|
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- I oto w obecnym sezonie po raz enty popłynąłem na Mazury, i po raz trzeci zdecydowałem się na forsowanie Głaźnej Strugi. Ruszyłem z Grajewskiej Kępy, (w dodatku halsując przez Niałk Duży "łyknąłem" qpę zielska w skrzynkę mieczową, przez co straciłem blisko godzinę na demontaż i ponowne założenie nie tylko windy miecza ale i kredensu oraz szafki bosmańskiej jakie od bieżącego sezonu są zamontowane pod zejściówką) toteż do "Szamborury" dotarłem już po południu. Złożyłem maszt, unieruchomiłem ster w środkowym położeniu i zaprzągłem się do cumy dziobowej. Zgodnie z oczekiwaniem gładko wślizgnąłem się w mroczną czeluść drogowego przepustu: stan wody w głównych jeziorach WJM był wyraźnie wyższy niż w latach poprzednich. Zarazem wartki prąd już w dolnym odcinku Głaźnej wskazywał że i w Buwełnie należy spodziewać się wyższego poziomu, a to dawało szansę dotarcia na jeziorko po którym nigdy dotąd jeszcze nie żeglowałem. Pojawiła się też nadzieja na sforsowanie "Głaźnego" odcinka Strugi bez konieczności budowy śluzy.
Wciagnałem jacht niemal pod drugi mostek, gdzie na podwodnych
kamieniach
widniały liczne "pastelowe" nie występujace w przyrodzie barwy
pochodzące od zdartego żelkotu i farby, tam jednak siła na cumie
zaczęła
gwałtownie rosnąć. Zacząłem się obawiać że nie zdołam w pojedynkę
zakotwiczyć
jachtu, toteż wycofałem go ostrożnie i ostatkiem sił zahaczyłem kotwicę
dziobową o spory kamień. W dogodnym, przewężonym miejscu rozpocząłem
budowę śluzy.
W górnym odcinku rzeczki
leżały gdzieniegdzie spore
skupiska kamieni: i tam budowano niegdyś "śluzy". Ja uniknąłem tej
potrzeby. Zanim ponownie otaklowałem jacht po przeholowaniu go na Buwełno, ścichł
przedwieczorny wiatr. W ślimaczym tempie wlokłem się przez jezioro, mając
za rufą
błyskający czerwonymi światłami maszt
radiowy. Ciemną
już nocą dotarłem
do ujścia Ublickiej Strugi. Tam zdeprymowało mnie nieco majaczące w
mroku
ciemne pasmo biegnace w poprzek rzeczki: prawdopodobnie bobrowa
tama. Rano przepłynęła obok mnie wędkarska wiosłówka: okazało się że miejsca po jednej stronie jest dosyć. Ruszyłem więc i ja, odrąbując przeszkadzające gałęzie zwalonego drzewa. Pagajowałem siedząc okrakiem na dziobie aż do niskiego mostku drogowego, dalej popłynąłem na pych... dłońmi, od spodu przęsła. Gdy jednak wypływałem już spod mostku, rozległ się zgrzyt topu masztu o beton. A maszt i tak leżał już bezpośrednio na suwklapie. Wpełznąłem do kokpitu: pomogło, rufa poszła w dół, top obniżył się dostatecznie. Teraz do sforsowania pozostały gęste zarośla: sięgnąłem tu po pogardzany przez "morskich" ale wypróbowany już 2 lata temu "mazurski rzut kotwicą". W miarę sprawnie pokonałem szuwary, a na końcowym odcinku nie zaszła potrzeba użycia saperki NAWET ;-) do pogłębiania rzeczki: istotnie stan był wyższy niż 2 lata temu. Toteż po wydostaniu się na Ublik Wielki postawiłem wprawdzie maszt, ale zrezygnowałem z czasochłonnego stawiania grota pozostawiając żagiel wraz z bomem w kabinie. Na samym foku popłynąłem ku nieodległemu mostkowi łączącego Ublik Wielki z Małym. Złożyłem maszt i ponownie wszedłem w mroczną "jaskinię". Problemów nie było żadnych: woda była wystarczająco głęboka, na wpół zatopioną kłodę leżącą 2 lata temu wewnątrz przepustu ktoś usunął, do tego jeszcze jakikolwiek prąd nie występował. Ledwo wyciągnałem jacht z "tunelu", gdy jakiś obserwator z góry nasypu pogratulował mi sukcesu, dodając że już zaczął schodzić mi na pomoc. W poczuciu triumfu otaklowałem jacht po czym ruszyłem w kierunku "gór" zamykających perspektywę jeziora, nazywanego też "Zielonym". Za zakrętem ukazał się przyjeziorny parking i szosa, którą w dzieciństwie przejeżdżałem PKS-em - czy mogłem wtedy przewidzieć że malutkie z pozoru jeziorko zamknięte stromymi i zalesionymi zboczami jakie mignęło mi na moment za oknami - stanie się głównym celem całego mojego rejsu, rozpoczętego aż w Warszawie?
Zacumowałem jacht do
przyzwoitego pomostu, gdzie jednak nie było żadnego napisu że pięć
złoty się
należy ;-> Po drugiej stonie szosy znajdował się bar, gdzie
zakupiłem colę i
ciasteczka. Zagadnięty młody barman odrzekł że żaglówki tu
się nie pokazują
"bo nie ma połączenia" i był niepomiernie zdziwiony gdy uświadomiłem
go, że jednak się myli. Następnie ruszyłem w góry, nie
znalazłem jednak
dogodnego miejsca z widokiem na jezioro - przeszkadzały gęste drzewa.
Powróciwszy na jacht odpłynałem niedaleko - na sąsiednie
pole namiotowe, gdzie żaglówka
wywołała niemałą sensację wśród biwakowiczów. Na
opowiadaniu skąd i jak tu
dopłynałem zeszło mi trochę czasu, toteż postanowiłem spędzić
najbliższą noc nad Ublikiem Wielkim. Przeholowawszy jacht (już
rutynowo) pod nasypem
skierowałem się wprost na zaobserwowany wcześniej camping. Młoda
rodzina która
go prowadziła, była mocno zaskoczona moim pytaniem, ile będę musiał
zapłacić za
nocleg na zacumowanej do pomostu żaglówce: "Skoro pan nie
zajmuje miejsca
na polu, no to właściwie za co?" Ostatecznie stanęło na zaproponowanych
przeze mnie "pięciu złoty" za prawo do skorzystania z prysznica.
Okazuje się że nie wszyscy dzierżawcy terenów na WJM są
pazernymi
wydrwigroszami, jakimi pełno wokół mazurskiej "jachtostrady"
ze
szczególnym wskazaniem na okolice Mikołajek. Uraczyłem
jeszcze Gospodarzy
opowieścią o szlaku Warszawa - Mazury, a także zakomunikowałem o
dokonanych i
będących jeszcze w trakcie zmianach żeglarskiego prawa (a na
wyposażeniu
campingu były dwie Omegi, na
które - oby! - wkrótce nie będą
obowiązywały patenty. Nad ranem jakiś matoł
przeleciał obok pomostu w ślizgu na
motorówce, niestety
Policja nie dysponowała możliwością niezwłocznego zwodowania swojej.
Opuściwszy
gościnną przystań popłynąłem na kraniec
Ublika Wielkiego, w kierunku wsi Wyszowate. Na jednym z
biwaków zaobserwowałem
dwie motorówki, w tym jedną podobną do tej która
zakłóciła spokój, niestety nie
zdołałem odczytać numerów a jedynie nazwę: "Lufa", resztę
zasłaniały
bowiem trzciny i wędkarski bączek. Odpuściłem kretynowi, bowiem
fotograficznych
dowodów na wykroczenie tym razem nie miałem. Spenetrowawszy
(już drugi raz) niemal
cały Ublik Wielki
powróciłem w pobliże
wypływu Ublickiej Strugi. Słaby prąd tym razem sprzyjał; do sforsowania
zarośniętego odcinka wystarczyły trzy rzuty kotwicą. Szczęśliwie bobry
nie
zamknęły całkowicie rzeczki ;-) Sporo czasu straciłem natomiast na
wyhalsowanie
się z zarośniętego fragmentu Zatoki Ublickiej pod dość mocny wiatr. Nie
chcąc
użyć w strefie ciszy silnika musiałem ucieć się do "mazurskich
rzutów
kotwicą" czyniąc hałas kto wie czy nie większy, za to niewątpliwie
bardziej długotrwały ;-( . Tym niemniej, do zmroku pozostało
sporo czasu,
toteż
postanowiłm go wykorzystać na ponowne odwiedziny Cierzpięt, które
w 2 lata
temu w ogóle pominąłem. Dotarłem tam o zmierzchu, ale
postanowiłem nie dobijać.
Próbowałem znaleźć dogodne do przybicia miejsce z
którego byłaby szansa na
obejrzenie Bagna Nietlice, niestety bezskutecznie: dostępu do wysokiego
brzegu
nieopodal krańca jeziora broniły gałęzie nadbrzeżnych drzew, a z
miejsca
położonego parę kilometrów dalej (w dodatku pełnego pijawek
ukrywających się
pod kamieniami, które musiałem odrzucić aby umożliwić
bezpieczny postój) było
widać tylko rozległe łąki. Następnego dnia
popłynałem ku Głaźnej Strudze Po drodze przyjrzałem się pensjonatowi
"Kasia" w
Ogródkach - może i tam znalazłoby się
dobre miejsce na postój dla bardzo nielicznych na Buwełnie
żeglarzy? Tylko
w Marcinowej Woli
spotkałem żaglówkę przy
pomoście. Tak
jak się tego obawiałem,
podczas mojej trzydniowej
nieobecności kajakarze zdążyli rozebrać śluzę, pozostawiając tylko
podwodny
"fundament" z najwiekszych głazów, który piętrzył
niewiele, wywoływał
tylko zwarę na powierzchni. Przed pokonaniem górnego mostku
postanowiłem dla
bezpieczeństwa odbudować śluzę. Spławiwszy jacht do samej zapory rozebrałem
ją, tym razem dokładnie, woda opadła
wyraźnie,
co było widać po leżącym pod brzegiem kamieniu. Teraz
już sprawnie spławiłem jacht za
"Szamborurę", sterując
"na pych" pagajem z dziobu. Cóż, lekkie porysowanie dna i
burt
było w tych
warunkach do przewidzienia. Na szczęście nie płynałem jachtem
czarterowym, więc
za rok naprawię wszystko świeżym żelkotem. Potem już tylko
ponowne taklowanie jachtu, w poczuciu że znowu jestem
na tych
"zwykłych" Mazurach jakie każdy zna z pokładu ogromnych, czarterowych "koromyseł" na
których o podobnej wyprawie można tylko pomarzyć jadąc
palcem
po mapie... |

Dziękuję.
Stronę
prowadzi: Wojtek
Kasprzak.