Ublik: tą razą także Mały! :-)


Zamieszczone na grupie  p.r.z  16 sierpnia 2007   10:50:00 przez  Tomka Janiszewskiego  w wątku : "Ublik: tą razą także Mały! :-) "
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

     I oto w obecnym sezonie po raz enty popłynąłem na Mazury, i po raz trzeci zdecydowałem się na forsowanie Głaźnej Strugi. Ruszyłem z Grajewskiej Kępy, (w dodatku halsując przez Niałk Duży "łyknąłem" qpę zielska w skrzynkę mieczową, przez co straciłem blisko godzinę na demontaż i ponowne założenie nie tylko windy miecza ale i kredensu oraz szafki bosmańskiej jakie od bieżącego sezonu są zamontowane pod zejściówką) toteż do "Szamborury" dotarłem już po południu. Złożyłem maszt, unieruchomiłem ster w środkowym położeniu i zaprzągłem się do cumy dziobowej. Zgodnie z oczekiwaniem gładko wślizgnąłem się w mroczną czeluść drogowego przepustu: stan wody w głównych jeziorach WJM był wyraźnie wyższy niż w latach poprzednich. Zarazem wartki prąd już w dolnym odcinku  Głaźnej wskazywał że i w Buwełnie należy spodziewać się wyższego poziomu, a to dawało szansę dotarcia na jeziorko po którym nigdy dotąd jeszcze nie żeglowałem. Pojawiła się też nadzieja na sforsowanie "Głaźnego" odcinka Strugi bez konieczności budowy śluzy. 

     Wciagnałem jacht niemal pod drugi mostek, gdzie na podwodnych kamieniach widniały liczne "pastelowe" nie występujace w przyrodzie barwy pochodzące od zdartego żelkotu i farby, tam jednak siła na cumie zaczęła gwałtownie rosnąć. Zacząłem się obawiać że nie zdołam w pojedynkę zakotwiczyć jachtu, toteż wycofałem go ostrożnie i ostatkiem sił zahaczyłem kotwicę dziobową o spory kamień. W dogodnym, przewężonym miejscu rozpocząłem budowę śluzy.
Było tam dość głęboko, toteż najpierw zatoczyłem po dnie ciężkie głazy. Na nich to oparł się mur z mniejszych kamieni. Spiętrzywszy wodę o niemal 20cm powróciłem do jachtu. Okazało się że teraz to "małym paluszkiem" można popychać go pod prąd. Zdecydowałem się jednak odkręcić salingi, tak jak to robię na Pisie, aby ich nie wygiąć.  

     W górnym odcinku rzeczki leżały gdzieniegdzie spore skupiska kamieni: i tam budowano niegdyś "śluzy". Ja uniknąłem tej potrzeby. Zanim ponownie otaklowałem jacht po przeholowaniu go na Buwełno ścichł przedwieczorny wiatr. W ślimaczym tempie wlokłem się przez jezioro mając za rufą błyskający czerwonymi światłami maszt radiowy Ciemną już nocą dotarłem do ujścia Ublickiej Strugi. Tam zdeprymowało mnie nieco majaczące w mroku ciemne pasmo biegnace w poprzek rzeczki: prawdopodobnie bobrowa tama.

     Rano przepłynęła obok mnie wędkarska wiosłówka: okazało się że miejsca po jednej stronie jest dosyć. Ruszyłem więc i ja, odrąbując przeszkadzające gałęzie zwalonego drzewa. Pagajowałem siedząc okrakiem na dziobie aż do niskiego mostku drogowego, dalej popłynąłem na pych... dłońmi, od spodu przęsła. Gdy jednak wypływałem już spod mostku, rozległ się zgrzyt topu masztu o beton. A maszt i tak leżał już bezpośrednio na suwklapie. Wpełznąłem do kokpitu: pomogło, rufa poszła w dół, top obniżył się dostatecznie. Teraz do sforsowania pozostały gęste zarośla: sięgnąłem tu po pogardzany przez "morskich" ale wypróbowany już 2 lata temu "mazurski rzut kotwicą". W miarę sprawnie pokonałem szuwary, a na końcowym odcinku nie zaszła potrzeba użycia saperki NAWET ;-) do pogłębiania rzeczki: istotnie stan był wyższy niż 2 lata temu. Toteż po wydostaniu się na Ublik Wielki  postawiłem wprawdzie maszt, ale zrezygnowałem z czasochłonnego stawiania grota pozostawiając żagiel wraz z bomem w kabinie. Na samym foku popłynąłem ku nieodległemu mostkowi  łączącego Ublik Wielki z Małym. Złożyłem maszt i ponownie wszedłem w mroczną "jaskinię". Problemów nie było żadnych: woda była wystarczająco głęboka, na wpół zatopioną kłodę leżącą 2 lata temu wewnątrz przepustu ktoś usunął, do tego jeszcze jakikolwiek prąd nie występował. Ledwo wyciągnałem jacht z "tunelu", gdy jakiś obserwator z góry nasypu pogratulował mi sukcesu, dodając że już zaczął schodzić mi na pomoc. W poczuciu triumfu otaklowałem jacht  po czym ruszyłem w kierunku "gór" zamykających perspektywę  jeziora, nazywanego też "Zielonym". Za zakrętem ukazał się przyjeziorny parking  i szosa, którą w dzieciństwie przejeżdżałem PKS-em - czy mogłem wtedy przewidzieć że malutkie z pozoru jeziorko zamknięte stromymi i zalesionymi zboczami  jakie mignęło mi na moment za oknami - stanie się głównym celem całego mojego rejsu, rozpoczętego aż w Warszawie?

     Zacumowałem  jacht do przyzwoitego pomostu, gdzie jednak nie było żadnego napisu że pięć złoty się należy ;-> Po drugiej stonie szosy znajdował się bar, gdzie zakupiłem colę i ciasteczka. Zagadnięty młody barman odrzekł że żaglówki tu się nie pokazują "bo nie ma połączenia" i był niepomiernie zdziwiony gdy uświadomiłem go, że jednak się myli. Następnie ruszyłem w góry, nie znalazłem jednak dogodnego miejsca z widokiem na jezioro - przeszkadzały gęste drzewa. Powróciwszy na jacht odpłynałem niedaleko - na sąsiednie pole namiotowe, gdzie żaglówka wywołała niemałą sensację wśród biwakowiczów. Na opowiadaniu skąd i jak tu dopłynałem zeszło mi trochę czasu, toteż postanowiłem spędzić najbliższą noc nad Ublikiem Wielkim. Przeholowawszy jacht (już rutynowo) pod nasypem skierowałem się wprost na zaobserwowany wcześniej camping. Młoda rodzina która go prowadziła, była mocno zaskoczona moim pytaniem, ile będę musiał zapłacić za nocleg na zacumowanej do pomostu żaglówce: "Skoro pan nie zajmuje miejsca na polu, no to właściwie za co?" Ostatecznie stanęło na zaproponowanych przeze mnie "pięciu złoty" za prawo do skorzystania z prysznica. Okazuje się że nie wszyscy dzierżawcy terenów na WJM są pazernymi wydrwigroszami, jakimi pełno wokół mazurskiej "jachtostrady" ze szczególnym wskazaniem na okolice Mikołajek. Uraczyłem jeszcze Gospodarzy opowieścią o szlaku Warszawa - Mazury, a także zakomunikowałem o dokonanych i będących jeszcze w trakcie zmianach żeglarskiego prawa (a na wyposażeniu campingu były dwie Omegi  na które - oby! - wkrótce nie będą obowiązywały patenty.

    Nad ranem jakiś matoł przeleciał obok pomostu w ślizgu na motorówce, niestety Policja nie dysponowała możliwością niezwłocznego zwodowania swojej. Opuściwszy gościnną przystań popłynąłem na kraniec  Ublika Wielkiego, w kierunku wsi Wyszowate. Na jednym z biwaków zaobserwowałem dwie motorówki, w tym jedną podobną do tej która zakłóciła spokój, niestety nie zdołałem odczytać numerów a jedynie nazwę: "Lufa", resztę zasłaniały bowiem trzciny i wędkarski bączek. Odpuściłem kretynowi, bowiem fotograficznych dowodów na wykroczenie tym razem nie miałem. Spenetrowawszy (już drugi raz) niemal cały Ublik Wielki  powróciłem w pobliże wypływu Ublickiej Strugi. Słaby prąd tym razem sprzyjał; do sforsowania zarośniętego odcinka wystarczyły trzy rzuty kotwicą. Szczęśliwie bobry nie zamknęły całkowicie rzeczki ;-) Sporo czasu straciłem natomiast na wyhalsowanie się z zarośniętego fragmentu Zatoki Ublickiej pod dość mocny wiatr. Nie chcąc użyć w strefie ciszy silnika musiałem ucieć się do "mazurskich rzutów kotwicą" czyniąc hałas kto wie czy nie większy, za to niewątpliwie bardziej długotrwały ;-( .   Tym niemniej, do zmroku pozostało sporo czasu, toteż postanowiłm go wykorzystać na ponowne odwiedziny Cierzpięt   które w 2 lata temu w ogóle pominąłem. Dotarłem tam o zmierzchu, ale postanowiłem nie dobijać. Próbowałem znaleźć dogodne do przybicia miejsce z którego byłaby szansa na obejrzenie Bagna Nietlice, niestety bezskutecznie: dostępu do wysokiego brzegu nieopodal krańca jeziora broniły gałęzie nadbrzeżnych drzew, a z miejsca położonego parę kilometrów dalej (w dodatku pełnego pijawek ukrywających się pod kamieniami, które musiałem odrzucić aby umożliwić bezpieczny postój) było widać tylko rozległe łąki.

      Następnego dnia popłynałem ku Głaźnej Strudze Po drodze przyjrzałem się pensjonatowi "Kasia"  w Ogródkach - może i tam znalazłoby się dobre miejsce na postój dla bardzo nielicznych na Buwełnie żeglarzy? Tylko w Marcinowej Woli spotkałem żaglówkę  przy pomoście. 

     Tak jak się tego obawiałem, podczas mojej trzydniowej nieobecności kajakarze zdążyli rozebrać śluzę, pozostawiając tylko podwodny "fundament" z najwiekszych głazów, który piętrzył niewiele, wywoływał tylko zwarę na powierzchni. Przed pokonaniem górnego mostku postanowiłem dla bezpieczeństwa odbudować śluzę. Spławiwszy jacht do samej zapory rozebrałem ją, tym razem dokładnie, woda  opadła wyraźnie, co było widać po leżącym pod brzegiem kamieniuTeraz już sprawnie spławiłem jacht za "Szamborurę", sterując "na pych" pagajem z dziobu. Cóż, lekkie porysowanie dna i burt było w tych warunkach do przewidzienia. Na szczęście nie płynałem jachtem czarterowym, więc za rok naprawię wszystko świeżym żelkotem.

      Potem już tylko ponowne taklowanie jachtu, w poczuciu że znowu jestem na tych "zwykłych" Mazurach jakie każdy zna z pokładu ogromnych, czarterowych "koromyseł" na których o podobnej wyprawie można tylko pomarzyć jadąc palcem po mapie...

Dziękuję za uwagę.
Tomek Janiszewski

Ps. A co za rok? Może tym razem zdecyduję się na przewóz traktorem na Tyrkło?


Jeżeli uważasz że strona może być polecona innym,
kliknij na poniższy baner.


Dziękuję.

Stronę prowadzi: Wojtek Kasprzak.