Wrocilismy z rejsu - wspomnienia nieco sentymentalnew wątku pt. " Wrocilismy z rejsu - wspomnienia nieco sentymentalne" --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Wrocilismy z rejsu - wspomnienia nieco sentymentalneWitam!
25 wrzesnia w Trzebierzy s/y BIES zakonczyl swa wyprawe na Lofoty i do norweskich fiordow. Pierwszy etap Thyboron-Narwik opisalem juz kiedys na grupie, wiec teraz pare slow o ostatnim. Jacht przejelismy w Haugesundzie w poludniowej Norwegii (miedzy Bergen a Stavanger). Silny sztorm S-SE skutecznie uniemozliwil poprzedniej zalodze doplyniecie do Thyboroen. Sama podroz busem to osobna historia. dosc powiedziec ze integracja trwala i trwala... :-) Na miejscu bylismy tuz przed polnoca w niedziele. Poprzednia zaloga najwyrazniej jeszcze byla w „szoku posztormowym”. Cieszyli sie z „cudownego ocalenia” i co rychlej chcieli wracac do domow. I juz po godzinie od naszego przyjazdu zapakowali sie i odjechali. rozlokowalismy sie na Biesie, ktory na prawie dwa tygodnie mial sie stac naszym domem i zapadlismy w sen. Poniedzialkowy poranek to ogledziny jachtu. Wypadly fatalnie: podarte zagle przednie, niesprawny silnik, ogolny rozgardiasz. Ale mialem szczescie: zaloga bardzo zgrana, sami chetni do pracy zeglarze, wiec ogloszona przeze mnie akcja pod kryptonimem „Przywrocic nadzieje” zostala uwienczona pelnym sukcesem. Najdluzej nasz mechanik Andrzej walczyl z kaprysna maszyna. Udowodnil jednak, ze zna sie nie tylko na kobietach ale i na silnikach (tych jachtowych ktore sa zmienne, niestale i nieprzewidywalne-oczywiscie jakiekolwiek podobienstwo do kobiet nie jest zamierzone! ;-) Jaka jest roznica miedzy jachtowym dieslem a kobieta? Silnik nie chodzi na zakupy!!! ;-) We wtorek wreszcie ruszylismy w droge. wiatr sprzyjal umiarkowanie - w dziob, ale slabo. Korzystajac z lagodnej pogody udalo mi sie namowic duet naszych dziewczyn „Hasia&Kasia” na zrobienie pierogow ruskich. Jak plywam cwierc wieku, takich rzeczy nie widzialem! Haska stanela na kanapce w mesie i kula ciasta tlukla z wielka energia i zacieciem „zeby sie ciasto napowietrzylo”. Widok niezwykly i dajacy do myslenia. Niechaj rozwazy to mezczyzna, ktorego Haska tez moze tak „napowietrzyc”! :-) do akcji przylaczyl sie Marek i cala Trojca ulepila lacznie 150 pierogow. jedlismy, jedlismy, jedlismy a po wyjsciu na otwarte morze ten i ow podzielil sie zawartoscia zoladka z Neptunem. Coz, taki juz los zeglarza. Prognozy BBC i norweskie odbierane z Rogaland Radio nie dawaly nadziei plyniecia na poludnie w kierunku Helgolandu. W tej sytuacji poszlismy w Skagerrak i juz w piatek wieczorem zacumowalismy w tym porcie. W polwietrze Bies na podstawowych zaglach szedl 8-9 wezlow! Jak na leciwy, stalowy jacht niezly wynik. W Skagen zastalismy polski jacht Bon Bon. PLynela na nim arcysympatyczna zaloga z 50 Harcerskiej Druzyny Wodnej w Chorzowie. Harcerze wracali z 3 etapowej wyprawy na Islandie! Po raz kolejny okazalo sie, ze Slazacy to fajni ludzie i swietni zeglarze (Mary’ann czytasz to? ;-) W sobote zaloga miala „popas” i zwiedzala okolice. Wreszcie wieczorkiem zasiedlismy przy wspolnym stole z zaloga Bon Bona. dzialo sie duzo i ... wszystko pamietamy! Kilka razy odkladalem godzine wyplyniecie, ale ok 11 silnik zagdakal i ruszylismy dalej. Najpierw nie wialo, potem dmuchnal baksztag i nasz rumak zwawo pognal ku Kopenhadze. W nocy szlismy rownolegle do ruty. Slysze jak Haska, ktora byla na wachcie z Grzesiem, zbiegla na dol po lornetke. Pytam „ po co Ci ta lornetka”? a Hasia na to „plynie prom i nie wiemy w ktora strone”. O qrqa mysle, taki fajny sen sie zaczal i bede musial przerwac. Moze kiedys moj Gooru Bogdan L napisze programik, ktory pozwoli po dowolnym czasie wrocic do przerwanego snu? tymczasem wyskakuje na gore i ... zdebialem! z lewej za rufa kilkadziesiat metrow od nas czarna burta duzego statku, a z prawej przed dziobem rzesiscie oswietlony prom wali prosto na nas! nie chce pamietac co wtedy mowilem, ale na pewno bylo to spokojne, rzeczowe i bez cienia emocji. ot proste, kapitanskie slowa... :-) stal sie kolejny cud i wyszlismy calo z opresji. zapowiedzialem ze Grzesiowi sprawie lornetke teatralna, by mogl przez nia rozpoznawac kierunek ruchu promow! w poniedzialek wieczorem stajemy w Kopenhadze. Jest juz ciemno, zimno i czuc jesien. Spotykamy zaloge polskiego Cartera, z ktora umawiamy sie na maly bankiet na Biesie. Niesety koledzy zawiedli i nie pojawili sie- niech zaluja dzialo sie sporo i bylo wesolo. KOpenhaga jak zawsze kusi atrakcjami i zaloga chetna by zostac, ale czas jest nieublagany, a ja niezlomny, stanowczy i konsekwentny (no moze nie jestem, ale wiem ze taki byc powienienem. Jak powiedziala Katherine Hupburn w „Afrykanskiej krolowej”: „Zyjemy po to, aby sie doskonalic”! :-) i tak okolo poludnia we wtorek, nie doczekawszy sie Bon Bona ruszamy do Polski. Prognozy dunskie i niemieckie zapowiadaja wiatr NE wiec dla nas opcja korzystna. niestety po wyjsciu z Sundu jest 6 B ale ze wschodu. Kiedy pojawia sie swiatlo Arkony nieublagalnie przesuwa sie coraz bardziej ku lewej burcie. Halsujemy pod silny wiatr i spora fale, czasami zmuszeni doi przeciecia toru wodnego, na ktorym ruch jak w stolecznym miescie Warszawa w godzinach szczytu (przepraszam za wyrazenie). tyle tylko ze statki plywaja juz szybciej niz jada samochody po ulicach Warszawy! :-) Warszawiacy- „Nothing personal” nic nie mam do Waszego miasta, ale co Krakow to Krakow! dzielny Janek przezwany niezlosliwie „Pudzianem mechatroniki”- pracuje wlasnie nad swoja przelomowa praca w tym zakresie (tj zbliza sie asymptotycznie do uzyskania tytulu MAGISTRA) i jego dzielna wachta w skladzie piekna Kasia i skromny Marcin wyprowadza nas na pozycje, z ktorej mozemy zrobic zwrot i odlozyc sie na kurs w Zatoke Pomorska. wreszcie odkreca na NE i wieje regularna 6. Mkniemy do domu na skrzydlach wiatru. Haska wyjatkowo pobudzona (emocjonalnie) przesladuje mnie, a potem Andrzeja, Chwyta go lewa reka za prawa noge i delikatnie uderza czolem o stol. Skonczylo sie na rozcieciu czola - jak powiada Haska: „Na razie”.... coz ma dziewczyna krzepe i nie jest rzecza rozsadna wchodzic jej w droge. albo przeszkadzac kiedy wyglasza swoje parasadowe oracje.wchodzimy do Swinoujscia poznym popoludniem mijajac na redzie zespol okretow wojennych. w samym porcie okrety wyprzedzaja nas a marynarze wiwatuja dziwnie podekscytowani. jak sie okazalo wypatrzyli Haske, ktora stojac na rufie szeroko sie usmiechala. Coz widocznie zolnierze z marwoju tez lubia ruskie (pierogi!). i nie znaja jeszcze ryzka jakie sie z tym wiaze... w Swinoujskiej marinie wyraznie po sezonie. stoi tylko Smialy i jachty rezydentow. Martwa cisza. Sposobimy sie do wieczorku kapitanskiego i umawiamy na grilla z zaloga Smialego. Niestety nasze przygotowania przeciagaja sie i zaczynamy biesiade dopiero przed polnoca-sami. Wyglaszam krotka mowe, rozdaje opinie, rozlewamy trunki. Wspomnienia, zarty, plany na przyszlosc. Rankiem Janusz wyciaga mnie z koji i ruszamy w droge. Silnik po raz pierwszy w tym rejsie zapal bez interewencji Andrzeja. Kiedy uslyszal warkot maszyny wyszedl na poklad wyraznie zawiedziony ze silnik zadzialal bez jego pieszczot... droga przez Zalew to czysta przyjemnosc. cieplo, lagodny wiatr, piekne widoki. z rozrzewnieniem wspominam Wolin, miejsce gdzie kiedys przyszedlem na swiat i spedzilem pare lat zycia. coz z wiekiem czlowiek robi sie bardzo sentymentalny. w Trzebiezy czekaja na nas Jurek i Tadek- opiekunowie jachtu. Przejecie uplywa w milej, kolezenskiej atmosferze. jak zawsze wspolpraca z Klubem Zeglarskim z Nysy to czysta przyjemnosc. i tak skonczyl sie kolejny rejs na Biesie -dzieki fajnym ludziom najbardziej udany od kilku lat. dziekuje calej Zalodze, kolegom z KZ Nysa: komandorowi Witkowi Tomaszewskiemu vel „Don Vito”, Jurkowi i Tadkowi. Bies jak zwykle, nigdy nas nie zawiodl. pozdrawiam serdecznie Bogdan |