Sankt Petersburg - 2002r 

Zamieszczone na grupie  p.r.z  11-06-2005 przez  Bartłomieja Tajchmana. 
---------------------------------------------------------------------------------

Ha!. Rok 2002, Leningrad, znaczy ten no khem.. Sankt Petersburg (swoją drogą do dzisiaj będący stolicą _leningradzkiej_ obłasti). Generalnie jesteśmy w dupie - nabrzeże celne przy morskim wakzalje, po odprawie, ale ruszyć nie możemy - awaria silnika i naprawdę ostry przypadek choroby na jachcie. Teoretycznie uwięzieni, ale argument dla tamożnikow, że "nasza priekrasna diewoczka zabaljeła" spokojnie pozwalał nam na przenikanie do miasta i kupowanie (z polecenia telefonicznego lekarza w Polsce) odpowiednich antybiotyków (w Rosji można kupować wiadra antybiotyków _bez_ recepty). Ale silnik nie działa - generalnie kaplica. 

Zabieramy się za naprawę. Narzędzia dostarczone przez armatora typu "zestaw z TESCO za 50 zł" po kolei odmawiają wspólpracy - klucze się gną, śrubokręty rozpadają w rękach. Ale obok nas stoi statek - "Kapitan Kiriczienko". No to panie pierwszy - leć pan pożyczyć klucz płaski 12.  Jakoś pożyczył (po polsku - jako jedyny na jachcie mówiłem po rosyjsku). Piękny klucz "steel made in USSR", model spokojnie przeżywający atak nuklearny. OK, właśnie o taki chodziło. Teraz panie pierwszy leć pan po krzyżak duży. Potem po klucz 10. I płaski śrubokręt. I duże kombinerki. I oczkowy 15. I... I jestem w kropce - potrzebuję imadło. Pożyczyć trudno - może cały rozrusznik do nich zabrać? Dobra - pudło tekturowe, ładuję i lezę 
na rosyjski statek, uwalony po łokcie, w "majce". Na relingach wisi już prawie cała uhahana rosyjska załoga - były zakłady, po co teraz Paljaki przyjdą - może klucz 16, albo młotek?

Rozmowa na trapie: 
- mnie nada pagawarit z pierwowom mechanikom! 
- pierwowo mechanika niet - w gorodie 
- nu, to możiet byt' wtoryj mechanik 
- wtarowo mechanika niet - zabalieł 
- nu, a trietyj mechanik? 
- u nas niet trietowo mechanika na sudnoj 
- nu, to u was mechanik jest? 
- Aaaa to wy Władimira iskajetie! 
:)

Rzeczony Władimir przywitał się, wysłuchał problem (startior nie rabotajet) i zarządził "Malcziki - sa mnoj!" Przeniknęliśmy przez 117 pokładów do głębin statku - do warsztatu mechanicznego. Pięknie naprawili nam rozrusznik. No to trzeba jakoś się zrewanżować. Jak zaproponuję pieniądze -obrażą się. No to może taki uniwersalny gadżet ze słowiańskiego kręgu kulturowego - 0,7 Bolsa.
- Władimir, charosza rabota.. no smatri - od nas taki suwenir...
- Aaaa! Balszoje spasiba - SA MNOJ, RIEBIATA!

Porwał nas do swojej kabiny i dał 2,5-litrową flachę jakiegoś armeńskiego koniaku, co byśmy wypili za internacjonalistyczną drużbę mieżdu narodami. I koniecznie mamy przyjść wieczorem. Koniecznie i obowiązkowo.  No to OK - przychodzimy. Delegacja trzyosobowa. Pukamy, wchodzimy, a tam pół załogi statku, napoje, zakuska... i pytanie: 
 
 
- Riebiata, wy znajete szto eta za karablj? 


- No.. ruskij karablj!
- Nu da.. ale kakoj eta karablj?
- No.. priekrasnyj, balszoj karablj...
- Da, wsio eta prawda, no KAKOJ eta karablj? 
- Eee... nazywajetsa "Kapitan Kiriczienko"?
- Da.. no na KAKOM karablje wy zdies - znajetie? 
- Nu my nie znajem, gawaritie nam... 
- Ech matrosy.. eta rybackij karablj.. 
  A siewodnia prazdnik.. DIEN RYBAKA!

                                  "Kapitan Kiriczienko".
Statek, którego marynarze bardzo pomogli nam w naprawie 
silnika - udostępniając narzędzia, tokarnię, rosyjski koniak, 
swój czas i pomoc. A wieczorem wspólne świętowanie "Dnia Rybaka". Uch.... :) 
Zdjęcie pochodzi z : http://www.bart.merigold.krakow.pl/see_57.html

Aua. Potem działy się rzeczy różne. Wypite morze alkoholu, moja załoga w mig opanowała język rosyjski, śpiewy i rozmowy do czwartej rano... 

To kawałeczek.. Spędziłem w Leningradzie 8 dni. Zdecydowanie za krótko - na pewno tam wrócę, niekoniecznie jachtem. Nie ma bardziej otwartych i przyjaznych ludzi niż Rosjanie (i Szkoci). Z jedną uwagą - jako konkretni ludzie i bez munduru. 

Pozdrawiam,

Wuj Bart27