|
Wprawdzie na prz nie są
wysoko notowane
wyczyny grup osiłków, którzy pływają na czas wokół trzech bojek, wysp
czy
przylądków, ale każdy musi przyznać, że topowe regaty są siłą napędową
rozwoju techniki, technologii i organizacji w żeglarstwie, że o jego
popularyzowaniu
nie wspomnę.
Jedna z takich imprez �
Louis Vuitton
Cup Act 6 i 7, czyli eliminacje do Pucharu Ameryki, odbywała się
stosunkowo
blisko od nas, w Malmoe, na przełomie sierpnia i września.
Ponieważ oglądanie takiego współzawodnictwa w telewizji nie zawsze jest możliwe a relacje zarówno w TVP, jak i w Eurosporcie nie są zbyt rozbudowane, powstała u mnie myśl, aby wybrać się do Malmoe, aby na żywo zobaczyć rywalizację superjachtów klasy AC i całą otoczkę takiej prestiżowej imprezy. Po przemyśleniu tematu zaproponowałem wstępnie 2 kolegom -- ścigantom z (o! zgrozo) Zegrza rejs do Malmoe, a po wstępnym uzgodnieniu z nimi zadzwoniłem do Maćka Skipbulby i zaproponowałem wyprawę na MIKI-m. Maciek, przeanalizowawszy temat, trasę i możliwości łódki ocenił potrzeby czasowe na min 10 dni po czym potwierdził swoją gotowość, oraz na naszą prośbę sporządził listę prowiantową. Tym oto sposobem 21 sierpnia zameldowała się w Górkach 3-osobowa ekipa z DC (Dream City :-), czyli ja, Tomek i Jacek, która po zaokrętowaniu i zaształowaniu zapasów była gotowa do "ataku na Malmoe". Ponieważ Maciek zamówił specjalny chleb "morski", który był do odbioru dopiero o 0300, wystartowaliśmy z Górek około 0400, budząc umiarkowane na szczęście grymasy niezadowolenia funkcjonariuszy GPK i powodując żądanie okazania dokumentów jachtu. Po wyjściu z przystani za sterem zasiadł Tomek, który ma cechę określaną w klubie jako "tidit!" czyli Struś Pędziwiatr, więc bardzo nie lubi być bez zajęcia. Jak się dorwał do tego steru, to dopiero po 13 udało się go odpędzić. Po wyjściu z główek skiper wyznaczył kurs na cypel Helu i okazało się, jak to najczęściej bywa, że trzeba rzeźbić pod wiatr. No i zaczęły się kombinacje z ustawieniem żagli, których skutkiem wyszło wyjście poza Hel 4 halsami oraz spore zdziwienie skipera który stwierdził, że nawet nie podejrzewał MIKI-ego o takie możliwości chodzenia na wiatr. Wyjście na otwarte morze wiązało się z większą niż na zatoce falą, więc wkrótce pojawiły się pierwsze objawy wskazujące na konieczność negocjacji z Dziadkiem Neptunem. Objawy te były proporcjonalne do czasu przebywania w kabinie, szczególnie w okolicach okołokambuzowych. Wszyscy trzej załoganci byli na morzu w jakiś sposób po raz pierwszy: Tomek-- po raz pierwszy w ogóle, ja pierwszy raz w tym roku (bo pływania w Holandii nie śmiem zaliczyć do morskiego), a Jacek pomimo, że absolwent WSM, to jednak niepraktykujący zawodowo więc był na morzu po raz pierwszy od kilkunastu lat. Wszystkich nas w jakimś stopniu muliło, ale skończyło się na kilkukrotnej ofierze jedynie z mojej strony, jednak uwzględniając zmęczenie spowodowane wczesnym startem oraz fakt, że załoga jest na morzu świeża zdecydowaliśmy zrobić przerwę we Władysławowie, aby podreperować nadszarpnięte siły przed skokiem przez Bałtyk. Ta decyzja okazała się być brzemienną w skutki�. We Władkowie wybraliśmy się
na rybkę,
przespacerowaliśmy po zatłoczonych deptakach i zatankowawszy wodę i� no
pozostałe płyny :) zamówiliśmy odprawę na 0630 i wczesnym wieczorem
poszliśmy
spać około północy.
Cóż było robić dalej � rozpoczęto przygotowania do obiadu wywołując protesty spipera, który wyraził zastrzeżenia do ilości i częstotliwości spożywanych posiłków, uznając je (obie zmienne) za zbyt duże. Tego rodzaju uwagi zgłaszał zresztą skiper jeszcze wielokrotnie, co jednak nie miało większego wpływu na dalsze poczynania załogi w dziedzinie kulinarno- gastronomicznej � posiłki były nadal częste, obfite i w miarę możliwości urozmaicone, aczkolwiek stwierdzono permanentny i dokuczliwy brak kropki majonezu na kanapkach. Brak ten udało się wyeliminować dopiero w Szwecji. Tom Apacz to rozrywkowy gość: podchodząc do miejsca postoju MIKI-ego wykonał zamach i pomimo wysiłków Maćka, który usiłował złapać rzucony przedmiot dał się słyszeć złowieszczy plusk, a następnie seria powszechnie uznanych za obelżywe słów. Na szczęście rzucony i w efekcie utopiony kluczyk nie był tym właściwym � Apacz był uprzejmy sobie zażartować, ale za swoje poczucie humoru zebrał marne oceny � szczególnie od skipera. Tym sposobem około 1800 zgłosiliśmy się ponownie do odprawy i wypłynęliśmy. Wcześniej jednak odwiedził nas dość uprzejmy bosman, który zażyczył sobie okazania pirotechniki i dokumentów jachtu. Druga pozycja okazała się być bez zastrzeżeń, natomiast rakiety miały mały feler -najmłodszym termin ważności skończył się w ubiegłym roku. Bosmanowi skiper wytłumaczył, że race są tańsze w Germanii, a my właśnie do Sassnitz, więc cóż �ze stwierdzeniem, że wypływamy na własną odpowiedzialność na ustach bosman od� dalił się dodając, że go u nas nie było. Maciek stwierdził po tej wizycie, że coś podobnego spotkało go po raz pierwszy i wynikło pewnikiem z naszego opóźnionego wyjścia. MIKI nie jest zbyt szybkim jachtem zarówno z powodu długości (Lw ok. 7 m), jak i w rezultacie solidnego, a więc ciężkiego wykonania. Dlatego rankiem następnego dnia okazało się, że nocne osiągi tj. ilość przepłyniętych mil nie jest zbyt imponująca i należy przeanalizować możliwość dojechania do Malmoe w czasie pozwalającym na terminowy powrót. Dodatkową trudnością okazał się słabnący wiatr a następnie jego brak, który trwał ładnych parę godzin, do późnego wieczora. Jacek wykorzystał tę sytuację zażywając kąpieli na środku morza – na uwięzi, więc nawet trochę nas pociągnął we właściwym kierunku. Przed rozpoczęciem rejsu przez kilka dni śledziłem prognozy na windguru i wetteronline i wynikał z nich wiatr z kierunków wschodnich max do 12 m/s. Wprawdzie mapy baryczne na wetteronline wskazywały na możliwość słabych wiatrów na środku morza, ale przy właściwym kierunku można było liczyć na dotarcie do celu w rozsądnym terminie. Ponieważ był to dopiero 3 dzień rejsu uznaliśmy po naradzie, że jeszcze będziemy próbować pchać się na NW co przy wietrze z W wymagało rzeźbienia, dość trudnego w nocy kiedy nie widać icków i trzeba płynąć na kompas. Po całonocnym ćwiczeniu ostrego beidewindu, przy tężejącym wietrze przyszło nam skorygować plan - MIKI nie pójdzie pod rosnący wiatr i falę, więc kurs został zmieniony - pchamy się do Szwecji, do Karlskrony, a jak się nie uda, to do Utklippan - porciku przy latarni morskiej położonego na 2 wystających z morza skałach, z których jedną przecięto na pół aby stworzyć basen dla jachtów. Ponieważ w międzyczasie zaczął padać deszcz a wiatr dawał do 7B ostatecznie wylądowaliśmy w Utklippan, dołączając do flotylli głównie otkrytopokładowych jachcików, które jak się potem okazało uczestniczą w Blekinge Archipelago Raid - wyprawie małych otwartych łodzi na morze. Utklippan czyli 3 oddzielne wyspy z basenem jachtowym z dwoma wejściam (od W i E) nie oferuje żeglarzom zbyt wiele atrakcji, ale na każdej z 3 jego części jest i miejsce na zostawienie śmieci, na ognisko, czy grila, jak i toaleta, do której pomimo formy sławojki da się bez szczególnego obrzydzenia pójść. Położenie, a właściwie oddalenie od stałego lądu usprawiedliwia chyba jednak ten dość skromny standard. Komunikacja pomiędzy wyspami odbywa się z użyciem małych wiosłówek, z których skorzystaliśmy następnego dnia, aby obejrzeć przygotowania i samo wyjście flotylli łodzi o których wspomniałem wcześniej. Pomimo wiatru około 6 B, po 1200 wyszły one wraz z obstawą - 4 motorówki na 6 żaglowych, kierując się w stronę Karlskrony. Biorąc pod uwagę kierunek i siłę wiatru nie miały lekko, ale jakoś mam przekonanie, że dotarły do celu bez większych perturbacji. Załogi wbrew pozorom składały się z osób nie pierwszej młodości, chociaż należałoby raczej spodziewać się jakiejś hardcore'owej młodzieży. Maciek obserwował przez czas jakiś ich poczynania po wyjściu zza osłony wysp, poczym zdecydował, że ruszamy. Niestety nie do Karlskrony, bo przy tej sile i kierunku wiatru MIKI nie da rady ostrym beidewindem. Tym sposobem zamiar dotarcia do Malmoe legł w gruzach. Zdecydowaliśmy się skierować w stronę Kalmarsundu i w efekcie wylądowaliśmy w Kristianopel --miasteczku odebranym przez Szwedów Duńczykom w II poł. XVII wieku, z twierdzą, której mury ocalały do dziś i nadal robią wrażenie na zwiedzających. Do celu dotarliśmy późnym popołudniem, bez szczególnych wydarzeń, obserwując po drodze "baterie" elektrowni wiatrowych postawionych wprost w morzu oraz tęczę na ich tle - nad stałym lądem miejscami padało. W porcie Kristianopel prawie pełna infrastruktura - brak tylko pralni (a może i była, ale nie zauważyłem), a prysznice w cenie postoju, co załoga po trzech dniach w drodze skwapliwie wykorzystała z korzyścią dla własnego samopoczucia i atmosfery na jachcie . Oprócz nas w porcie stały jeszcze 2 jachty pod biało-czerwoną, ale oba wyszły następnego dnia wcześnie rano. My nie spieszyliśmy się zbytnio - wyszliśmy dopiero po rytualnych zakupach gadżetów ze Szwecji dla pozostałych w domu członków rodziny i spacerze po miasteczku i twierdzy, gdzie rozpoczynał się właśnie (weekend) jakiś festyn pod hasłem średniowiecze. Ponieważ prognozy kierunku i
siły wiatru
w zasadzie ostatecznie skazały na niepowodzenie plany dotarcia do
Malmoe,
po kolejnej naradzie postanowiliśmy popłynąć do Kalmarsundu, ale z
uwagi
na kierunek wiatru i prognozy nie zdecydowaliśmy się wchodzić w głąb
przesmyku,
tylko wybraliśmy najbliższy port na Oland, czyli Gronhogen, z uwagi na
niezbyt trudne podejście przy "obowiązującym" kierunku wiatru.
Zaczęło się więc oczekiwanie, wielokrotne sprawdzanie komunikatów navtexu, prognoz przez wap, chodzenie na główki.... Nic
nie pomagało, więc szukaliśmy sposobów na zabicie czasu.
Wycieczki
po okolicy doprowadziły nas do:
-byłej
fabryki cementu z dość rozbudowaną ale niestety już nieczynną siecią kolejki
wąskotorowej z odnogą do portu,
-pola
golfowego,
-antykwariatu
działającego samoobsługowo na zasadzie: wybierz sobie gadżet i wrzuć do
dziury pieniądze,
-starego
wiatraka przerobionego na knajpę,
-supermarketu,
gdzie została przeze mnie zakupiona wędka (czego to ludzie nie robią z
nudów :),
Niestety wędkowanie w
porcie nie było
udane, bo wiatr tak hulał, zw wszystkie ryby przeniosły się
najwyraźniej
na zawietrzną stronę Olandu... A może po prostu taki ze mnie wędkarz?
Chociaż
Tom Pędziwiatr też próbował z podobnie negatywnym skutkiem pomimo
przekopania
paru hektarów pobliskiego zagajnika w poszukiwaniu żywej przynęty.
Trzeciego dnia przymusowego postoju Niemcy i Holendrzy zdecydowali się wychodzić pomimo iż ani kierunek ani siła wiatru nie zmieniły się znacząco. Cóż, czarter ma swoje prawa i terminy.... Jednak ponad 15 m długości plus kilkadziesiąt KM dieselgrotów zrobiły swoje � okręty po wyjściu z główek tylko lekko zmniejszyły prędkość, poczym poszły dalej pod wiatr i falę na silnikach. Nasz MIKI ze swoimi 10 KM nie dałby raby, więc dalej czekaliśmy. Pod wieczór, podczas gry w karty nagle dał się widzieć przez lewoburtowe okienko pokaźny bukszpryt � wybiegliśmy na zewnątrz i pomogliśmy przycumować ładniutkiemu szkunerowi z załogą policjantów z Berlina. Obserwując ich poczynania uznaliśmy, że chyba tylko skiper wie o co w tym wszystkim chodzi. Pozostali delikwenci nieporadnie wykonywali polecenia i gdyby nie moja i Maćka pomoc z brzegu cała operacja trwałaby pewnie sporo dłużej. Po pomyślnym zacumowaniu zjawił się przy nas skiper z czymś, co przez analogię do kartkowych czasów można by nazwać "wyrobem piwopodobnym", czyli szwedzkim piwem o nazwie "Bla ol", które niemiecka załoga oceniła jako "bla, bla". Nawet ja, osoba od 8 lat niepijąca, po spróbowaniu uznałem, że picie tego specyfiku trudno uznać za czynność powszechnie uznaną za picie piwa. Zrewanżowaliśmy się Tyskim, którego jakość została właściwie oceniona przez przybyłych. Hafenmeister, który przychodził codziennie około 1700 by zainkasować należność za postój, był regularnie pytany o prognozę pogody, która regularnie przewidywała poprawę warunków wietrznych i równie regularnie nie sprawdzała się. Trzeciego dnia, uznając nasz postój za wymuszony pogodą odstąpił nawet od pobrania opłaty oraz zapowiedział na następny dzień po raz kolejny tym razem pewną poprawę warunków. Aby potwierdzić jego informacje zapytałem sms-owym sposobem brata w Sztokholmie, który po sprawdzeniu kilku źródeł internetowych potwierdził przewidywania hafenmajstra. To była oczekiwana wiadomość, bo warszawska część ekipy zaczęła już odczuwać ciśnienie wynikające z kończących się urlopów. Następnego dnia okazało się,
że wprawdzie
kierunek wiatru nie zmienił się znacząco, ale jego siła osłabła, co
dawało
szansę wyjścia z portu. Z załogą przygotowaną do natychmiastowego
postawienia
żagli zaatakowaliśmy więc wyjście i.... udało się bez poprawek, które z
uwagi na kamienie otaczające główki portu mogły się skończyć byle jak.
Wprawdzie wchodząca fala miała chęć zatrzymać nas w główkach, jednak
była
mniejsza niż w poprzednich dniach i MIKI dał radę. Kiedy już wyszliśmy
poza tor podejściowy Maciek odetchnął z ulgą i oddał ster... no komu?
Odpowiedź
może być tylko jedna: Tomek był już tak znudzony długim przymusowym
postojem,
że nie dopuścił innej możliwości obsługi steru niż własnoręczna.
Tym sposobem, po
przytarganiu 25 litrów
paliwa z pobliskiej stacji BP, po 2000 zgłosiliśmy przez radio wyjście
do kapitanatu i w drogę. Wiatr był niestety wschodni, więc czekała nas
noc halsowania. Kolejne zmiany na sterze robiły co mogły, ale pomimo
kombinacji
z kursem i ustawieniem żagli o 0800 następnego dnia okazało się, że
nocny
uzysk dał w linii prostej 7 mil w interesującym nas kierunku. Ja miałem
ostatnią wachtę na sterze i z rozbawieniem obserwowałem miny kolegów,
którzy
wynurzając się rankiem z Kabiny z niedowierzaniem stwierdzali, że to co
widać za rufą to nadal Władysławowo! Ponieważ mieliśmy już dzień
opóźnienia,
więc rada w radę odpalono silnik, aby dopchać się na wysokość cypla
Helu,
skąd obowiązujący kierunek wiatru, czyli E pozwalał dopłynąć do Górek
na
żaglach, a w przypadku odkrętki można było uzupełnić ponownie paliwo na
Helu i ciągnąć do Górek na silniku. Na szczęście prognozy ze Sztokholmu
sprawdziły się do końca, więc na Hel nie zachodziliśmy, tylko po
postawieniu
żagli i odstawieniu silnika skierowalismy się półwiatrem do Górek.
Tomek
Apacz udzielił niezliczonej ilości odpowiedzi w temacie lokalizacji
najważniejszych
miejsc i charakterystycznych punktów na Zatoce, co wskazuje na to, że
śródlądowa
załoga "łyknęła" temat pływania po słonym. Pojawiły się nawet wstępne
pomysły
na przyszłoroczne poczynania, np. rejs z małżonkami w jeden z
wydłużonych
weekendów, czy wypad do Kłajpedy w kilka jachtów (z udziałem mojego
Nefryta
m. in.)
Jedenastodniowy w rezultacie rejs zarówno przed rozpoczęciem, jak i podczas trwania zrodził pytania i przemyślenia, którymi chcę sę podzielić, by tak rzec - na pożytek potomności Po pierwsze: jak zgra się
"szuwarowo-
bagienna", zegrzyńska w zasadzie ekipa z morskim wyjadaczem, który
wprawdzie
pływał również na śródlądziu, ale dawno, był znany tylko mnie, ale
bardziej
z prz niż osobiście i jest bezkompromisowym przeciwnikiem ograniczeń
występujących
w naszym żeglarstwie? Tu należy dodać, że zarówno Tomek, jak i Jacek
nie
czytają grupy i byli dotychczas raczej konserwatystami jeśli chodzi o
ocenę
ładu prawnego w żeglarstwie.
Po drugie: na grupie praktycy wielokrotnie podkreślali ważność solidności i braku tolerancji dla niedopatrzeń i olewajskiego podejścia do zasad dobrej praktyki żeglarskiej. Co najmniej w jednej sytuacji w czasie rejsu takie podejście znalazło swoje potwierdzenie. Mianowicie wobec tężejącego wiatru został zwinięty grot i żegluga odbywała się na samej genule. W pewnym momencie zauważyłem, ze fał grota jest luźny (był wszeklowany w róg fałowy żagla). Pomyślałem, że trzeba by go wybrać wiążąc uprzednio krawatem do mocowania bomu, aby bom nie mógł się obracać, ale coś odciągnęło moją uwagę - już nie pamiętam co to było. W rezultacie fał pozostał luźny, za to po niedługim czasie będąc w kabinie usłyszałem okrzyki świadczące o uwolnieniu się fału (wskutek odkręcenia się przetyczki szekli) i możliwości wyszorowania z bloku na topie masztu. Na szczęście podjęta natychmiast akcja zapobiegła takiemu rozwojowi sytuacji, ale nauka płynąca z tego wydarzenia jest oczywista: jeśli cokolwiek budzi Twoje wątpliwości czy jest prawidłowo zrobione - natychmiast sprawdź i popraw to, a już na pewno powiedz o tym skiperowi. Tłumaczenia "jakoś tam wytrzyma..." czy "zaraz przecież będziemy..." czy inne tego rodzaju należy zapomnieć! Prawa Murphy�ego zostały wielokrotnie sprawdzone w praktyce i szczególnie na wodzie lepiej zapobiegać ich nieuchronnej skuteczności niż później walczyć z rezultatami własnej niefrasobliwości. Po trzecie: może nie bardzo
wypada wybrzydzać
na okręt, który nie zawiódł ani razu podczas całego rejsu, ale jako
właściciel
podobnej wielkości Nefryta, który jeszcze przed premierą na słonej
wodzie
wydaje mi się nieco za mały (szczególnie brak wysokości stania � cóż,
latka
lecą J), muszę stwierdzić, że 7 m dla jachtu rodzinnego na Bałtyk to za
mało. Podobnego zdania jest Maciek, który przymierza się wstępnie do
wymiany
MIKI-ego na coś ponad 8m. Ale Maciek ma łatwiej, bo jest na miejscu �
nie
musi daleko jeździć, aby przed i po sezonie podziałać koło
okrętu.
Inna jest sprawa w przypadku osób takich jak ja, które aby dotrzeć nad
morze muszą pokonać kilkaset kilometrów. W takich okolicznościach
korzystna
może być maszoperia � pozwala ona w rozsądnym czasie przygotować jacht
do sezonu a i w sezonie np. w 3 rodziny da się jakoś podzielić urlopy i
weekendy. Jednak maszoperia ma jedną istotną wadę, do której negatywnie
odnoszą się np. jaskółki: jest mianowicie formą spółki i na dłuższą
metę
ma szanse przetrwania tylko pod warunkiem dobrej znajomości pozostałych
uczestników. Tylko wtedy takie przedsięwzięcie ma szansę zagrać bez
zgrzytów.
Taka spółka byłaby najlepsza z udziałem kogoś słonowodnego, tzn
miejscowego
� jednak warunek dobrego poznania się obowiązuje i w tym przypadku.
Ważne
jest również precyzyjne ustalenie warunków w umowie maszoperjnej. Tu
mogę
powiedzieć, że dysponuję tłumaczeniem wzoru takiej umowy stosowanego w
Szwecji � obejmuje IMHO wszelkie aspekty takiej spółki i po ew.
dostosowaniu
niektórych fragmentów do naszych realiów dobrze spełniałaby swoje
zadanie..
I wreszcie po czwarte i ostatnie: Od czasu, kiedy zaangażowałem się w działalność .... "fredomitów", by użyć określenia spotkanego w jednym z postów na sail-ho, wielokrotnie zastanawiałem się nad skutecznością działań podejmowanych przez niewielką w sumie grupę osób, szczególnie pod kątem możliwości powiększenia tej grupy ale o osoby, które zechcą robić coś więcej niż tylko udzielanie werbalnego poparcia, czy nawet okazjonalnego mailowania do posłów. Najczęściej dochodziłem do wniosków, że to dość trudne zadanie, szczególnie z powodu permanentnego braku czasu u potencjalnych zainteresowanych. Są oni bowiem najczęściej osobami aktywnymi w ogóle i nadmiarem wolnego czasu rzadko dysponują. Jednak powiększać grono zwolenników uwolnienia naszego żeglarstwa z PZŻ- owskiego gorsetu trzeba, nawet jeśli nowi zwolennicy nie będą od razu w pełni aktywni. Jak to jednak zrobić? I tu przypomniałem sobie słowa Cypisa, które wypowiedział w rozmowie ze mną po wizycie ze Smokiem i innymi materiałami w sprawie zaskarżenia nowelizacji do TK, u posła Poncyliusza. Cypis powiedział mniej więcej tak: każde nasze wyjście z portu jest kolejną kroplą drążącą betonową skałę ograniczeń PZŻ. Uzupełniłbym to stwierdzenie o frazę "szczególnie z nowymi twarzami na pokładzie". Jeżeli są to młode twarze, które nie noszą garbu zaszłości z czasów jedynie słusznych � tym lepiej. To oni właśnie, młodzi będą głównymi beneficjentami zmian do których z uporem dążymy. I tym oto sposobem do
zwykłej relacji
ze zwykłego rejsu wkroczyły elementy polityki, co jednoznacznie
wskazuje,
że pora ową relację kończyć. Żeglarstwo powinno bowiem kojarzyć się
mniej
z polityką a więcej ze zwykłymi rejsami w warunkach, które nie
wymagają,
by użyć określenia Don Jorge�go, �gwałcenia� czegokolwiek, a które dają
uczestnikom radość i miłe wspomnienia na posezonowe długie wieczory i
spotkania
w żeglarskim gronie.
|