|
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Oto krótki opis mojego "ustatkowania": Nie wiem czy to nazwa czy cena sprawiła, że postanowiłem ją posiąść( łódkę oczywiście). Przeglądając blocket.se natrafiłem na tą niewielką jednostkę. Natychmiast starałem się nawiązać kontakt z właścicielem, co nie było wcale takie proste. Okazało się bowiem, że Arne nie mówi ani po angielsku ani po niemiecku ani w jakimkolwiek chrześcijańskim języku oprócz szwedzkiego. Z pomocą przyszedł mi Mr. Google-tłumacz (lepiej tłumaczy z angielskiego na szwedzki niż z polskiego na szwedzki) W lutym, tydzień po nawiązaniu kontaktu już byłem obejrzeć moją jak miałem nadzieję ślicznotkę. Niestety jej pierwotny wdzięk to była już pieśń przeszłości ale i tak wzbudziła moje pożądanie na tyle, że postanowiłem ją kupić. No i można powiedzieć, że się ustatkowałem :) Gaia to jacht wyprodukowany w Szwecji, klasa IW 23. Długi jak sama nazwa wskazuje na 23 stopy, może zabrać na pokład cztery osoby- tyle ma koi. Ma kuchenkę, prostą instalację wodną, elektryczną , kibelek chemiczny i przepastną bakistę rufową. Ożaglowana jest jako slup bermudzki, do nawigacji mam ręczny GPS oraz kupiłem dobre mapy na całą trasę, bowiem uważałem, że Gaia powinna przypłynąć o własnych siłach. Chyba podwoiłem :) jej wartość kupując dodatkowe wyposażenie, tzn kopas, UKF-kę, światełka nawigacyjne i jeszcze parę innych dupereli. Przyjechaliśmy w sobotę do Nordön i jak wcześniej było to umówione z Arne jacht kołysał się przy nabrzeżu. Pierwotny plan by wypłynąć już w sobotę spalił na panewce, gdyż okazało się, że przygotowanie jachtu do rejsu zajęło nam więcej czasu niż przewidywaliśmy. Pierwszego dnia po przepłynięciu około 15 mil(pod wieczór wiatr ucichł zupełnie) zatarł się pożyczony silnik. Na szczęście stało się to około dwóch kabli od małego klubowego porciku Hasteviken. W dobie netu życie jest łatwiejsze. Rano rzuciłem się więc w sieć i po chwili znalazłem ofertę sprzedaży silnika. Mieszkający w Goteborgu Szwed był ok, zgodził się nawet dowieźć silnik do portu. Problem polegał na tym, że musiałem dostać sie do banku a do najbliższego przystanku szliśmy prawie godzinę. W końcu zajęło to nam tyle czasu, że Szwed zgarnął nas sprzed banku i wraz z silnikiem odstawił do porciku, gdzie z drżeniem burt już czekała na nas Gaia. Nowo wyposażona ruszyła z kopyta i do wieczora zrobiliśmy prawie 30 mil( na silniku wyszliśmy tylko z mariny). Po drodze w szkierach Goteborga towarzyszyły nam wspaniałe widoki, niezmierzone rzesze ptactwa wodnego oraz foki. Wieczór przyniósł silną burzę którą na szczęście sztormowaliśmy w zaciszu gościnnego Kullavik Hamn, popijając ciepłą herbatę. Następną dobę spędziliśmy przeskakując jednym ciągiem i do tego "na motyla" Kattegat, docierając do Helsingborga. Już cieszyliśmy się, że jak dalej tak pójdzie to zdecydujemy się na przeskok Bałtyku też bez przerwy. Jednak po południu wiatr zaczął tężeć, fala urosła do około 1,5 m a do tego duńska stacja brzegowa nadała sygnał "Mayday Relay" o naszym zaginionym kutrze. To była ta kropelka która zdecydowała, że postanowiliśmy zawinąć do duńskiego portu Rodvig. Gdy podchodziliśmy po dwóch godzinach do portu wiała już regularna szóstka i zafalowanie było jeszcze większe. W porcie cumy odebrał od nas skipper niemieckiego jachtu a gdy kończyliśmy klar pokładu przyniósł przygotowany przez siebie ciepły posiłek. Na szczęście lokalna tawerna była jeszcze otwarta i mogliśmy zrewanżować sie kufelkiem piwa, a w zasadzie kilkoma. Następnego dnia (o 0100 )dotarliśmy do Glowe na Rugii wchodząc do portu przy jeszcze silniejszym wietrze niż wczoraj. A później znowu spędziliśmy całą dobę na morzu żeglując jednym halsem do Świnoujścia a od Świnoujścia do Lubczyny na silniku bowiem wiatr zanikł . Lubczyna to porcik który otrzymał unijne dotacje na rozwój infrastruktury i już wiele zrobiono. Myślę, że moja łupinka znalazła przytulne miejsce. "Ubi tu Gaius ibi ego Gaia" Szymon |