|
Zobaczyć Morze
I etap [Długaśne i mocno osobiste]
To od
lat wygląda dla mnie osobiście tak samo. Wracam z morza do domu,
przytulę żonę pogłaskam psa,
czasami jest odwrotnie i tylko gdzieś tam w półśnie
jak zasypiam, albo zaczynam się powoli wybudzać, coś nagle morzem zaszumi.
Słucham wówczas krzyku mew, a ponieważ ich nie słyszę to
znak, że jestem zupełnie gdzie indziej.
Gdzie? Gdzieś zawieszony pomiędzy lądem a morzem,
w sennych marzeniach , w oczekiwaniu na jakieś ostateczne rozwiązanie
. Tak to widzę. A każdy zmysł mój, znajduje tysiące
powodów ku temu, aby owo senne
marzenie stało się w końcu rzeczywistością. Poranna kawa,
parę zdań na temat ogólnej sytuacji w kraju i zagranicą,
parę słów,
czasami jakieś myśli i do tego wszystkiego ten nie pozwalający wywłaszczyć się proces z szumem morza i krzykiem białych mew w tle. Aż nastaje taki dzień i poranek dnia następnego, kiedy to pakuje worek tulę jak zwykle rozżaloną żonę, głaskam na pożegnanie psa, lub odwrotnie i jadę w nieznane zobaczyć to, co już tyle razy widziałem, inaczej, mniej namacalnie choć z równa o ile nie większą siłą. W Amsterdamie, na odjezdne, Janusz poprosił mnie abym napisał parę słów o rejsie, czego ze względu na jego osobisty urok odmówić mu nie sposób, a następnie z przeuroczym uśmiechem na ustach rozwiązał był ze mną wszelkie stosunki i zależności służbowe. Hańba mu za to, o czym zapewne wie a jeśli nie to teraz się dowiedział. Długo zastanawiałem się nad tym, o czym tak naprawdę chciałbym napisać. Gdzie jest sentencja tego co zobaczyłem, gdzie są ci wszyscy ludzie i na koniec gdzie ja sam w tym wszystkim jestem. Tak czy owak, o technikaliach, nawigacyjnych meandrach, problemach i rozterkach dowódców statków niech sobie pisze sam, ja napiszę o tym, co dla mnie osobiście wydaje się być istotne. A że o poziomie mojej inteligencji rzeczony Janusz twierdzi wprost, że nic takiego w przyrodzie nie występuje, tedy zajadę go od tej właśnie strony. Nic nas przecież tak nie poraża jak właśnie owe kretyniczne opinie wypowiadane przez ludzi, co do których poziomu, występują jakieś uzasadnione wątpliwości. Swoją drogą to ciekawe, dlaczego są one takie ważne skoro świat pełen jest wyważonych, przemyślanych i okrągłych osądów do tego stopnia oderwanych od tego, kogo w istocie swej dotyczą, że z równym skutkiem można je poczynić w stosunku do konia. Nie będzie to więc historia ani mentorska, ani wyliczankowa, ani czegokolwiek ucząca. Będą to jedynie oderwane od siebie obrazy niezależne od czasu i przestrzeni, ale takie, jakie je dziś pamiętam. Drogą od dworca kolejowego w kierunku centrum Amsterdamu przewalają się tłumy ludzi. Trzeba uruchomić wszystkie zmysły, aby to wszystko ogarnąć po czterech dniach na ograniczonej powierzchni pokładu, gdzie wszystko było znane i znajome. Idę w towarzystwie Piotra i Basi. Piotr, mniej więcej mojego wzrostu i postury przypomina nieco Jacka Nicolsona. Basia jest bardzo drobna, wręcz filigranowa, nieśmiała, i nieco zamknięta w sobie. Na domiar złego właśnie zaczyna padać deszcz. Nie leje, co prawda jak z cebra, ale i nie nastraja szczególnie optymistycznie do wycieczek. Ulicą poruszają się pojazdy, na które nawet nie zwracam uwagi. Opowiadam im o właśnie mijanej przystani taksówek wodnych, gdzie już za cenę 6 euro można odbyć wycieczkę po kanałach Amsterdamu. Nagle Piotr pyta mnie czy widzę gdzieś tramwaj. Rozgadam się uważnie wokół siebie, nie, nie widzę tramwaju, widzę jakieś autobusy wycieczkowe, sporo samochodów osobowych, tramwaju nie widzę. Nie widzę tramwaju, odpowiadam zgodnie z własnym przekonaniem, są, co prawda tory, ale nic takiego nie zauważyłem. Nagle z za czekających na zmianę świateł autobusów wyłaniają się dwa białe wagony i mam okazje usłyszeć charakterystyczne dzyń, dzyń, dzyń. Na chwilę staje jak wryty w ziemię, tak jakby ten tramwaj pojawił się był z nikąd. Skąd wiedziałeś że tam jest tramwaj ? Pytam Piotra. Po prostu go słyszałem - odpowiada. Ja również powinienem go słyszeć, słuch mam przecież dobry, ba nawet gram i to wydaje mi się całkiem znośnie. To wszystko prawda. Ale twój mózg funkcjonuje inaczej. To, co dla ciebie nieistotne jest przesiewane i traktowane zupełnie tak jakby tego nie było. Musiałeś go słyszeć wcześniej - rzecze Basia, ale widocznie uznałeś, że ta informacja jest ci do niczego nie potrzebna. W słuchawce słychać głos symulatora mowy podającego kurs w oparciu o kompas elektroniczny. Co któryś raz podawane jest również wychylenie płetwy sterowej. Obok, znajduje się odbiornik GPS reagujący ze sporą zwłoką w stosunku do głosu w słuchawce. Wskazania różnią się niestety w znacznym stopniu. Próba jakiejkolwiek wzajemnej kalibracji spaliła na panewce. Wracam do czasów, kiedy to kompas namiarowy pokazywał kurs w miarę rzetelnie, natomiast sterowy na ogół to, co chciał. Ile jest teraz na GPS ? Pyta Henio. Henio jest niskim korpulentnym mężczyzną niezwykle ciekawym świata, rzecz można nieco przewrażliwionym na jego punkcie. U Henia wszystko musi być idealnie, poświęca temu sporo wysiłku, do wszystkiego podchodzi niezwykle emocjonalnie, przy tym wszystkim jest ogromnie wrażliwy, wręcz powiedziałbym nadwrażliwy. 230 odpowiadam. A ile mamy jechać ? Ideałem było by 235. To za bardzo odjechałem w lewo, zaraz to poprawię. Poprawia, niestety zbyt gwałtownie, teraz jedziemy 250. A teraz ile jest ? 250 mówię. Ja się chyba nigdy tego sterowania nie nauczę, dlaczego ta łódka tak skacze ? Heniu, sternik, który w tych warunkach będzie sterował +- 10 stopni to geniusz, z reszta to zupełnie wystarcza. Po co szarpiesz się bez sensu z tym sterem? Bo ja chciałbym żeby było dobrze. Ależ jest dobrze, ile słyszysz w słuchawce ? 200 - odpowiada. To postaraj się trzymać tak abyś w gadadle słyszał gdzieś pomiędzy 190 , a 210 resztą się nie przejmuj. Zmieniamy temat. Heniu ma bardzo ciekawy tembr głosu. Chrapliwy, mocny, przypomina nieco Brayana Adamsa. Nie myślałeś o śpiewaniu pytam ? Jasiek ... to Jasiek, wszystko musi być uporządkowane, przemyślane, każdy problem należy rozwiązać, albo przynajmniej oszacować. Pragmatyczny, przystojny, młody, przynajmniej trzy powody aby faceta nie lubić ;)). Rozmawiamy o wszystkim, o życiu, o ludziach, o jego żeglowaniu. Jasiek ma wspaniałe poczucie przestrzeni. Tak ogromna wyobraźnię, że sterowanie nie nastręcza mu żadnych trudności. Na żaglowcu jest pierwszy raz, nie mniej jednak żeglowanie nie jest mu obce. Pływał kiedyś na małych łódkach. Ze Skagen wychodzimy wieczorem, na wysokości boi wolnej wody musimy zmienić kurs o 90 stopni. Trzeba to będzie zrobić dość ciasno, ze względu na spory ruch statków. To co, bierzesz ster ? Pyta Jasiek. Nie, ty to zrób. Ale jak ? Nigdy czegoś takiego nie robiłem. To pojedziesz do momentu aż usłyszysz w słuchawce że kurs zmienił się o 70 stopni. Potem reszta powinna być już prosta. Powiedz mi w takim razie kiedy. Ok.! Teraz Bożena długi czas nie wychodziła w ogóle z domu. Dowiedziałem się tego od Basi, przy okazji wspólnej wycieczki po Amsterdamie. Dopiero wtedy cześć tego co widziałem zaczęła mi się układać w pewne takie logiczne ciągi. To był jej pierwszy rejs i jedna z nielicznych chwil, kiedy była poza domem. Na wysokości wejścia do portu Thyboron na pokładzie zrobił się nagle ruch w związku z tym, że część załogi posiadła nagły imperatyw kategoryczny, związany z wejściem na maszt. Wśród nich znalazła się również Bożena. Przyznała mi się że bardzo się boi, ale musi to zrobić. Nie zapytałem jej wówczas o powód, dziś pewnie sam bym sobie na to pytanie potrafił odpowiedzieć. Tomek żyje w świecie dźwięku, jest świeżo po maturze i chce koniecznie dostać się na realizacje dźwięku do Krakowa. Cały czas chodzi po statku z mikrofonem i nagrywa dźwięki, słuch ma absolutny. Od lat nie gram już na gitarze dla kogokolwiek jak tylko dla siebie, ponieważ uważam, że jest to bez sensu. Albo się ćwiczy i sprawia to radość mnie jak również słuchaczom, albo zwyczajnie lepiej dać sobie z tym spokój. Siedzę na rufie z rzeczona gitarą w ręku i tłukę jakąś skalę, której nazwa odeszła gdzieś wraz z ochotą do ćwiczenia. Nagle słyszę. Ciekawe ! Pentatonika ? Nie wiem, nie pamiętam, prawdopodobnie tak. Na pewno słyszę w odpowiedzi. Odrobina ciszy nikomu nie zaszkodzi. Wyłączamy silnik, wyłączamy agregat prądotwórczy, mój Boże, wreszcie można usłyszeć własne myśli. Siedzimy we tróję w oficerskiej i zamieniamy jakieś słowa w nadziei, że być może jakaś myśl z tego się urodzi. Wchodzi Tomek z mikrofonem i prośbą czy mógłby wreszcie nagrać sobie szum wody rozbijającej się o burty. Przerywamy rozmowę, Tomek z mikrofonem przykleja się do obła, ja również słyszę wodę. Być może pierwszy raz tak kompletnie i tak celowo Ta historia nie ma końca, ma jeszcze tyle wątków i płaszczyzn, o których można by pisać w nieskończoność. Znamienne dla niej jako podsumowanie, niech będą słowa Piotra, który powiedział coś, co wbrew Zbierajowi i mnie samemu kazało mi się nad tym wszystkim zastanowić. My tylko nie widzimy, i tylko tyle. Ale to wcale nie znaczy, że to MY podlega jakiemuś uogólnieniu bądź też procesowi klasyfikacji. To MY wyrywa się z tych ram i znaczy każdy z nas indywidualnie, nie jest tożsame i rozpada się na poszczególne elementy przy każdej próbie uogólnienia. Chyba o tym jednak chciałem napisać. Łączę Serdeczności Bogdan |