Tam i z
powrotem – SIZ Zatokowy 2005 czyli mój
pierwszy raz na morzu.
Zamieszczone na grupie p.r.z 18
października 2005 00:32:43 przez
Anię Kopeć w wątku :
"No i
po
VI Jesiennym SIZ Zatokowym - Puck 2005"
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Witam
wszystkich znajomych i nieznajomych!
Hm, tydzień minął i relacji ani śladu. To ja skrobnęłam co-nieco -
długie wyszło, subiektywne i w dodatku cytuję wypowiedzi z tego samego
wątku. Niemniej autoryzację Cypisa dostałam, więc - co tam, najwyżej mi
się dostanie! Jak spadać, to z wysokiego konia :)
Tam i z powrotem – SIZ Zatokowy
2005 czyli mój pierwszy raz na morzu.
Na wakacje 2005 czekałam długo. Kiedy w czerwcu, lipcu, sierpniu
wszyscy liczyli dni do wypłynięcia, względnie cierpieli na
depresje porejsowe – ja siedziałam w domu w Krakowie otoczona
tonami papierów i pilnie zakuwałam do egzaminu zawodowego, który
zapowiadał się cholernie ciężko i miał się ciągnąć od przez całą
pierwszą połowę września z hakiem. Gdzieś, kiedyś... pływałam
sobie po Mazurach i Solinie, na morze mnie
do tej pory nie ciągnęło. Teraz, kiedy pozostawało mi czytanie
relacji, słuchanie opowieści w Starym Porcie w Krakowie – rwałam
włosy z głowy. Ach, jak mi się marzyło, żeby jeszcze w tym roku
spróbować morza!
Cypisa
poznałam w marcu tego roku na SIZ
Targowym. Wtedy
też dostałam zaproszenie na DINO. W kompletnie nie dającej się
bliżej określić przyszłości. Kiedy Cypis z Łukaszem Szotem
włóczyli się
początkiem września po Bałtyku, rzucając co jakiś czas strzępy
opowieści (o zorzy polarnej na przykład) rwanie włosów z głowy
osiągało apogeum. Ale
cóż... W końcu egzamin zdano i przyszedł czas na planowanie wakacji.
HA! Udało się :) Dostałam zaproszenie na DINO na SIZ oraz na
popływanie nieco wcześniej lub później. Cypisowi marzył się
Pioniersk – był tam
już 2 razy w tym roku (w tym raz, z powodu sztormu, przez cały
tydzień), co najwyraźniej okazało się jednak nie wystarczające.
Niestety z powodu własnego gapiostwa wizę do Rosji miałam odebrać
dopiero we środę 5 października – na 2 dni przed SIZem. Niby
dałoby się zdążyć jeszcze obrócić do Pionierska i z powrotem, ale
po co się męczyć? Zapada decyzja, że przekładamy go na następny
tydzień, pogoda nadal ma być sprzyjająca, a nie trzeba będzie się
spieszyć.
W piątek w Górkach czekamy na Radka
Saniewskiego, który musi dojechać z Białegostoku. Pogoda
przepiękna – ponieważ w tym roku prawie słońca nie widziałam, wyciągam
się rozkosznie i próbuję złapać tyle ile się tylko
da. W końcu wypływamy, około 17. Słońce już niziutko, a ja nerwowo
czekam kiedy zacznie kołysać. Czy będzie mnie mulić? Czy uda się
powstrzymać pawia? Na razie nie jest mi dane sprawdzić, bo wieje
ledwo-ledwo.
Oglądamy Gdańsk, robię jakieś kanapki i coś
ciepłego. Moja herbata okazuje się trochę słona, ale nie mówię o
tym głośno, tylko pytam Radka czy smakuje mu kawa – tak,
oczywiście. Herbata Cypisa była w kubku termicznym, więc pił ją
nieco później. Właściwie nie pił, tylko pluł. „Kto mył te kubki w
wodzie słonej i nie wypłukał?!?!?!?!?!?”. (Tu drobna uwaga:
na DINIE przy zlewie znajduje się w podłodze pedał do pompowania wody
zaburtowej, a nad zlewem – zawór do wody słodkiej. Zwyczajowo
naczynia myje się w tej z morza, a płucze w słodkiej.) Zerkam pod
pokład i wtedy to do mnie dociera: to nie błąd przy
płukaniu, ja po prostu do czajnika napompowałam tę wodę, co miała
pedał w podłodze... Skruszona przyznaję się do błędu, panowie
wielkodusznie mi wybaczają.
http://galeria.makiela.pl/album20/PICT0043
- robienie kanapek
Cypis
przeprowadza szkolenie ze środków ratunkowych: koła ratunkowe,
pława świetlna, rakiety. Na wszelki wypadek... słuchamy z powagą i
chyba oboje z Radkiem myślimy to samo: obyśmy nigdy nie musieli z
nich
korzystać. Tymczasem zrobiło się ciemno i wiatr zaczyna wiać mocniej.
Trochę
buja, może trójeczka, ale niewypasiona bynajmniej. Kiedy
schodzę pod pokład błędnik daje o sobie znać, więc szybko uciekam
na górę. Tu z kolei zimno... Zajęcie miejsca w zejściówce pozwala
uniknąć chłodu oraz kłopotów z błędnikiem. Mijamy jakieś 3
statki, ja i Radek troszkę się stresujemy, ale Cypis panuje nad
sytuacją. Jurmak dzwoni, mówi żeby uważać przy samym wejściu do
Pucka, bo coś tam namieszali ostatnio. Gwiazdy w ilościach
masowych migoczą i czasem spadają. Ach, jak
pięknie! Dla dopełnienia doskonałości sytuacji puszczamy sobie w
magnetofonie kasetę Groms Plass. I już lepiej być nie może.
Chociaż nie, pojawia się mała rysa. Robiąc kawę rozpuszczalną
Cypis w sobie tylko wiadomy sposób rozsypał ją pod pokładem... i w
sobie tylko wiadomy sposób próbując
wyczyścić dywanik zaciapał tą kawą żagle. W zasadzie przez pewien
czas wszystko jest w kawie :)
Czas mija. Radek robi namiary GPSem, ale Cypis
woli zastosować metody bardziej tradycyjne i tak uzyskane wyniki
skonsultować z Radkowymi. Zgadza się :) Po przejściu Głębinki
chłopcy pozwalają mi trochę posterować. Aaaaaaa... gdzie mi ta
łódka ucieka??? Dobra, już wiem jak, cierpliwości trochę po
prostu trzeba... Do Pucka coraz bliżej,
wiatr jakby osłabł. Przez UKFkę dobiega nas rozmowa, która cały
ten
sielankowy nastrój zmraża w jednej chwili. Słyszymy tylko część
rozmowy, ale
wynika z niej, że jacht Rafaella wezwał pomoc, statek ratowniczy
Bryza płynie
w jego stronę, a wszyscy na pokładzie mają się ubrać w
kamizelki ratunkowe. (Cypis wspomina, że jedną akcję ratunkową
już tego roku słuchał w ten sposób, kiedy ze Szczepanem na Piance
przeczekiwali
sztorm w Pioniersku, a Rzeszowiak walczył o życie...) Bryza
ściągnęła wszystkich z pokładu Rafaelli i holuje ją do portu.
Okazuje się, że poszło coś w silniku i zaczęli nabierać wody. Uf!
Wszystko skończyło
się szczęśliwie.
Tymczasem Puck coraz bliżej. Już słyszymy z
brzegu śmiechy i jakieś powitalne uwagi. Powoli i z godnością
posuwamy się w stronę wejścia... Łup! Już się nie posuwamy. Śmiechy
powitalne zamieniają się na śmiechy szydercze. Powoli i z
godnością za pomocą czegoś, co przypomina pagaj z metalowym
okuciem na końcu odsuwamy się od tego miejsca, gdzie dno okazało
się być odrobinkę zbyt wysoko. Ktoś twierdził, że to niby
mielizna. Ja to się nie znam, ale Osoba Prowadząca Jacht Na
Którym Płynęłam, A Której Autorytetu Nie Śmiem Podważać opisała
to w sposób następujący:
„Oj tam. My tylko wykonaliśmy zwrot wymijający niewielkie
wybrzuszenie, zapewnie zrobione przez pogłębiarkę. Jaka mielizna?
:)”
Jeszcze tylko sklarować jacht i wreszcie
można
pogadać z niewidzianymi od dawna znajomymi. I tak przez całą
sobotę. W niedzielę Cypis, który już trzeci tydzień
prychał,
kichał i kaszlał, poczuł się jakby gorzej. Nie musiał iść
do lekarza, bo lekarz w
osobie
Tomka Chodnika przyszedł na DINO. Osłuchał, opukał i przepisał
jakieś tam piguły.
http://galeria.makiela.pl/album20/PICT0073
- przychodzi lekarz do Cypisa...
Potem nastąpiło uroczyste wręczenie nagrody Kapitana z Jajem:
http://galeria.makiela.pl/album20/PICT0083_2
Następnie udaliśmy się do najbliższego punktu wyborczego celem
spełnienia obywatelskiego obowiązku, po drodze realizując przepisane
przez Doktora recepty. Lekarstwa zażyto. Jeszcze tylko prysznic,
śniadanie i... co jest, już czternasta??? Dobra, wychodzimy z Pucka
jako
ostatni SIZowicze. I znów słoneczko świeci, pogoda prześliczna, DINO
posuwa się dzielnie do przodu, a my z Radkiem z wypiekami na
twarzach wysłuchujemy historii szybkiej kolei w Polsce. Robię
kawę (tym razem
już z dobrej, słodkiej wody), którą Cypis... w sobie tylko
wiadomy sposób wylewa – na pokład, na swoje spodnie i koszulę :)
Znowu kawa!
http://galeria.makiela.pl/album20/PICT0085
http://galeria.makiela.pl/album20/PICT0093
Cypis powoli
kieruje się w stronę zejściówki, potem oświadcza, że on
się tylko na chwilkę położy, ale tak ogólnie, to żeby go wołać
jakby było trzeba, bo jak najbardziej czuwa. I rzeczywiście, w
okolicach Głębinki wychylił głowę i kazał pociągnąć bardziej na
lewo, po czym znów zaległ. Gdy po chwili zajrzałam do niego,
okazało się, że trzęsie się cały z zimna. Przykrywam go śpiworem,
przestaje się trząść, ale i tak nie jest dobrze. Ma gorączkę i
mówi od rzeczy. Co możemy zrobić? Kawy ani
herbaty pić nie chce, lekarstwa już wziął, a wydaje się, że z
minuty na minutę coraz trudniej nawiązać kontakt... Chciałabym się na
coś przydać, ale
co robić? Może chociaż Radek zje zupkę chińską? Zjadł :)
Potem
dzwoni do Zwierzaka, rozmawia z Tomkiem, w końcu ten badał Cypisa 8
godzin temu. Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi między Puckiem
a Gdynią, tyle, że wiatr kompletnie w mordę. W końcu zapada decyzja:
Hoorn zawraca i
płynie po nas. Trzy kwadranse i już abordaż. W ciężkiej panice nie
potrafię rzucić na Hoorna dinowej cumy (jak się to, do cholery,
rozplątuje???? &^%*#$@&), na szczęście potrafię
zaknagować cumę rzuconą z
Hoorna. W
tym czasie Tomek już jest na Dinie, po raz drugi tego dnia bada
Kapitana Z Jajem, zabiera go „do szpitala” czyli na Hoorna (i mnie przy
okazji też). Łukasz przejmuje dowodzenie Dinem, zostają tam obaj
z Radkiem, zdaje się, że nadal na holu. Cypis dostaje antybiotyk,
zostaje położony w najbliższej koi i szczelnie przykryty
najbliższym śpiworkiem (nad szczelnością czuwałam osobiście).
Tomek co jakiś czas zagląda, dogląda, sprawdza temperaturę i puls
(mnie też – miło, choć u mnie ani śladu choroby). Podobno
mieliśmy jakiś postój w Gdyni, gdzie wysadziliśmy część ludzi, co
się na pociąg spieszyli – musiałam spać wtedy snem
sprawiedliwego. Chyba około 4 nad ranem Zwierzak schodzi do nas i
informuje, że DINO z Radkiem i Łukaszem odłączyło się i płynie do
Neptuna w Górkach samodzielnie. My również, zresztą dotarliśmy tam
zdaje się godzinę później. DINO dotarło około 9 rano. Radek
zebrał się szybciutko w drogę (już był spóźniony do pracy), a ja
zrobiłam
Łukaszowi zasłużone śniadanie. A potem Łukasz pojechał do Gdyni
na Zawiasa, Zwierzak wrócił do Warszawy i zostaliśmy we dwójkę,
do czasu, aż Szanowny Kapitan Z Jajem poczuje się na tyle dobrze,
żeby DINA
zapakować i przewieźć na zimę do Warszawy. Cóż, we wtorek z
nudów
zafundowaliśmy sobie muzykoterapię na pokładzie DINA: ja
wyciągnęłam skrzypce,
Cypis podłączył bas i... całkiem dobrze nam to szło! :) Chociaż w
pewnym momencie siłą woli jedynie powstrzymałam się od
wyskoczenia z wrzaskiem na bezpieczną odległość. Gdyż znienacka
spod kartki papieru ze słowami piosenki wyłonił się... ogromny...
długonogi... PAJĄK!!! Jednakowoż nie chciałam przerywać performance’u i
jakoś dotrzymałam do końca kawałka.
A
potem pająk sam się schował (chyba przestraszył się bardziej ode mnie
:) ). We środę przepłynęliśmy do YK Stoczni Gdańskiej, żeby
roztaklować i wyciągnąć łódkę, a we czwartek już zawieźliśmy ją
do Warszawy. Smutno wyglądała, taka spakowana, ze złożonym
masztem i w ogóle... No, ale
cóż, za kilka miesięcy znów będzie na wodzie!
Ja chyba również, bo bakcyla złapałam. No, w
każdym
razie póki co nic mnie jeszcze nie zniechęciło :)
PS. „Aha. W zapasach porejsowych zidentyfikowano kisiel. Może coś w
tym jest :)” (napisał Cypis)
A teraz podziękowania:
- Łukaszowi – za poduszkę i inne atrakcje
(szczególnie
ulubioną wyciskarkę do czosnku własnoręcznie zabrałam z Hoorna i
odłożyłam w
kuchni na Elbląskiej)
- Radkowi – za mądrą decyzję
- Zwierzakowi – za tak szybką pomoc, za obiad w
poniedziałek oraz za to, że jednak nie wysłał Cypisa do
przedszkola ;)
- Tomkowi, co miał identyczną co ja koszulę w
kratę – za
ogólną opiekę, w tym za ostatnią poradę przekazaną w poniedziałek
po południu telefonicznie za pośrednictwem Zwierzaka (będziemy
pamiętać! :) )
- Reszcie Hoorna – że nie krzyczeli, kiedy nie
wiedziałam
co robić z cumą
- Jurmakowi – to było bardzo miłe jak zaglądał do
Neptuna
pytać o zdrowie, no i za cały SIZ oczywiście!
- Całemu SIZowi oczywiście – bo fajnie było – ze
szczególnym uwzględnieniem Bryzy H, gdzie było odrobinę więcej
gitarzystów niż
kapitanów,
W pełni podpisuję
się pod słowami Cypisa:
„Jesteście wspaniali, a cała „akcja” tylko pokazuje – nie po raz
pierwszy - że to nie TWA - to coś więcej. O.”
- No i – last, but not least – Cypisowi, za to, że
nie
zabrał mnie w te wszystkie miejsca, w które mnie nie zabrał, więc
będzie mnie musiał
zabrać raz jeszcze (co najmniej) – i nie chodzi tylko o Pioniersk;
za zarażenie mnie właściwym bakcylem, a właściwie dwoma (morskim
i
muzycznym) i za całą resztę.
Ania Kopeć
|