Rejsowe Końce Świata 2004.
Czemu
tak, czemu
końce świata? Właściwie nie wiadomo, jakoś tak wyszło, chyba po prostu
wszyscy
chcieliśmy na te trzy tygodnie jak najbardziej oderwać się od
codzienności. W
efekcie zaplanowana na ten rok trasa od samego właściwie początku nie
obejmowała żadnych miejscowości powyżej tysiąca mieszkańców.
Marzyły nam się
małe, zaciszne porty, przyjaźni mieszkańcy, długie fragmenty
podróży bez
cywilizacji, z konieczności pogodzeni byliśmy też z perspektywą
mglistej,
zimnej i deszczowej pogody.
Co do pogody –
było nieco inaczej. Dopiero po pewnym czasie zauważyliśmy prawidłowości
–
mocny, dobry wiatr przy długich przelotach, cisza przy zwiedzaniu z
łódki,
słońce przy zwiedzaniu z lądu, wschody lub zachody słońca przy
wchodzeniu i wychodzeniu
z portów, niskie chmury przy przepływaniu koło
fjordów (a co, to tak, żeby było
bardziej spektakularnie). Szybko ustaliliśmy, że rozwijają
wokół nas coraz to
nowe fototapety, i powoli zaczęliśmy tworzyć szczegółowe
historie o
zatrudnionych specjalnie dla nas oświetleniowcach.
A co do
odwiedzonych miejscowości? Owszem, spełniły pokładane w nich
nadzieje....
Koniec Świata
nr 1 – Islandia
jako taka
Stąd wywozimy pomieszane
wspomnienia nieprawdopodobnych widoków – otacza
nas nie-rzeczywistość. Jeden
materiał – lawa, raptem kilka gatunków roślin, a
pomimo to nieprawdopodobne
bogactwo kształtów i feeria kolorów.
Pola lawy. Tysiące, a
może miliony ton kamienia w płynie. Zastygłe w abstrakcyjne kształty,
wyraźnie
zarysowane strumienie z kolejnych wybuchów, potężne,
rozpęknięte bąble
wyglądające jak ziejące pyski potworów wzbudzają pokorę
wobec sił natury.
Fragmenty lądu powstałe w latach siedemdziesiątych, parujące gardziele
wulkanów, wypiętrzone stożki wulkanów
nieaktywnych, siedzące na środku gigantycznych
żużlowisk – ogląda się to fantastycznie, ale z odrobiną
niewiary w takie
zjawiska.
Rejony geotermalne. Słupy
pary, gwiżdżące parą kopce kamieni, dziury z gotującym się błotem w
stalowoszarym kolorze, jeziorka z mętną, jasnoniebieską wodą,
wszechobecny
zapach siarki, spieczona ziemia we wszystkich możliwych kolorach.
Gejzery. Dziura w ziemi.
Tworzący się w niej bąbel jasnoniebieskiej wody, rosnący w
górę, by po chwili
potężnym strumieniem eksplodować na parędziesiąt metrów.
Jeden z gejzerów już
nieczynny – można spokojnie podejść bliżej, przyjrzeć się
gotującej się niczym
w ogromnym garze wodzie. Damian wypowiada się nieco obelżywie na temat
„gejzera, co to już nie może” prowokując tym samym
„staruszka” do drobnej
prezentacji. Szczęśliwie nikt się już nie pochylał prowokująco prosto w
zagniewaną paszczę...
Lodowiec. Pęknięcie płyt
tektonicznych. Tundrowate parki narodowe. Jeziora we wszystkich
odmianach
niebieskiego i zielonego. Fjordy. Zielone wzgórza.
Wodospady. Mchy. Reykjavik,
sam w sobie zasługujący na miano końca świata. Spływające z
lodowców rzeki
koloru zaniebieszczonego mleka. Szutrowe drogi ciągnące się po
horyzont.
Po trzech dniach pobytu
wszystkie te cuda mieszają się, pewnie dopiero przy oglądaniu zdjęć
będzie
szansa sobie to wszystko poukładać.
Pora
ruszać.
Koniec
Świata nr
134 – Eidi, Wyspy Owcze
Mała marina,
chcemy się złapać tylko na chwilkę i dopytać o niepokojącą nas wysokość
pewnego
mostu. Pomoce nawigacyjne mało konsekwentnie podają wysokość, raz 16,
raz 18
metrów, my mamy 16.5 metra i chcielibyśmy wiedzieć na
pewno... Za to wszędzie
pojawia się rada, żeby zdobyć “local knowledge”.
Wyruszamy na
poszukiwania. Środek dnia, w miasteczku (jedna ulica) tubylcy nie
występują.
Schodzimy z powrotem w dół, do portu, przy okazji dowiadując
się w jakimś
otwartym sklepie, że pubu w tej miejscowości nie ma. Wychodzi nam, że
trzeba
szybko zasięgnąć języka i uciekać stad, niesłusznie zresztą, bo w parę
chwil
później okazuje się, że stanęliśmy jachtem dokładnie
naprzeciwko hurtowni piwa.
Schodzimy do
portu rybackiego – tam musi być jakaś cywilizacja. Jedyny
kuter, na którym
widać ślady życia odpływa precyzyjnie w tej samej chwili, w
której do niego
podchodzimy. Nieco zrezygnowani odkrywamy sklepik na nabrzeżu i
zaglądamy, może
mają piwko, skoro jest stolik na zewnątrz. Decyzja ta rozwiązuje nam
wszystkie
problemy nawigacyjne, jak się okazuje, pan sprzedający jest żeglarzem,
tymczasowo zastępującym w sklepie żonę. Doskonale wie, czego nam
potrzeba,
wykonuje kilka rozmów telefonicznych, uczy nas szybko na
danych drukowanych w
lokalnej gazecie jak interpretować pływy na podstawie informacji o
“slack
times”, dzwoni po córkę, żeby przywiozła z domu
jego osobisty almanach, po czym
wycina z niego potrzebne nam strony z zaznaczonymi pływami. Nie bardzo
wiemy,
jak mu dziękować... Nawet nieszczególnie psuje nam humory
fakt, że w sumie to
dowiedzieliśmy się, że most jest dla nas zbyt niski.
Koniec
Świata nr
147 – Fair Isle
Szetlandy i
Orkady pojawiały się w planie rejsu od samego początku. Z Lerwick na
Szetlandach
ruszamy w stanie ogromnego zadowolenia, w zeszłym roku nie udało się tu
dotrzeć, w tym owszem, i cała załoga pławi się w błogim poczuciu
tryumfu.
Zadowoleni po
zdobyciu Lerwick, podekscytowani perspektywą spotkania ze znajomymi,
popadamy w
wakacyjno-rejsowy nastrój grupowej euforii. Wtedy, jakoś tak
znienacka,
wyskakuje na nas z mapy niewielki punkcik – wysepka, z nic
nie mówiącą nam
nazwą Fair Isle. Z kilku możliwych tłumaczeń nasi panowie natychmiast
wyłuskują
wersję “Wyspa Blondynek” i w atmosferze
ogólnego rozradowania zapada decyzja –
płyniemy. I tak mamy po drodze...
Czujnie wciskamy
się do odrobinę zbyt ciasnej dla nas zatoczki, cumujemy do niewielkiego
pomostu
i szybko lustrujemy sielankowe widoczki: biały piaseczek na plaży,
zielone pagórki
oświetlone wschodzącym słońcem, zaspane owce na zboczach. Z
objawów cywilizacji
widoczny jest tylko slip i jakaś szopa na brzegu. Znaczy, zadupie,
znaczy, jest
dobrze. Odsypiamy i idziemy zwiedzać. Zorientowanie się w okolicy jest
łatwe,
na brzegu życzliwi autochtoni umieścili plan wyspy. Owszem,
szczegółowy. Szybko
ustalamy, że zbita grupa dziewięciu domów to musi być
stolica, i maszerujemy w
jej stronę. Idziemy drogą, jedną z dwóch na wyspie, i szybko
ulegając odludnej
atmosferze miejsca popadamy w lekką panikę dochodząc do skrzyżowania
tychże
dwóch dróg. Sytuację ratuje trzeźwość umysłu
starszego oficera, który zgrabnie
opanowuje panikę oraz zaistniały chaos i przeprowadza nas bezpiecznie
na drugą
drogę. Ta jest główną arterią komunikacyjną wyspy, i na
odcinku dwóch
kilometrów mijają nas trzy samochody. Kierowcy nam machają,
zwalniają, żeby
sobie popatrzeć...
Docieramy do
stolicy. Odnajdujemy sklep, i zbijamy się przed drzwiami w nerwowy
kłębek –
nikt nie ma odwagi wejść do środka. Chyba nieco zdziczeliśmy. W końcu
ktoś
odważny zdecydowanym ruchem otwiera drzwi, reszta bez ładu i składu
tłoczy się
w niezrozumiałym pośpiechu. Dziesięcioosobowy zator kotłuje się w
niewielkim
przedsionku, w końcu sytuacja zostaje opanowana, i cała załogi jest w
środku, tym
samym szczelnie wypełniając przestrzeń sklepikową. Dwie sprzedające
osoby,
kobieta i mężczyzna, z powitalnymi uśmiechami na twarzach wyrozumiale
nas
obserwują, rzucając radosne “hello” każdemu z
wchodzących, i czasem nawet
uzyskując odpowiedź. Stwarzając imponujący chaos udaje się nam nabyć po
piwie
dla każdego, i szybko uciekamy na pole, na dogodny przedsklepowy
stoliczek.
Siedzi tam miło wyglądający siwy pan i przygląda się naszym wyczynom z
dużą
dozą rozbawienia. Jeszcze szybki powrót do sklepu, z
grzecznym pytaniem, czy na
stoliczku owym można spożyc piwa nabyte przed momentem. Pani, z trudem
już
utrzymująca powagę, bez słowa wręcza nam otwieracz. Odbieramy to jako
przyzwolenie i z ulgą obsiadamy stolik, gdzie oczywiście natychmiast
zostajemy
wciągnięci w rozmowę. Jedno piwo później wiemy już o naszym
współstolikowcu
całkiem sporo, poznajemy również jego żonę i sąsiada, i
drugiego sąsiada, i
trzeciego też... Sukcesywnie zwiększamy piwem zdolności językowe, i
rozwija się
nam miła sytuacja towarzyska. Dowiadujemy się trochę o tym, gdzie
dotarliśmy. W
miasteczku jest siedemdziesięcioro mieszkańcow, szkoła podstawowa, do
której
uczęszcza dwanaścioro dzieci, i ów sklep, w
którym zresztą sprzedają mieszkańcy
zgodnie z wywieszonym na drzwiach grafikiem. Pytamy o pub, ale w
odpowiedzi
słyszymy “a co to jest?”
Przedsklepowy
stolik okazuje sie byc idealnym punktem nawiązywania
kontaktów, podchodzą do
nas kolejni tybylcy, ci już wiedzą, że jesteśmy z Polski, że
przypłynęliśmy
jachtem, że planujemy za parę godzin wypłynąć. Zresztą, niespodziewanie
dla nas
samych, plany te ulegają zmianie – okazuje się, że właśnie
tego dnia na wyspie
są obchody pięćdziesięciolecia przyjęcia jej pod patronat National
Trust of
Scotland. Zostajemy zaproszeni na wieczorne tańce i granie, ktoś z
naszych się
sypnął, że mamy grajków i instrumenty i od tego momentu
sytuacja wymyka się
spod kontroli – mamy zostać, i już. Czemu nie...
Poznajemy kolejne
osoby. Radosny starszy pan tłumaczy nam, że jego utykanie nie jest
wynikiem ran
wojennych, ale spotkania ze spanikowanym psiakiem. Duży szczeniak
wbiegł w
niego z pełnym impetem podczas panicznej ucieczki przed rozwścieczonym
kotem. I
życzliwie tłumaczy, żebyśmy i my na tego kota uważali...
Opuszczamy
przytulny stoliczek i zmierzamy dalej drogą, na drugą stronę wyspy,
wykazując
zaleconą czujność w temacie drapieżnych kotowatych. Napotykani tubylcy
zagadują
nas, ktoś mówi, że bardzo miło będzie nas gościć
wieczór, ktoś pyta, czy
naprawde mamy dudy... Jakiś gospodarz nas zatrzymuje, prosząc o pomoc w
dźwignięciu dużych kamieni na budowany murek. Długo potem musimy się
wymawiać,
że naprawdę nie możemy wziąć ze sobą jednego z rzeczonych
“kamyczków”, którymi
usiłuje nas w rewanżu obdarować.
Maszerujemy
drogą, z powrotem na jacht, wypadałoby się nieco ogarnąć przed
wieczorem.
Jadący z naprzeciwka traktor wzbudza zrozumiałe zaniepokojenie, wszyscy
przytomnie usuwają sie z drogi na bok. Powożący traktorem siwy pan
błyskawicznie symuluje rękami gest skręcania kierownicy w naszą stronę
–
najlepiej z nas wszystkich obdarzony refleksem rzuca się na bok w
klasycznym
padzie. Pan z uznaniem kiwa głową i darowuje nam wszystkim życie.
Niektórym się
nawet wydaje, że siedzący koło kierowcy pies też nieznacznie pomachał
nam
łapą...
Kiedy wieczorkiem
docieramy do pełniącego rolę remizy budynku, okazuje się, że znamy już
mniej
więcej połowę mieszkańców wyspy. Tradycyjne szkockie tańce
wykonują zarówno
małe dzieci, jak i naprawde starzy staruszkowie. My też trochę
próbujemy, ale
to wcale nie jest takie proste. Organizatorzy nieco nas zaskakują
prośbą o
zagranie i zaśpiewanie ze sceny. Dajemy niespójny i
spłoszony koncert ad hoc,
na szczęście gorąco przyjęty przez widownię, i umykamy.
Wracamy na jacht
rozgrzani, radośnie dając spontaniczny, głośny, i tym razem
spójny koncert
pieśni bojowej. Dookoła bardzo dużo niczego, wzgórki,
owce... Zgodnie
stwierdzamy, że pomimo braku blondynek warto było zajrzeć na ten koniec
świata.
Tak
samo zresztą, jak i na
wszystkie pozostałe...
Iwona
Maksymowicz.
|