|
To takie niewielkie
ptaszki, czarne z wierzchu, białe na brzuszkach, o komicznie
czerwonych,
dużych, zakrzywionych dziobach. Najczęściej występują na
pocztówkach i
koszulkach w sklepach z pamiątkami – w Szkocji, Irlandii,
Norwegii... Mój
stosunek do nich jest, nieodmiennie, od dawna, mocno osobisty
– od wielu już
podróży w tamte rejony chciałam je zobaczyć, zwyczajna chęć
zamieniała sie
stopniowo w chęć mocno rozpaczliwą, nadal jednak płonną... To
tyle tytułem wstępu.
Północne wybrzeże
Szkocji, środek dnia. „Rzeszowiak” dzielnie pomyka,
morze zafalowane tak tylko
symbolicznie, słoneczko zza chmur, leniwa, wakacyjna atmosfera. Na
pokładzie
kilka osób, niespieszne wymiany zdań.... Sytacja
ogólna, mam
nadzieję, niniejszym została zarysowana.
Ktoś nagle przerwał
sielankową atmosferę na łódce rzuconym półgłosem:
„ooo, puffin”. No, jakby mnie
ktoś pałą w łeb zdzielił, rzucam się gorączkowo do burty, serce wali
jak
oszalałe, wytężam wzrok, pomna doświadczeń z umykającymi delfinami i
innym
szybkimi stworzeniami morskimi usiłuję zdążyc, choć okiem rzucić na
legendarnego ptaszka... Zdążyłam! Kołysze się niezbornie na niedużej
fali (no,
ale sam jest nieduży w końcu, nie.... Dla niego to pewno całkiem spora
fala...
Ma prawo wyglądać nieporadnie...), czarny grzbiet, absurdalny
dziób... Wygląda
na to, że puffiny naprawdę istnieją! Łapczywie się przyglądam, stworek
nas też
zauważyl, zaraz się zerwie i ucieknie, a ja się chcę ponapawać...
Zauważył. Zebrał sie.
Zaczął sie rozpędzać, aby dalej od nas, rozsiewa wokół
siebie atmosferę
panicznej ucieczki, płynie coraz szybciej, wspina się na kolejna falkę,
zjeżdża
z niej, wpatrując sie z natężeniem nawet da się zauważyć występujące
nieduże,
ale jednak, przyspieszenie, kolejna falka, z wody zaczyna się wynurzać
jedna
łapka, potem druga, rozpaczliwie biją po powierzchni morza...
Pomarańczowe.
Łapki, znaczy się. Intensywnie pomarańczowe. Miga raz jedna, raz druga.
Napięcie oberwatorów na łódce przerywa gromki
wybuch chóralnego śmiechu.
Niemalże odblaskowe łapki pracowicie międlą wodę, lewa, prawa, lewa,
prawa....
Przyspieszenie nadal, hmmm, umowne. Kubusiowe, zduszone lekko:
„myszko, nie
spierdalaj” pędzi w ślad za uciekającym absurdem. Ewidentnie
dogoniło, łapki
nikną, ptaszek zasiada z powrotem na wodzie. Chyba uznał, ze już nam
uciekł....
Obserwacje puffinow w
zbliżonych okolicznościach przeprowadzane były przez załogę jeszcze
kilkakrotnie. Wniosek: puffiny nie potrafią się zerwać do lotu.
Do uzupełnienia
obserwacji czynionych w warunkach morskich posłużyła wyprawa do lądowej
kolonii
puffinów na jednym z klifów. Wyprawa odbyła się
pod wieczór, jako że ktoś
wiedzący poradził, że wtedy to właśnie wracają
one z połowów. Szukamy wzdłuż klifu, na
którym niby to mają być. Tak
dokładniej to szczegółowo lustruję podstawę klifu, szukam
miejsca, gdzie łatwo
byłoby im wyjść z wody. Rozczarowanie – ani jednego nie ma!
Przypadkowo
zahaczam wzrokiem o dość wysoką skałkę nad klifem. Zaraz, zaraz, są,
siedzą,
jak one tam wylazły?! Niemożliwe, nie da się. Ktoś je tam
wyniósł? Eee...
Znaczy się, latają! Czyli musi, że jednak potrafią wystartować! No, no!
Wypieki. Obserwujmy! Jest, całe stadko leci. Naprawdę LECI. Lądują.
Ojej. Ta
technika lądowania musi boleć! Macha się skrzydełkami, macha, a potem
nad
miejscem wybranym machać się przestaje. Cóż, cel osiagnięty
– puffin po tej
operacji jest faktycznie wylądowany. A że w trakcie wygląda jak
spadający
kamyczek?
Moja wiedza o świecie
dzięki rejsowi się mocno poszerzyła. Puffiny latają. Nie potrafią
natomiast ani
wystartować, ani wylądować.
|