaliśmy się Tyskim, którego jakość została właściwie oceniona przez przybyłych. 

Hafenmeister, który przychodził codziennie około 1700 by zainkasować należność za postój, był regularnie pytany o prognozę pogody, która regularnie przewidywała poprawę warunków wietrznych i równie regularnie nie sprawdzała się. Trzeciego dnia, uznając nasz postój za wymuszony pogodą odstąpił nawet od pobrania opłaty oraz zapowiedział na następny dzień po raz kolejny tym razem pewną poprawę warunków. Aby potwierdzić jego informacje zapytałem sms-owym sposobem brata w Sztokholmie, który po sprawdzeniu kilku źródeł internetowych potwierdził przewidywania hafenmajstra. To była oczekiwana wiadomość, bo warszawska część ekipy zaczęła już odczuwać ciśnienie wynikające z kończących się urlopów.

Następnego dnia okazało się, że wprawdzie kierunek wiatru nie zmienił się znacząco, ale jego siła osłabła, co dawało szansę wyjścia z portu. Z załogą przygotowaną do natychmiastowego postawienia żagli zaatakowaliśmy więc wyjście i.... udało się bez poprawek, które z uwagi na kamienie otaczające główki portu mogły się skończyć byle jak. Wprawdzie wchodząca fala miała chęć zatrzymać nas w główkach, jednak była mniejsza niż w poprzednich dniach i MIKI dał radę. Kiedy już wyszliśmy poza tor podejściowy Maciek odetchnął z ulgą i oddał ster... no komu? Odpowiedź może być tylko jedna: Tomek był już tak znudzony długim przymusowym postojem, że nie dopuścił innej możliwości obsługi steru niż własnoręczna. 
Wyjście spoza osłony szwedzkiego brzegu wiązało się ze wzrostem fali, więc na połówkowo- baksztagowym kursie trzeba było uważać � największe fale miały amplitudę ok. 4 m. Przez pewien czas udawało się unikać �dziadów, ale po wyjściu za trawers stawy Oland Sodra Grund, raz i drugi łamiące się wierzchołki co większych fal pokropiły obecnych w kokpicie. Ponieważ wcześniej również nawigacyjny komp doznał lekkiego prysznica (na szczęście bez szkody dla funkcjonowania) trzeba było pamiętać o zamykaniu suwklapy. Korzystny kierunek wiatru pozwalał pomimo fal płynąc około 5 węzłów w wybranym kierunku � pod wieczór z wyliczenia wynikało, że zrobiliśmy 50 mil w 10 godzin, co pozwalało przypuszczać, że następnego dnia będziemy pod naszym brzegiem. Niestety w nocy wiatr siadł i odszedł na e do SE, co zredukowało osiągi z poprzedniego dnia. Około południa widać było już zarys brzegów, ale do Władysławowa było jeszcze sporo drogi, nie mówiąc już o Górkach. W tym czasie pomimo, że brzeg był ledwo-ledwo widoczny kilkakrotną wizytę złożyły nam małe ptaszki –  wielkości wróbla, chociaż o innym niż wróble dziobie (zdjęcie PICT0097). Zastanawialiśmy się jak takie maleństwa dają radę lecieć nad  wodą kilkanaście mil?.  Zaczęło się rzeźbienie w ostrym beidewindzie, które pozwoliło bez zmiany halsu obejść Rozewie, ale stało się jasne, że do Górek w zaplanowanym terminie nie dojedziemy. Aby zmniejszyć opóźnienie podparliśmy się silnikiem z zamiarem uzupełnienia paliwa we Władysławowie. Jednocześnie powstał problem: Maciek chciał 1 września odprowadzić syna do nowej szkoły na rozpoczęcie roku szkolnego. Rozpatrzenie różnych możliwości opanowania tego problemu wprowadziło do rejsku ponownie element indiański -- na przelot z Władysławowa do Górek skiperem został Tom Apacz . 

Tym sposobem, po przytarganiu 25 litrów paliwa z pobliskiej stacji BP, po 2000 zgłosiliśmy przez radio wyjście do kapitanatu i w drogę. Wiatr był niestety wschodni, więc czekała nas noc halsowania. Kolejne zmiany na sterze robiły co mogły, ale pomimo kombinacji z kursem i ustawieniem żagli o 0800 następnego dnia okazało się, że nocny uzysk dał w linii prostej 7 mil w interesującym nas kierunku. Ja miałem ostatnią wachtę na sterze i z rozbawieniem obserwowałem miny kolegów, którzy wynurzając się rankiem z Kabiny z niedowierzaniem stwierdzali, że to co widać za rufą to nadal Władysławowo! Ponieważ mieliśmy już dzień opóźnienia, więc rada w radę odpalono silnik, aby dopchać się na wysokość cypla Helu, skąd obowiązujący kierunek wiatru, czyli E pozwalał dopłynąć do Górek na żaglach, a w przypadku odkrętki można było uzupełnić ponownie paliwo na Helu i ciągnąć do Górek na silniku. Na szczęście prognozy ze Sztokholmu sprawdziły się do końca, więc na Hel nie zachodziliśmy, tylko po postawieniu żagli i odstawieniu silnika skierowalismy się półwiatrem do Górek. Tomek Apacz udzielił niezliczonej ilości odpowiedzi w temacie lokalizacji najważniejszych miejsc i charakterystycznych punktów na Zatoce, co wskazuje na to, że śródlądowa załoga "łyknęła" temat pływania po słonym. Pojawiły się nawet wstępne pomysły na przyszłoroczne poczynania, np. rejs z małżonkami w jeden z wydłużonych weekendów, czy wypad do Kłajpedy w kilka jachtów (z udziałem mojego Nefryta m. in.) 
Do Górek dotarliśmy bez szczególnych zdarzeń. Tu Maciek, który już na nas czekał został przymuszony do sporządzenia opinii z rejsu dla załogi, co uczynił nie kryjąc dezaprobaty dla naszego nalegania na uczynienie zadość wymogom żeglarskiej biurwokracji. Osobiście nie mam na razie zamiaru startować na morsa, może nawet w ogóle, ale też chciałem mieć opinię, a co mi tam . W końcu, po zebraniu swoich szpejów i sklarowaniu okrętu nastąpiło pożegnanie z Maćkiem i Tomkiem, a następnie kilkugodzinna jazda do Warszawy, gdzie dotarliśmy przed północą. 

Jedenastodniowy w rezultacie rejs zarówno przed rozpoczęciem, jak i podczas trwania zrodził pytania i przemyślenia, którymi chcę sę podzielić, by tak rzec - na pożytek potomności

Po pierwsze: jak zgra się "szuwarowo- bagienna", zegrzyńska w zasadzie ekipa z morskim wyjadaczem, który wprawdzie pływał również na śródlądziu, ale dawno, był znany tylko mnie, ale bardziej z prz niż osobiście i jest bezkompromisowym przeciwnikiem ograniczeń występujących w naszym żeglarstwie? Tu należy dodać, że zarówno Tomek, jak i Jacek nie czytają grupy i byli dotychczas raczej konserwatystami jeśli chodzi o ocenę ładu prawnego w żeglarstwie. 
Okazało się bardzo szybko, że załoga nadaje w fazie ze skiperem, co spowodowało kompletny brak nieporozumień. No, może za wyjątkiem momentu, kiedy we Władysławowie Jacek z Tomkiem najpoważniej w świecie zapytali Maćka czy mogą pójść do miasta i początkowo nie rozumieli czego nie rozumie Maciek .  Krótko mówiąc cały rejs określiłbym mianem �uhahanego�. Należy jednak dodać, że szczególnie w czasie okresów słabego wiatru i postojów były prowadzone rozbudowane dyskusje i intensywne działania...hm: resocjalizacyjne?, w wyniku których Jacek -- było nie było absolwent WSM uznał bez mała 100 % Maćka i mojej argumentacji na rzecz uwolnienia żeglarstwa ze zbędnych ograniczeń prawno- biurokratycznych, a Tomek- bardziej oporny w przyswajaniu "nowego podejścia", musiał również uznać większość naszych argumentów. Należy dodać, że Jacek w minionej kadencji w wyniku namów kolegi klubowego Jerzego Durejki, o mało nie zaangażował się w pracę jednej z komisji PZŻ.  Po naszej, nazwijmy to - indoktrynacji uznał jednak, ze dobrze się stało.
Tak czy inaczej, obaj moi koledzy poznali inne od oficjalnego podejście do żeglarstwa rekreacyjnego i moim zdaniem będą z nich jeszcze ludzie

Po drugie: na grupie praktycy wielokrotnie podkreślali ważność solidności i braku tolerancji dla niedopatrzeń i olewajskiego podejścia do zasad dobrej praktyki żeglarskiej. Co najmniej w jednej sytuacji w czasie rejsu takie podejście znalazło swoje potwierdzenie. Mianowicie wobec tężejącego wiatru został zwinięty grot i żegluga odbywała się na samej genule. W pewnym momencie zauważyłem, ze fał grota jest luźny (był wszeklowany w róg fałowy żagla). Pomyślałem, że trzeba by go wybrać wiążąc uprzednio krawatem do mocowania bomu, aby bom nie mógł się obracać, ale coś odciągnęło moją uwagę -  już nie pamiętam co to było. W rezultacie fał pozostał luźny, za to po niedługim czasie będąc w kabinie usłyszałem okrzyki świadczące o uwolnieniu się fału (wskutek odkręcenia się przetyczki szekli) i możliwości wyszorowania z bloku na topie masztu. Na szczęście podjęta natychmiast akcja zapobiegła takiemu rozwojowi sytuacji, ale nauka płynąca z tego wydarzenia jest oczywista: jeśli cokolwiek budzi Twoje wątpliwości czy jest prawidłowo zrobione - natychmiast sprawdź i popraw to, a już na pewno powiedz o tym skiperowi. Tłumaczenia "jakoś tam wytrzyma..." czy "zaraz przecież będziemy..." czy inne tego rodzaju należy zapomnieć! Prawa Murphy�ego zostały wielokrotnie sprawdzone w praktyce i szczególnie na wodzie lepiej zapobiegać ich nieuchronnej skuteczności niż później walczyć z rezultatami własnej niefrasobliwości. 

Po trzecie: może nie bardzo wypada wybrzydzać na okręt, który nie zawiódł ani razu podczas całego rejsu, ale jako właściciel podobnej wielkości Nefryta, który jeszcze przed premierą na słonej wodzie wydaje mi się nieco za mały (szczególnie brak wysokości stania � cóż, latka lecą J), muszę stwierdzić, że 7 m dla jachtu rodzinnego na Bałtyk to za mało. Podobnego zdania jest Maciek, który przymierza się wstępnie do wymiany MIKI-ego na coś ponad 8m. Ale Maciek ma łatwiej, bo jest na miejscu � nie musi daleko jeździć, aby przed i po sezonie podziałać koło okrętu.  Inna jest sprawa w przypadku osób takich jak ja, które aby dotrzeć nad morze muszą pokonać kilkaset kilometrów. W takich okolicznościach korzystna może być maszoperia � pozwala ona w rozsądnym czasie przygotować jacht do sezonu a i w sezonie np. w 3 rodziny da się jakoś podzielić urlopy i weekendy. Jednak maszoperia ma jedną istotną wadę, do której negatywnie odnoszą się np. jaskółki: jest mianowicie formą spółki i na dłuższą metę ma szanse przetrwania tylko pod warunkiem dobrej znajomości pozostałych uczestników. Tylko wtedy takie przedsięwzięcie ma szansę zagrać bez zgrzytów. Taka spółka byłaby najlepsza z udziałem kogoś słonowodnego, tzn miejscowego � jednak warunek dobrego poznania się obowiązuje i w tym przypadku. Ważne jest również precyzyjne ustalenie warunków w umowie maszoperjnej. Tu mogę powiedzieć, że dysponuję tłumaczeniem wzoru takiej umowy stosowanego w Szwecji � obejmuje IMHO wszelkie aspekty takiej spółki i po ew. dostosowaniu niektórych fragmentów do naszych realiów dobrze spełniałaby swoje zadanie.. 
Wstępne przemyślenia wskazują, że że dla trzyosobowej, czy raczej trzyrodzinnej maszoperii zarówno zakup jak i utrzymanie ca 9 � metrowego jachtu jest finansowo i czasowo do udźwignięcia. Oczywiście mówimy o jachcie używanym, kupionym jak np. Lotta w Szwecji, bądź np. w Holandii, gdzie wybór ofert sprzedaży jest bodajże nawet większy niż w Szwecji. 

I wreszcie po czwarte i ostatnie: Od czasu, kiedy zaangażowałem się w działalność .... "fredomitów", by użyć określenia spotkanego w jednym z postów na sail-ho, wielokrotnie zastanawiałem się nad skutecznością działań podejmowanych przez niewielką w sumie grupę osób, szczególnie pod kątem możliwości powiększenia tej grupy ale o osoby, które zechcą robić coś więcej niż tylko udzielanie werbalnego poparcia, czy nawet okazjonalnego mailowania do posłów. Najczęściej dochodziłem do wniosków, że to dość trudne zadanie, szczególnie z powodu permanentnego braku czasu u potencjalnych zainteresowanych. Są oni bowiem najczęściej osobami aktywnymi w ogóle i nadmiarem wolnego czasu rzadko dysponują. Jednak powiększać grono zwolenników uwolnienia naszego żeglarstwa z PZŻ- owskiego gorsetu trzeba, nawet jeśli nowi zwolennicy nie będą od razu w pełni aktywni. Jak to jednak zrobić? I tu przypomniałem sobie słowa Cypisa, które wypowiedział w rozmowie ze mną po wizycie ze Smokiem i innymi materiałami w sprawie zaskarżenia nowelizacji do TK, u posła Poncyliusza. Cypis powiedział mniej więcej tak: każde nasze wyjście z portu jest kolejną kroplą drążącą betonową skałę ograniczeń PZŻ. Uzupełniłbym to stwierdzenie o frazę "szczególnie z nowymi twarzami na pokładzie". Jeżeli są to młode twarze, które nie noszą garbu zaszłości z czasów jedynie słusznych � tym lepiej. To oni właśnie, młodzi będą głównymi beneficjentami zmian do których z uporem dążymy.

I tym oto sposobem do zwykłej relacji ze zwykłego rejsu wkroczyły elementy polityki, co jednoznacznie wskazuje, że pora ową relację kończyć. Żeglarstwo powinno bowiem kojarzyć się mniej z polityką a więcej ze zwykłymi rejsami w warunkach, które nie wymagają, by użyć określenia Don Jorge�go, �gwałcenia� czegokolwiek, a które dają uczestnikom radość i miłe wspomnienia na posezonowe długie wieczory i spotkania w żeglarskim gronie. 
Andrzej Kapłan   /AIKI/