|
--------------------------------------------------------------------------------- Ha!. Rok 2002, Leningrad, znaczy ten no khem.. Sankt Petersburg (swoją drogą do dzisiaj będący stolicą _leningradzkiej_ obłasti). Generalnie jesteśmy w dupie - nabrzeże celne przy morskim wakzalje, po odprawie, ale ruszyć nie możemy - awaria silnika i naprawdę ostry przypadek choroby na jachcie. Teoretycznie uwięzieni, ale argument dla tamożnikow, że "nasza priekrasna diewoczka zabaljeła" spokojnie pozwalał nam na przenikanie do miasta i kupowanie (z polecenia telefonicznego lekarza w Polsce) odpowiednich antybiotyków (w Rosji można kupować wiadra antybiotyków _bez_ recepty). Ale silnik nie działa - generalnie kaplica. Zabieramy
się za naprawę. Narzędzia dostarczone przez armatora typu "zestaw z TESCO
za 50 zł" po kolei odmawiają wspólpracy - klucze się gną, śrubokręty rozpadają
w rękach. Ale obok nas stoi statek - "Kapitan Kiriczienko". No to panie
pierwszy - leć pan pożyczyć klucz płaski 12. Jakoś pożyczył (po polsku
- jako jedyny na jachcie mówiłem po rosyjsku). Piękny klucz "steel made
in USSR", model spokojnie przeżywający atak nuklearny. OK, właśnie o taki
chodziło. Teraz panie pierwszy leć pan po krzyżak duży. Potem po klucz
10. I płaski śrubokręt. I duże kombinerki. I oczkowy 15. I... I jestem
w kropce - potrzebuję imadło. Pożyczyć trudno - może cały rozrusznik do
nich zabrać? Dobra - pudło tekturowe, ładuję i lezę
Rozmowa
na trapie:
Rzeczony
Władimir przywitał się, wysłuchał problem (startior nie rabotajet) i zarządził
"Malcziki - sa mnoj!" Przeniknęliśmy przez 117 pokładów do głębin statku
- do warsztatu mechanicznego. Pięknie naprawili nam rozrusznik. No to trzeba
jakoś się zrewanżować. Jak zaproponuję pieniądze -obrażą się. No to może
taki uniwersalny gadżet ze słowiańskiego kręgu kulturowego - 0,7 Bolsa.
Porwał nas
do swojej kabiny i dał 2,5-litrową flachę jakiegoś armeńskiego koniaku,
co byśmy wypili za internacjonalistyczną drużbę mieżdu narodami. I koniecznie
mamy przyjść wieczorem. Koniecznie i obowiązkowo. No to OK - przychodzimy.
Delegacja trzyosobowa. Pukamy, wchodzimy, a tam pół załogi statku, napoje,
zakuska... i pytanie:
Aua. Potem działy się rzeczy różne. Wypite morze alkoholu, moja załoga w mig opanowała język rosyjski, śpiewy i rozmowy do czwartej rano... To kawałeczek.. Spędziłem w Leningradzie 8 dni. Zdecydowanie za krótko - na pewno tam wrócę, niekoniecznie jachtem. Nie ma bardziej otwartych i przyjaznych ludzi niż Rosjanie (i Szkoci). Z jedną uwagą - jako konkretni ludzie i bez munduru. Pozdrawiam, Wuj Bart27 |