Żeglarski weekend w Warszawie.


Zamieszczone na grupie  p.r.z  18 października 2005   06:33:48 przez  Tomka Janiszewskiego 
w wątku : "
Żeglarski Weekend w Warszawce :-) "
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Żeglarski Weekend w Warszawce :-)

     Chroniczne „zatwardzenie” pod postacią wschodnioeuropejskiego wyżu zaczęło ustępować, przynosząc zmianę wiejącego od przeszło miesiąca słabego wiatru wschodniego i południowo - wschodniego na północny. Rzecz jasna, za cenę silnego ochłodzenia. Ale czy prognozy się potwierdzą? 

     Toteż bez większego przekonania wybierałem się późnym sobotnim popołudniem nad Wisłę. Plan był taki, aby w wypadku „obudzenia się” wiatru przed zmrokiem dopłynąć „dokąd się da”, tam przenocować, mając dobrą pozycję wyjściową na niedzielę, kiedy to zapowiadano szczególnie silny wiatr. 

     Była już godzina 18, kiedy przepchnąłem „Leśnego Dziadka” przez mieliznę przy wyjściu z kanału portowego na wysuszoną wskutek opisanej wyżej anomalii pogodowej Wisłę. Ruszywszy pod prąd miałem przygotowaną latarkę na wypadek policyjnej kontroli; paliłem też światło w kabinie, dobrze widoczne dookoła przez duże orionowe okna. Pod grotem i genuą posuwałem się sprawnie pod prąd, pomimo że powyżej „Grubej Kaśki” północny, lewy brzeg Wisły wyraźnie przesłonił wiatr. Gdybym zadowolił się osiągnięciem Mostu Siekierkowskiego, i wybrał na nocleg jeden z leżących powyżej basenów portowych, może spotkałbym Cypisa? ;-)

      Ale powyżej mostu Wisła ponownie zmieniła kierunek na południkowy, i wiatr wzmógł się wyraźnie. Tymczasem księżyc na krótko przed pełnią wznosił się coraz wyżej zalewając bladym światłem lekko pomarszczoną powierzchnię Wisły, a także moje żagle. I jak tu nie oprzeć się pokusie?  Ruszyłem więc dalej. Bezbłędnie odnalazłem przejście pod lewy brzeg omijając pierwsze rozległe mielizny. Wkrótce na granatowym tle nieba zamajaczyły przewody siekierkowskiej linii 110kV. Przeszedłem pod nimi, jak zwykle zadzierając do góry głowę, po to aby raz jeszcze przekonać się jak złudna bywa ocena ich wysokości. Ominąłem w sporej odległości czerpnię wody dla EC „Siekierki” pamiętając o napisie ostrzegającym przed niebezpieczeństwem, i ponownie zagłębiłem się w dziką Wisłę. I tym razem silny prąd na przewężonym odcinku powstrzymał dalsze posuwanie się jachtu, na dodatek nie dostrzegłem w porę czegoś twardego, wywołującego wściekłe kotłowisko na powierzchni wody, wskutek czego zatrzęsło konwulsyjnie sterem.  Znalazłem jednak wolne od mielizn przejście poza nurtem. Jeszcze tylko jedno wspomnienie o niebezpieczeństwie, ale tym razem nie udaje mi się wypatrzyć ani usłyszeć owej pluskającej połaci wody przed wejściem na szeroko rozlany odcinek Wisły.  Może to nie była jednak rafa kamienna, tylko nieistniejąca już piaszczysta przykosa?  Na wszelki wypadek trzymam się od prawego brzegu z dala.  Już wcześniej postanowiłem, że moim celem na bieżący dzień (a raczej noc) będzie plaża naturystyczna. O tej porze roku jest szansa spotkać tam co najwyżej... wędkarzy. W mroku dostrzegam segmenty rurociągu pozostałe po pracującej tu niegdyś pogłębiarce, po czym energicznie wbijam się w piaszczysty, osłonięty całkowicie od prądu brzeg. Nie jest to może wymarzone miejsce z uwagi na zalegające obok błotko pozostałe w miejscu jednej z odnóg rzeki, jaka płynęła tęduy przy niskim stanie wody, za to mam zagwarantowany brak wszelkich niespodzianek jakie mogą zdarzyć się w razie zakotwiczenia na bieżącej wodzie. Rzucam zatem dziobową kotwicę w owo błotko, dla pewności rzucam też kotwicę rufową bardzo blisko brzegu. Brzeg ten okazuje się być całkowicie wynurzoną przykosą: mimo że jacht stoi „longside” jest tak głęboko że mogę opuścić niemal cały miecz. Zamykam się w kabinie, gotuję „obiadokolację”: tradycyjne „psie chrupki” ;-) (tj. kostkę sojową) z makaronem. Przed snem rozglądam się jeszcze po odludnej okolicy, gdzie jedynym znakiem wielkiego miasta są odległe o parę kilometrów trzy wielkie kominy EC Siekierki, błyskające jaskrawoczerwonymi światłami... 

     Noc jest zimna: tempeartura w kabinie nie przekracza 10st, tak jak to było zresztą i przez parę dni na WJM w sierpniu nad ranem. Do tego jeszcze wiatr targa olinowaniem; dzwonią fały o maszt, od czasu do czasu chyba wanta wpada w wibrację wywołując przeciągłe wycie. Śpię dlatego dość krótko: po godzinie 6 zasnąć ponownie już nie mogę z powodu zimna. Niespiesznie zjadam śniadanie, zastanawiając się jakich żagli tym razem użyć. Postanowiłem póki co postawić nadal genuę, pozostawiając grota sklarowanego na bomie.  Wybór wydal się słuszny: jeden żagiel o sporej powierzchni w zupełności wystarcza aby pchnąć jacht pod prąd, a w razie „podbicia” płetwy sterowej na płyciznach mogę w miarę łatwo opanować tendencję jachtu do ostrzenia. A te mielizny dają się coraz częściej we znaki: boi które stały tu rok wcześniej już nie ma; uprzątnięto je pod koniec sierpnia w obliczu krótkotrwałego zresztą i niezbyt wielkiego przyboru wody? Niemniej jednak odnajduję z pamięci drogę do „archipelagu” Wysp Zawadowskich, którego nie zdołałem pokonać w lipcu. Tym razem sytuacja jest inna: wiatr wieje nie z zachodu lecz z północy, toteż sprawnie przerzuca mnie pomiędzy wyspami a lewym brzegiem. Za to stan wody jest dużo niższy: drogę na wprost zagradza piaszczysta łacha, sięgająca lewego brzegu na kilka metrów. Muszę opłynąć ostatnią z wysp od północy - tu jednak kończy się wiatr. Próbuję szczęścia pod lewym brzegiem, zanim jednak tam powróciłem, siadłem na rozległej płyciźnie, skąd mogę ocenić, że sięga ona samego brzegu. Zawracam ponownie w kierunku wyspy - i znów prąd znosi mnie z powrotem. Silnika nie mam, pagajowanie w pojedynkę nie wchodzi  w grę - mam jednak w rezerwie całego grota. Stawiam go więc... i pomalutku pokonuję „martwą strefę”; złapawszy jednak „świeży” wiatr prędko jednak pozbywam się żagla. Mimo że zawadowskie wyspy zostały z tyłu, płynie się nadal niełatwo: gdzie się podziała ta Wielka Wisła? Raz po raz trzeba mijać rozległe łachy... Wkrótce widzę ujście Jeziorki: tu dotarłem rok temu, z pomocą silnika. Wszelkie moje dotychczasowe rekordy zostały zatem pobite, teraz każdy metr liczy się już do nowego.

     Minęło południe; pora myśleć o powrocie. Chciałbym jednak osiągnąć jakiś charakterystyczny punkt. Póki co przybijam do piaszczystej łachy, gdzie zmieniam genuę na foka, oraz ponownie stawiam grota.  Pod prawym brzegiem piętrzy się jakaś zardzewiała żelazna kratownica; czyżby marne resztki legendarnego polowego mostu dla czołgów? Ale przyczółków nie dostrzegam. Z góry, z prawej strony kolejnej po „archipelagu zawadowskim” zadrzewionej wyspy płyną dwa kajaki, a po jakimś czasie trzeci. Uznaję jednak tę drogę za „mało  przekonywującą”, decydując się na przejście z drugiej strony. Słusznie: wkrótce widzę zielony baken. Wyspa się kończy, daleko przede mną na wprost jakieś betonowe ostrogi ze stojącymi na nich samochodami, po lewej burcie - coraz bliższy, widziany już od dawna komin ciepłowni w Karczewie. Tuż powyżej przyczółków pracuje pogłębiarka. Dobijam do łagodnego, lewego brzegu, cumuję jacht do uschniętego badyla, i wspinam się na wał ppow. aby rozejrzeć się po okolicy. Karczewski komin widnieje teraz dokładnie na wprost po przeciwległej stronie, na „moim” brzegu widać daleko inny komin, należący do konstancińskiej papierni. Ale i tak nie jestem pewien, czy jestem w Ciszycy, czy też w Gassach; konfiguracja drogi w pobliżu wału wskazywałaby na to drugie.
Przyjdzie mi się zatem wybrać tam ponownie... rowerem! :-)  *)

     A teraz przede mną - już tylko powrót. Mija piętnasta - jeszcze trzy godziny dnia. Wiatr nie słabnie, toteż mając w perspektywie długotrwałą halsówkę postanawiam mocno zarefować grota.To jednak ma okazać się niewystarczające: nadciąga deszczowy szkwał. Dobijam do wyspy, gdzie zmieniam foka na „sztormowego” Płynie mi się łatwiej, choć po przejściu chmury zdecydowanie wolniej. Nadciągają nowe chmury, toteż nie pora tracić kolejne cenne minuty na ponowne zmiany sztaksla.  Na kursie, daleko przede mną uwijają się szybkie i hałaśliwe pojazdy wyrzucające zza siebie wysokie fontanny... nie, nie wody lecz piasku. Tam gdzie dresy na skuterach wodnych nie docierają, zastępują ich dresy na quadach...W pewnej chwili mocno siadam na mieliźnie. Muszę zejść po raz pierwszy do chłodnej wody, tracąc sporo czasu.

     Słońce chyli się już ku zachodowi, gdy docieram do Zawad. Nieoczekiwanie powrót z prądem okazuje się dużo trudniejszy niż droga pod prąd. Wszędzie jest płytko, nawet pod urwistym brzegiem gdzie nurt jest wartki. Dlaczego Wisła nie stosuje się do opisów locji rzecznej z podręczników PZŻ? ;-) Znów grzęznę na płyciźnie, do tego jeszcze w zapadającym już zmroku nie widzę dna.  Kilkakrotnie schodzę do wody, mozolnie spychając jacht w dół, a niejednokrotnie popychając w przeciwnym kierunku, z pomocą wiatru. Jest zimno, ale nie pozostawię tu przecież jachtu aby wrócić na piechotę! Wreszcie wydostałem się z pułapki. Może za rok warto będzie sprawdzić, czy nie da się minąć wysp od strony prawego brzegu? Jest tam szeroko; może to tam ulokował się obecnie główny nurt, skoro od strony brzegu lewego jest tak beznadziejnie płytko?  Poniżej Zawad też nie jest łatwo. Kilkakrotnie tracę sterowność wskutek czego zahaczam dziobem o lewy brzeg. Oddalić się na bezpieczną odległość nie pozwala mi płycizna na środku koryta. Mijam pogłębiarkę; odtąd powinno być nieco łatwiej. W pewnej chwili zorientowałem się, że plaża na której nocowałem pozostała już za rufą. Wiatr prawie ustał, toteż wpłynąwszy w przewężenie, gdy tylko minąłem kotłowisko wody jakie w świetle księżyca wypatrzyłem tym razem w porę - ponownie stawiam marszowego foka. Na rozrefowywanie grota szkoda mi czasu. Płynę teraz wyraźnie szybciej; bez większych problemów mijam Siekierki oraz linię WN. Przed Mostem Siekierkowskim znów zatrzymuję się na mieliźnie, ale tym razem do wody schodzić nie muszę. Czuję się już prawie jak w domu; byle tylko nie zrobić jakiegoś głupstwa obok pogłębiarki przy Grubej Kaśce. Przepływam pod mostem Łazienkowskim omijając podwodne niespodzianki, które kilkakrotnie już „zaliczałem” Wreszcie ostatnie, w pełni już przewidywane wejście na mieliznę - tę w pobliżu portu. Chwilowy podmuch wiatru dosłownie przerzucił mnie ponad podwodnym piaszczystym wałem; konieczna była tylko niewielka korekta pagajem, aby i do portu dało się wejść na żaglach pod bramą ppow. 

Dochodzi godzina 22; zmarznięty, ze zgrabiałymi dłońmi postanawiam, że nowych „rekordów” w tym sezonie już bić nie będę.  Ale w przyszłym? :-)

Pozdrawiam

Tomek Janiszewski
_______________________________________________

*)  On Mon, 24 Oct 2005 08:58:32 +0000 (UTC), "Tomek Janiszewski"

     I tak też zrobiłem w minioną niedzielę! :-)) Okazało się że istotnie 
dotarłem do Gassów - położonych dokładnie naprzeciwko Karczewa, o 4 km dalej
niż Ciszyca. Na dodatek kolejne pół kilometra dalej na wale ppow. stała
poczerniała ale czytelna tablica kilometrowa: 387. Oznacza to że trasa
opisanego rejsu mierzyła w jedną stronę - 23,5km. Gdyby nie koniec weekendu i
konieczność powrotu, miałbym szansę jeszcze przed wieczorem osiągnąć Górę
Kalwarię, i następnego dnia spokojnie spłynąć z prądem w "zdechłym" już
wietrze...

Jeżeli uważasz że strona może być polecona innym,
kliknij na poniższy baner.


Dziękuję.

Stronę prowadzi: Wojtek Kasprzak.