|
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------- ... po sześciu latach, wiedziony kategorycznym imperatywem duetu Ruda z koleżanką zgodziłem się pojechać za Guziankę. Co prawda - ostatnim razem - w 2001 gdy zaszczyciłem śluzowego swoją obecnością to poprzysiągłem nigdy już tego nie czynić. Teraz złamałem przysięgę, porzuciłem puffinowego Czarusia, enklawowego Waldusia, P.T. znajome i znajomych spod Dęba i z samego czwartkowego rana, niesiony podmuchami wiatru słonecznego zacząłem się zbliżać do osławionej śluzy. Myślałem sobie tak, pal licho, przecież w sumie, gdy ma się łódkę, to wypadałoby czasami gdzieś popłynąć, poszerzyć horyzonty a nie tylko na pochlaj na Zamordeje czy do Krzyży - będzie dobrze. Oj, jak bardzo się myliłem! Pierwszym niepokojącym objawem było to, że pomimo wczesnej pory, już od Faryja płynąłem wśród bardzo dużego stada łódek. Tak jakoś dziwnie, bo szybkość obrotowa ich silników była odwrotnie proporcjonalna do odległości od śluzy. Na j. Guzianka Wlk. to nawet Kubica nie powstydziłby się szybkości - max szybkości, max funu, z tym że ja jechałem z położonym masztem a oni nie - myślałem, że na falach robionych przez wyprzedzające mnie Delphie (czy cokolwiek toto było) maszt wyskoczy mi ze stojaka, albo go urwie, albo... sam nie wiem co:-) Tak czy siak, na wąskim przesmyku, tuż przed rozlewiskiem przed śluzą dogoniłem te ścigacze. Dogoniłem je, bo widok zamkniętych wrót wprawił ten kwiat pzżetowskich kursów weekendowych w takie osłupienie, że wszyscy nagle postanowili położyć maszty. Ja rzadko przeklinam. Przy dalbach oczekiwały trzy czy cztery jachty, reszta krążyła złowrogo spoglądając na boki. Niestety nikt nie patrzył za rufę a wystające maszty co chwila siały popłoch wśród mijanych załóg. Po kilkunastu minutach wrota się otworzyły. Uuuu, dużo można by napisać, ryk silników i przeciągłe kuuuurrrrwwwwaaaa. Wiedziałem, że za spiżową bramą, tfu, za stalowymi wrotami będzie płacz i zgrzytanie zębów, ale nie wiedziałem, że tak głośno. Zresztą okazało się, że o żeglarstwie to wiem bardzo mało. Na ten przykład dowiedziałem się do czego służy saling stojącej obok łódki. Służy on do tego, żeby się za jego pomocą wspiąć i zapodać panu śluzowemu pieniążki do koszyczka przy okazji wyginając saling i jarzmo masztu. Aha, bosaki służą do wrzucania do wody - chyba wszyscy je wrzucili:-) Na rozwarcie dolnych wrót śluzy oczekiwałem tak, jakby to nogi Baśki z technikum były. Moment uniesienia poprzedził ryk silników, każdy chyba chciał sprawdzić czy w międzyczasie nie zapchały się przewody paliwowe. Z gromkim "uważaj pan" (to do stojących z boku jachtów) towarzystwo na pełnym gazie opuściło zaciszną śluzę. Piękne, wysokie brzegi Bełdan i... chyba wszystkie wyprodukowane na świecie skutery wodne i motorówki. To, że łódek wiele będzie, to się spodziewałem, wszak od zawsze bożocielny weekend przyciąga lud na przystanie ale nawet w najgorszych snach nie zobaczyłbym, że tyle tego może być. Halsując się ku górze mapy, przez cały dzień nie udało mi się wpłynąć na równą wodę. Cały czas podskakiwaliśmy na zostawionych przez motorowodnych bruzdach. Wraz z upływem czasu robiło się gorzej i gorzej, zaraz za Przeczką rozpocząłem z babeczkami negocjacje - olejmy Mikołajki i stańmy, bo zaraz nas ktoś rozjedzie. Stanęliśmy, ale nie oznacza to, że głowy przestały nam podskakiwać. Przy brzegu fale jak przy południowo-zachodniej "ósemce" w Helu. Nie można było drinka zdobić, żeby pół kokpitu nie zalać. Do tego wszechogarniające, nie ustające nawet na malutką chwilę bzyczenie silników - SUPER, no po prostu COOL!!! Myślałem, że zmierzch przyniesie ulgę, uuuu jaki ja głupi, przecież w każdym żeglarskim sklepie można kupić full wypasioną lampę trójsektorową, więc oprócz klasycznych motorówek na wodę, w całkowitym sztilu wyszły żaglówki palące na masztach, dziobach i rufach różne wynalazki i hałasujące bardziej niż w dzień. Tytuł Master of Light dziewczyny przyznały właścicielowi jachtu żaglowego idącego na silniku, palącego (widok z lewej burty): zielone na dziobie i czerwone na maszcie. Ja głosowałem na pana co miał sektorową na dziobie, trójsektorową na topie, białe w połowie masztu świecące w przód i dwa oddzielne białe na prawym i lewym koszu rufowym. Naprawdę:-) Żubrówka wycisza, jeśli nie wewnętrznie to na pewno okolice. Do momentu gdy około pół do ósmej obudził mnie ryk silników gniłem beztrosko w koi. Raptowna pobudka ułatwiła określenie terminu powrotu. Wiosna jest, brzegi nie osrane to można (tak myślałem) na bosaka chodzić. Poszedłem odwiązać cumkę - chcieli szyć, bo szkło prawie na wylot przez stopę przeszło. Wiem o co chodzi w piosence "Ostatnia mila", o kończący się zapas bandaży. Obolały i zdegustowany, na wszystkich żaglach i gaciach Rudej salwowałem się ucieczką na spokojne wód przestrzenie Nidzkiego. Jakoś dokuśtykałem po piachu na rybkę w Krzyżach, na piwko Pod Dębem też po schodach udało mi się wejść i jeśli ktoś kiedyś będzie słyszał, że wybieram się za Guziankę, to niech mnie z całej siły w tyłek kopnie albo odeśle do Googli, żebym sobie przeczytał ten artykuł. Pozdrawiam Marek Grzywa |