Kobieca relacja z majówki
Zamieściła  na grupie p.r.z  27 May 2008 21:02:52 , Anna Prochot <hasiap@gmail.com> w wątku pt. "Kobieca relacja z majówki"
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------  
Kobieca relacja z majówki

Witam wszystkich! To mój pierwszy post na tym forum, nie mniej jednak czytam Was od dłuższego czasu i postanowiłam jakoś zaistnieć. Mam nadzieję, że moja kobieca relacja z rejsu wystarczy jako wkupne.

          Schodząc z łódki w zeszłym roku, już wiedziałam, że ja muszę i koniec.  Muszę wrócić na morze choćby nie wiem co. Postanowiłam dzielnie odkładać pieniążka na ten szczytny cel. Tylko nie wiedzieć czemu, każda oszczędność rozchodziła się w mgnieniu oka. Tyle powiedzieć, że na 14 dni przed wyjazdem moje odłożone 100 zł musiałam przeznaczyć na pierwszy w moim życiu mandat, a prawo jazdy mam już dobre 9 lat i tysiące kilometrów wyjeżdżone. Nie chcecie wiedzieć, ale była to zarazem najdroższa kawa, jaką kiedykolwiek wypiłam...
         Musiałam płynąć z jeszcze jednego powodu. Chciałam uciec, uciec od tego marzenia, które siedziało mi w głowie. Od tego marzenia, żeby popłynąć z ukochaną osobą. Na kilka godzin przed wyjazdem dostałam zaproszenie. Czekałam na nie długo. W dyplomacji i stosunkach międzynarodowych jest coś takiego jak zaproszenie składane za piętnaście dwunasta. Kurtuazyjnie, ale złożone na tyle późno, aby zaproszony nie mógł skorzystać. Smutno mi się zrobiło, lecz w wyobraźni jawiła się już ta śliczna romantyczna łódeczka i siedem dni pływania.
        Docieramy w sobotę nad chorwackie wybrzeże. Dowiaduje się, że moim skiperem będzie młoda dziewczyna. Młodsza ode mnie, a to świadczy o tym jak niewiele miała lat. Ogarnia mnie lekkie przerażenie. Potem myślę, że przecież moi klienci muszą mieć podobne obawy, a jednak potrafię im pomóc. Zaufanie to podstawa wszelkich związków, a z kapitanami w szczególności...
Wypływamy niestety dopiero w niedzielę. Szkoda, bo to zawsze mniej godzin pływania, a ja chce pływać, chce poczuć to wspaniałe, uspokajające bujanie łódki. Nasz pierwszy port do którego zmierzamy to Trogir. Część współzałogantów odczuwa lekką potrzebę złożenia hołdu Neptunowi, jednak starają się powstrzymać wszelkimi siłami. Brawo Juras! Twe samozaparcie było godne podziwu.
Okazuje się, że jak zwykle brak miejsc w marinie, więc wpływamy do takiej maleńkiej dziury - Venisce. Polecam gorąco - mają dwie knajpy na krzyż. A w jednej najlepsze kalmary i najsympatyczniejszego właściciela. Rano wypływamy w stronę Korćuli. Mamy lekki problem z grotem, którego zablokowaliśmy w maszcie. Chłopakom pomyliły się linki i zamiast rozwinąć, zwinęliśmy jeszcze bardziej. Wyszarpany żagiel łapie wreszcie wiatr i osiągamy cel. Przelot całkiem udany, ale znowu zostaje niedosyt pływania. Wpływamy do portu przy rozgwieżdżonym niebie, więc opowiadam o Wielkiej Niedźwiedzicy - opiekunce, o zadufanej w sobie Kasjopeji, o dzielnym Perseuszu. Męska część załogi zaczyna być mną zauroczona. Zabawne, zawsze myślałam, że to mężczyźni powinny opowiadać te romantyczne historie. A moje myśli biegną na południową część nieboskłonu do gwiazdozbioru wyobrażającego najmądrzejszego z Centaurów i znowu się rozmarzam, i znowu zaczynam tęsknić.
        W porcie urządzamy balangę na całego. Poznajemy skipera, który na takiej samej łódce, co nasza woził Prezydenta Chorwacji. Cóż jesteśmy wystarczająco wstawieni, aby uznać się za załogę prezydenckiego jachtu. Z tej okazji zapraszamy coraz więcej osób na łódkę - niech też poczują jak to jest w tych wyższych sferach. W porywach dzielny Oceanis mieści do 60 osób plus jakieś 20 na kei. Przygrywa nam Bogusz, którego usilnie proszę, co by nie śpiewał „Pożegnalnego tonu.” Rano... jak to pięknie mówią, tak gdzieś po pierwszej, zbieramy się na krótki przelot do Vera Luki - port po drugiej stronie Korćuli. Nasza dzielna załoga pomaga naprawić silnik, blokującym nam drogę sąsiadom i w końcu obieramy kurs na Vera Lukę. Pogoda całkiem nie chorwacka.  Siąpi z nieba, ale prawie nie wieje. Testuję pożyczony sztormiak, który artystycznie przedziera się na najzgrabniejszej części mojego ciała. Tragedii by nie było, ale następne trzy godziny spędzam pod pokładem susząc jeansy w rękach. Nie, to nie to, że żółtodziób nie wziął sobie spodni na przebranie. A jakże! Miałam, ale wszystkie mokre, bo kolega Seba, który potrafił wypowiedzieć się na każdy temat, w każdej chwili - mył pokład. Chłopina miał gigant kaca, to był jego trzeci dzień na łódce i zapewne nie wpadł na ten, jakże odkrywczy pomysł, pozamykania wszystkich bulajów i loków przed zlaniem pokładu.  Moje rzeczy, leżące sobie ot tak w szafce przemokły do suchej nitki.  Robię postanowienia na następny rejs. Primo: rzeczy na jachcie trzymać w workach. Secundo: kupić w miarę dobry sztormiak.  Dopływamy do Vera Luki koło 22. Stajemy longsaidem w pakieciku sześć jachtów, po czym wygłodniali rzucamy się na knajpę, robiąc mały weselny najazd. Jako załoga, która jest spragniona pływania prosimy skipera o nocny przelot. I takowy mamy zaplanowany do Skradinu.  Zaczyna się robić bardziej morsko, mamy wyznaczone wachty. Mnie przypada w udziale wachta z Robertem i Dudzikiem od 20 do 24. Pierwszy raz uczę się wyznaczać pozycję na mapie. Wszystko pięknie. Pierwsza pozycja zaznaczona pod czujnym okiem Tereski - cudnej dziewczyny w czwartym miesiącu ciąży. Dzieciak jak się urodzi to na bank nie zaśnie bez bujania. Wracając jednak do mojej nowej umiejętności. Wyznaczam drugą pozycję o 22. Pamiętajcie to mój drugi pierwszy raz! Skiper zostawia mnie z tym samą. Wydaje mi się, że robię wszystko dobrze, według wskazań jesteśmy gdzieś daleko od wysp, żadnych niebezpieczeństw, no po prostu miodzio - tak trzymać. Nagle Robert sygnalizuje, że głębokość zaczyna szybko spadać. No tak z 90 na 14 to szybko... Patrzymy na mapę - wszystko ok. Płyniemy 6-7 węzłów baksztagiem. Robert lekko podenerwowany mówi 4 metry! Kilka sekund później: 3,5 metra! Słowem panika. W mojej głowie myśl, jak to nanoszę pozycje i właśnie wpakowałam wszystkich na mieliznę, skały czy o co tam można rozbić łódkę. A było się zapisać na kurs i nauczyć porządnie, a nie uczyć się w praktyce?! Myśli biegną w zastraszającym tempie. Robert z przerażeniem krzyczy 2 metry. Na komendę zwrot przez rufę, mój anioł stróż tego rejsu, odpowiada jak się robi zwrot przez rufę?! W nieco bardziej niecenzuralnej formie. Opanowujemy ostatecznie sytuację. Moje pozycje były wyznaczone i naniesione dobrze, ale to sonda napędziła nam stracha psując się w nieodpowiednim momencie.  Podobno tak ma, przy dużym zafalowaniu i baksztagowym kierunku wiatru.
         Emocje opadają, a ja staję za sterem już do końca wachty.  Płyniemy ostro na wiatr, co rusz wpływając na większe fale. Pracuje sterem, by w miarę trzymać wyznaczony kurs. Po chwili skupienia i poznania łódki, kurs trzyma się sam, a ja mam coraz szerszy uśmiech na twarzy i nieodzowne dołeczki w policzkach. Panowie z zachwytem w głosie oświadczają, że są pod moim urokiem, bo ich żony nie chcą dzielić tej pasji z nimi, i oni właściwie zazdroszczą temu mojemu.  Dowciapni ponad miarę. Ten „niby mój” wychodzi zapewne z założenia, że kapitańska baba to tylko pech na pokładzie i bynajmniej dołeczków w policzkach nie chce oglądać. W chwili, gdy tak myślę morze daje mi równo falą po oczach. Znaczy, to coś znaczy?
         Następny dzień to zwiedzanie wodospadów Krka, dwu godzinny przelot kanałem do Sibenika i znowu niedosyt pływania. Po kolejnym spotkaniu na szczycie, to jest na prezydenckim jachcie rano startujemy do Biogradu, gdzie mamy zdać łódkę. Przed wypłynięciem zaczynamy robić klar jachtu, na co portowy stuka nam się w głowę. Po co to robimy, jeśli w cenie czarteru mamy sprzątanie? A jak bierzemy wodę z węża, to już nas zdecydowanie poucza (nie wypada napisać, jak to „delikatnie” robi)! Do steru trudno się dopchać, każdy pilnuje swojej wachty, bo chce popływać. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego tylko zająć się obiadem. A konkurencja, tak jak do steru, jest ostra. Marcin, po szkole gastronomicznej dzień wcześniej zrobił rosół i schab pieczony w śmietanie. Z Robertem postanawiamy, zatem przeskoczyć tą wysoką poprzeczkę i przygotowujemy spagethii carbonara w sosie z sześciu serów z brokułami. A co! My też potrafimy. Dobrze, że zmywanie zostaje innym.
         Rano pakowanie i powrót do Polski wesołym autobusem. Wesołość jednak dzielnie podtrzymywała tylko załoga prezydenckiego jachtu, reszta zdezerterowała. Wysiadam w Katowicach żegnając się czule z całą załogą, obiecujemy sobie jeszcze się spotkać.
W sercu pozostał niedosyt. Teraz już wiem, że ja chce nad nasze polskie morze. Chce długiego pływania, dużych fal i niekoniecznie muszę wygrzewać się na pokładzie. Chce zobaczyć wschód słońca na morzu i jeszcze dużo więcej chce, ale z tego rejsu zostało tylko jedno marzenie. Popłynąć w długi rejs z kimś, z kim można się dzielić młodzieńczą radością pływania. Bo na razie dołeczki w policzkach uwodzą tylko Neptuna - całkowicie ze wzajemnością.

Haśka Prochot

PS. http://www.zegluj.net/forum_zeglarskie/viewtopic.php?t=1700&postdays=0&postorder=asc&start=0
a tutaj można przeczytać, jak to się wszystko zaczęło.