|
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Beczka się odkręciła od ściągacza uwalniając wantę z jej dotychczasowych obowiązków, przez co, nasz długi, wietrzny i zimny weekend na Bałtyku, stał się mniej długi, mniej wietrzny i mniej zimny, no i mniej na Bałtyku. A było tak: Łódkę odebraliśmy w piątek w Gdyni - w nocy - bo jechaliśmy z Warszawy, razem sześć osób na łódkę, na której podobno mieści się dziesięć. Pewnie burżuj jestem, bo mnie na niej w sześć było ciasno, ale to sprawa indywidualna. Wyjazd zorganizował Marek i chwała mu za to - inaczej siedziałbym w Warszawie i się bez sensu nudził albo kłócił z żoną o pierdoły. Plany mieliśmy dosyć ambitne, do Kalmaru a w drugą stronę przez Bornholm. Tyle, że, prognoza, jaką zobaczyłem w TVN przed wyjazdem nie nastrajała mnie optymistycznie - wyż nad morzem Norweskim i niż nad Polską - to nawet moja najmłodsza córka wie, że wiatr będziemy mieli „w pysk”. Wiatr będziemy mieli dobry - zawyrokował Marek - ściągnąłem GRIBy z sieci. Wszystko będzie OK. Ucieszyłem się, bo bardzo lubię GRIBy, kiedyś udało mi się ściągnąć GRIBy dla Wschodniej części Atlantyku i mimo iż nigdy nie byłem w tamtej okolicy miałem wielką frajdę w odczytywaniu kierunku wiatru, zafalowania i zmian ciśnienia. W piątek wieczorem łódka nie nadawała się do wypłynięcia, bo podobno utopiła się zielono-czerwona lampa z kosza dziobowego. Zrobiła wymyk, plusk i nie ma. Tuż przed naszym przyjazdem. Okazało się potem, że różne rzeczy z tego jachtu, nie wyłączając mojego kapelutka z wełny, lubią robić niespodziewane „plusk” i znikać w niewiadomych okolicznościach przyrody. Napiliśmy się po łyku winka musującego własnej roboty, jakie zostawił nam na rozpoczęcie rejsu właściciel i poszliśmy spać. Rano trwały drobne prace remontowe. Nie pamiętam wszystkiego, ale na pewno sporo było lutowania. Dobrze, że mieliśmy kilka lutownic. A nic tak nie poprawia humoru jak poranna dawka lutowania, więc w znakomitych nastrojach odpaliliśmy silnik i popłynęliśmy na zatokę. Żagli przednich mieliśmy, co najmniej trzy do wyboru, więc zaczęliśmy od największego, bo wiatr nie był zbyt silny jakieś 4 na oko, i co prawda trochę piany na falach było widać, ale to była taka malutka pianka na bardzo, co niektórych falach i nie wzbudzało to nijakiego niepokoju. Jakoś tak pod samym Helem postanowiliśmy zrzucić żagle zgodnie z nową tradycją, aby do portu na żaglach nie wchodzić. Mieliśmy silnik od Mercedesa190 i nie wahaliśmy się go użyć. W trakcie zrzucania grota, zobaczyłem, że nieco się podarł na wysokości pierwszej refy na odcinku mniej więcej metra. Nie zastanawiałem się zbytnio nad tym, bo akurat złorzeczyłem na wiatr, który zdarł mi z głowy kapelutek produkcji mojej matki. Zrobiła go dla wnuczek na szydełku z dość okropnej brązowej włóczki, ale moje córki powiedziały, że nie jest to odpowiednie nakrycie głowy dla nich i nie chciały go nosić. Mnie natomiast spodobał się bardzo - mógł przybrać dowolny kształt od moherowego beretu, poprzez czapkę francuskiego chłopa pańszczyźnianego aż do rasowego kapelusza rybackiego - nie zmieniając przy tym dosyć okropnego brązowego koloru. Niestety, wiatr porwał to cudo w trakcie, kiedy pomagałem zrzucić foka. Błogosławione niech będą rolery. W dodatku kompletnie zmoczyło mi pepegi, które kupiłem za 10 zł specjalnie na ten rejs. Same straty. Reszta załogi zajęta była zastanawianiem się jak wyłowić mój kapelutek i momentu rozdzierania grota nie zauważyła. Popatrzyłem dookoła. Rozwiewało się. Białej piany na szczytach niektórych fal było widocznie więcej. Pomyślałem, że kapelutek wziąłem dla jaj przecież i chyba Neptun zdecydował, że jaja się właśnie skończyły. Zawołałem, żeby dali spokój z akcją ratowniczą i że mam jeszcze jedną czapkę. Po czym weszliśmy do poru na Helu żeby się odprawić jak ludzie. Stanęliśmy tymczasowo przy nabrzeżu, gdzie kutry rybackie zrzucają całymi tonami małe rybki to kontenerów - zapach był w zależności od tego, co kto lubi - wyrazisty. Bohatersko wziąłem się do szycia - lubię prace bosmańskie, ciesielskie i w ogóle wszelkie prace ręczne. Pamiętam, że jak miałem 16 lat uszyłem ze skóry damską torebkę „na prezent”, całkiem ładną jak mi się wtedy wydawało. Ponieważ robiłem to po raz pierwszy w życiu musiałem tak naprawdę zrobić tych torebek kilka zanim wyszła mi taka, która nadawała się na prezent. Przy okazji przetrenowałem wszystkie rodzaje ściegów, jakie można było sobie wyobrazić. Teraz szło mi całkiem nieźle, mimo iż każdorazowo, żeby wbić igłę w żagiel musiałem pomagać sobie kombinerkami. Po niespełna dwu godzinach szycia byłem, co prawda w połowie rozdarcia, ale za to szew był bardzo mocny i miałem nadzieje, że nawet bez łaty naszytej na wierzch (chciałem tam nakleić szarą taśmę „McGyver’a”) zszycie wytrzyma średni napór wiatru. Marek słusznie zauważył, że rozdarcie jest poniżej pierwszej refy i że w zasadzie to można płynąć tak jak jest. Płynięcie tak jak jest stało się bardziej realne niż myślałem za sprawą bosmana portu, który przyszedł i opieprzył nas za miejsce w którym stoimy. Wydawało się nam, że jego poprzednik wskazał nam to miejsce, ale może pan, który wskazywał nam miejsce postoju i wołał z daleka był tylko nadgorliwym turystą? Pomyślałem, że trzeba będzie legitymować bosmanów i żądać od nich wszelkich pełnomocnictw skoro zachodzi aż taka rozbieżność stanowisk. W czasie tych rozmyślań zjadłem zupę - którą ugotowała żona Marka. Ugotowała to może nie jest właściwe słowo - zupa była tylko podgrzanym produktem zakładów w Winiarach (glutaminian sodu i benzoesan bardziej było czuć niż zapach rybek z kutrów stojących 10 metrów dalej). Na początku nawet się ucieszyłem z tej zupy, zmarzłem szyjąc żagiel, bo zachodzące słońce prawie wcale już nie grzało i coś gorącego w ustach wydało mi się niezwykle wartościowym i pożytecznym pokarmem, ale po kilkunastu minutach juz nie byłem taki szczęśliwy. Zwłaszcza, że musiałem przerwać szycie - Dokończysz w Kalmarze - zakomenderował Marek. Więc zalepiłem rozdarcie McGyverem żeby się nie zaczepiało o fałdy żagla i zarefowaliśmy porządnie grota. Chłopaki zmienili też foka - na mniejszego, marszowego, ale prawdę mówiąc był tylko minimalnie mniejszy i potem wszyscy mieliśmy wątpliwości czy nie powinniśmy założyć foka sztormowego. Wypłynęliśmy z Helu około 20, ładny zachód słońca był. Odprawa paszportowa też się przeciągnęła z jakichś powodów. Nad głowami mieliśmy mninifront atmosferyczny - pas chmur wzdłuż całego wybrzeża rozsmarowanych wiatrem na pół nieba. Niebo nad Bałtykiem było czyściutkie, niebo nad lądem zachmurzone. Księżyc prześwitywał przez roztarte chmury jak przez matową szybę. Wiatr zdawał się wzmagać przez cały czas. I wtedy, nagle, wszyscy się pochorowali. Zazwyczaj nie mam choroby morskiej i mdli mnie tylko jak jestem w pomieszczeniu, więc w pierwszej chwili pomyślałem, że to przez zupę. Ale przypomniałem sobie, że Marek uprzedzał, że pierwsze dwa dni jest chory i że może go trochę nie być. Zostaliśmy tylko ja i drugi Paweł, który nie dość, że tez się nie pochorował to miał jeszcze gumowce. Wcześniej umówiłem się z Markiem, że odjedziemy od brzegu wystarczająco daleko żeby zrobić zwrot i że wtedy wejdziemy na właściwy hals do Kalmaru. Po godzinie płynięcia w kierunku Kaliningradu, poszedłem do kabiny zobaczyć gdzie jesteśmy. Rozfalowało się na dobre i przyznam szczerze, że i ja poczułem niepokój w żołądku. Pomyślałem, że to ta cholerna zupa, bo przecież nie mam choroby morskiej i sprawdziłem pozycję na laptopie. Jeśli wiatr będzie wiał z północy to nie zaszkodzi podejść trochę dalej w kierunku rosyjskiego brzegu, żeby złapać wysokości przed Rozewiem - tak wykombinowałem i wróciłem na pokład. Księżyc świecił jasno, morze było coraz bardziej rozfalowane a zimno coraz dotkliwsze. Nie wziąłem gumowców i moje buty, (choć już nie te za 10 zł) były całkiem mokre. Ubrałem się solidnie, ale mimo wszystko było mi bardzo zimno. Mieliśmy z Pawłem jedne w miarę porządne rękawice zimowe, więc zmienialiśmy się przy sterze, co jakiś czas. Przy którymś tam zejściu do laptopa w kabinie, zupa w moim żołądku zdecydowała się jednak opuścić to bezpieczne schronienie i powędrować w samotną nocną wędrówkę za burtę. Obserwowałem to zjawisko u innych już od kilku godzin - co jakiś czas któryś z chłopaków wynurzał się z kabiny chwiejnym krokiem, przechylał na zawietrzną a od jego ust odrywały się - co najdziwniejsze, prawie poziome strużki dobrze widoczne w świetle księżyca. Teraz mogłem to obserwować z subiektywnej strony. Zauważyłem, że zupa wpada do wody dobre kilka metrów dalej i wcale nie zanieczyszcza pokładu. Zresztą nawet gdyby zanieczyszczała to, co kilkanaście sekund wpadała na niego wściekła fala i wszystko dokładnie obmywała. Moją twarz również, za co byłbym jej nawet wdzięczny gdyby nie to, że była przerażająco zimna. Po dokładnym pozbyciu się z żołądka zupy produkcji zakładów w Winiarach poczułem się o niebo lepiej (zniknął posmak benzoesanu i glutaminianu sodu), po czym przyszła kolej na drugiego Pawła. Ja sterowałem a on przeprowadzał oczyszczanie organizmu. Około pierwszej w nocy było mi już tak zimno, że nie mogłem powstrzymać dygotania w całym ciele, poszedłem posłuchać prognozy pogody, pamiętając, aby najpierw znaleźć jakąś torebkę foliową na „wszelki wypadek”. Prognoza zapowiedziała wiatr w porywach do 8 i stan morza 6, głównie z północy i północnego wschodu, ale co mnie zainteresowało daleko bardziej, zapowiedziała na następny dzień wiatr 5-6 z północy odkręcający na zachodni. Popatrzyłem na mapę - do pasa granicznego z Rosją była jeszcze z godzina drogi, płynąc najostrzej jak się dało, potem trzeba zrobić zwrot i już prosto do samej Szwecji. Potem się zobaczy. Jakimś cudem obudziłem Marka. Drugi Paweł, który został na zewnątrz tez był ledwo ciepły i wymagał natychmiastowej zmiany. Marek popatrzył na ekran laptopa, kiwnął głową i zaczął się ubierać. Kiedy wyszedł na pokład myknąłem pod śpiwór usiłując rozgrzać przemarznięte kończyny. Ale jakoś nie chciały się ogrzać. Zasnąłem zwinięty w kulkę w samym końcu hundkoi. Przez sen słyszałem jakieś głosy, stukania i nawoływania, a w pewnej chwili majtnęło mną na drugą stronę - pomyślałem, że zrobiliśmy zwrot - to znaczy, że mam jeszcze trochę rozkosznego snu przed sobą. Nie rozgrzałem się, co prawda na dobre, ale nie było mi juz tak przeraźliwie zimno. Obudziło mnie wołanie Marka - było całkiem widno i kiedy usiadłem na koi i wyglądnąłem przez bulajek do kokpitu zobaczyłem błękitne niebo. Zobaczyłem też Marka, który trzymał w ręku nieomal całkowicie odkręcone koło sterowe - już w nocy było luźne, ale teraz luz sięgnął apogeum i zdaje się koło miało zamiar być następną rzeczą, która opuszcza pokład tej łódki. Rozpada się - zawołał do mnie Marek - przynieś jakieś klucze. Na szczęście kluczy mieliśmy, tak jak lutownic pod dostatkiem. Ubrałem się, dokręciliśmy koło i Marek poszedł się położyć. Wyglądał blado i kiepsko. Nie mamy lewej wanty - pokazał mi na odchodne plątaninę baksztagu z czymś jeszcze - nie możemy zmieniać halsu. I urwało też ucho talii grota tuż przy bomie. Byłem jeszcze zaspany, więc nie do końca dotarło do mnie to, co powiedział Marek. Morze wydawało się być jakby spokojniejsze niż w nocy. Wiatr z pewnością był nieco słabszy, ale cały czas z północy lub z północnego wschodu. Szliśmy pod zrefowanym grotem i marszowym fokiem. W myślach wyobrażałem sobie mapę i ewentualne sytuacje, w których będzie trzeba zmienić hals. Jesteśmy jakieś 30 mil na północ od Helu - przerwał moje rozważania Marek, który zamiast bryknąć do koi, usiadł na chwilkę do laptopa. Nie wiadomo, co się jeszcze urwie - odpowiedziałem mu. Kiwnął mi głową i zniknął wewnątrz. Płynąłem sam z godzinę grzejąc plecy w porannym słońcu i obserwując fale. Obserwowanie fal i „nie myślenie” to dla mnie najmilsza rozrywka na jachcie. Mogę się na nie gapić godzinami. Tym razem jednak myślałem intensywnie. Najpierw lampa wskakująca sama do wody, potem podarty grot, potem moja czapka, potem urwana wanta, ucho talii grota, odkręcające się koło sterowe... Na tym się na pewno nie skończy. Przypomniało mi się, jak dwa dni wcześniej, Marek opowiadał mi - trochę humorystycznie jak to Łukasz Sz. wciągał ludzi na maszt na tej łódce przed wypłynięciem. Prorok jakiś - pomyślałem. Obudziła się dalsza część załogi, głównie małżonka Marka - Agata - dzięki temu zjadłem torcik wedlowski (chciało mi się słodkiego) a następnie jeszcze jeden torcik wedlowski. Ooooo... świat wydał mi się teraz o niego bardziej interesujący - zjadłem sobie bezkarnie (w domu nie jadam słodyczy) przydział torcikowy na jakieś dwa miesiące. I nie słyszę gromów z nieba! O słodki grzechu łakomstwa. Dalej jest zimno pierońsko, ale słońce i torciki poprawiły mi humor na, tyle, że mogę śmiało napisać: jest fajnie! Postanowiłem zrobić inwentaryzacje strat. Obejrzałem na tyle na ile się dało, z daleka, splątane liny - wanta miała końcówkę nienaruszoną a w pokładzie był również nienaruszony kawałek ściągacza - a więc nie pękła tylko rozkręciła się. Ja myślę, że trzeba wracać na Hel i tam to naprawiać - powiedziała nagle głowa Marka niespodziewanie wynurzając się z zejściówki - co za idealna synchronizacja - pomyślałem dokładnie to samo. Marek wyglądał kiepsko i blado. Obudź mnie za 15 minut - poprosił, po czym zniknął w zejściówce. I wtedy na pokład wyszli drugi Paweł i Marcin - który jakoś się pozbierał po nocnej chorobie. Żeby zawrócić na Hel musieliśmy zrzucić grota i wybrać oba baksztagi. Udało się to całkiem sprawnie zrobić - „to dzień jest porą dla ludzi” jak mawia moja żona. Dowiedziałem się, że nocny zwrot przez sztag udało się zrobić dopiero po kilkudziesięciu minutach. Nie ma jednego sztagu! - Zawołał Marcin, który poszedł układać grota przy maszcie. Faktycznie nie ma „baby sztagu”. Jakoś mnie to nie zaskoczyło. Ale w środku poczułem smutek, bo to oznaczało definitywny koniec naszej wyprawy. Ilość sygnałów ostrzegawczych przekroczyła punkt krytyczny. Nie ma sensu płynąć przez Bałtyk z tak osłabionym olinowaniem. Jednocześnie poczułem ulgę. Jakieś napięcie ze mnie spadło. Ten długi weekend miał być przyjemną wycieczką a przecież mógł łatwo przerodzić się w walkę o życie. Kiedy zawróciliśmy na Hel mieliśmy przed sobą kilka ładnych godzin przyjemnej żeglugi baksztagami. W słońcu, które rozgrzewało sztormiaki na, tyle, że można było całkiem przyjemnie spędzić czas na pokładzie. Na gadaniu i łagodnych rufach pod samym fokiem upłynął nam dzień. Wieczorem stanęliśmy na Helu - znowu przy nabrzeżu rybnym - pogranicznik był zdziwiony. - Nie popłynęliście do Szwecji? Mieliśmy trochę awarii - tłumaczyliśmy mu. A potem już porcie jachtowym zjedliśmy porządną kolację. Najbardziej niepocieszony był Marek. Nie udało się dopłynąć tam gdzie planowaliśmy no i trzeba będzie negocjować z właścicielem łódki. Dopiero po kilku rozmowach ze znajomymi, którzy mieli podobne przejścia Marek się nieco wypogodził. Po raz pierwszy było mi ciepło w nocy. O jak ja lubię się wyspać w ciepełku... Następnego dnia rano wiało bardzo zdecydowanie - ale widoczność była świetna. Marek był już całkiem na nogach. Po bardzo sprytnym odejściu od kei na Helu popłynęliśmy do Gdyni. To ten dzień, kiedy na zatoce zginął dziadek z wnuczkiem, po wypłynięciu małą łódką. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Uważaliśmy na statki na torze wodnym i robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Droga z helu do Gdyni przeleciała nam z szybkością uciekających żółwi Mazowieckiego. Czyli myk, myk, myk fale lecą i port coraz bliżej. W Gdyni pustki. Właściciel łódki czekał już na nas uprzedzony poprzedniego dnia. Był niepocieszony. Martwił się, że mamy zepsuty weekend. Było bardzo fajnie - mówię mu - no i nikomu się nic nie stało, a mogło... - Dokładam z cięższego kalibru. Kiedy wypakowujemy manatki - decyzja o powrocie do Warszawy zapadła nieodwołalnie, odwiedza nas Karol. Karol zna właściciela i tę łódkę. Rozmawiamy o zabezpieczaniu ściągaczy drutem - Karol się oburza. Zabezpieczanie drutem świadczy o niechlujstwie właściciela i jest dowodem, że ze ściągaczami jest źle i że trzeba je wymienić - mówi. Ma racje. Ale ja też mam racje. Na tej łódce ściągacze powinny być zabezpieczone drutem. Osoby, które wiedzą, co na rzeczy - takie jak Karol - będą miały widoczny sygnał - a niewtajemniczeni choćby i prowizoryczne zabezpieczenie przez plumkającą beczką psującą majowe weekendy. Ale może to i lepiej, że plumknęły - lepsze to niż inne jeszcze gorsze ewentualności. W trakcie wypakowywania tobołków pojawia się kilka osób wspominających jakieś minione sezony na tej łódce. Zacna jest - mówią - było fajnie. Po namyśle przyznaje im rację. Może trochę niedopieszczona po sezonie, ale naprawdę zacna. Daje znaki zanim coś się stanie. Miałem w życiu kilka starych, solidnych Mercedesów, które naprawiałem gorliwie. Zanim coś się popsuło na amen, długo dawało mi znaki. Czas na wymianę. Urywało się, ale nie powodowało to totalnej klęski. Teraz też tak było. Trzeba tylko czule podokręcać i powymieniać to i owo. Łódka jest dzielna i fajna. I wymyślić gdzie mokre sztormiaki trzymać. Będzie super. Na koniec zostałem, jako najlżejszy członek załogi, wciągnięty na maszt w celu zmierzenia brakującego „baby sztagu”, który zniknął całkowicie „wymachany” gdzieś pod rosyjską granicą. Jak to się stało - nie wiadomo. Było i nie ma. Żadnego śladu nawet. Żegnamy się z właścicielem, który zachował się bardzo porządnie proponując nam pływanie do końca tygodnia w cenie tych kilku dni, jakie do tej pory przepłynęliśmy. Wiem, że będę żałował, że nie zostaje, ale już zadzwoniłem do domu i powiedziałem, że wracam. Ech mogłem poczekać z tymi nowinami... A następnego dnia cierpię na chorobę lądową. A w telewizji puszczają relację z otwarcia mostu w Giżycku i opowiadają takie głupoty, że aż patrzyć się nie chce. Na szczęście zadzwonił Marek. Ma doła porejsowego - mimo, że rejs krótki. Martwi się że to jego wina, że taki krótki. Ni jak nie widze w tym żadnej winy. Osobiście bardzo bym chciał dopłynąć jednak do Kalmaru. Z Markiem i właśnie tą łódką. Następnym razem. Nie można się dać omotać pluskającym beczkom. paweł pawlicki ps. oczywiście wszelkie personalia zmieniłem i zataiłem tak że nikt się niczego nie domyśli :-) |