Takie to były czasy.
Zamieszczone na grupie  p.r.z  15 stycznia 2007 o 15:24  przez  Janusza Zbierajewskiego  w wątku :
"żeglarstwo w Polsce a komunizm - historia (Uwaga, dłuuuugie!)" 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------  
Maria Wróbel napisała: 
żeglarstwo w Polsce a komunizm - historia
Prowadzę pracę badawczą i szukam informacji o trudnościach, na
jakie narażeni byli byli polscy żeglarze pływający po morzach w
czasach PRL, szczególnie interesują mnie lata '60.
Czy ktoś podzieliłby się ze mną swoim doświadczeniem lub mógł
wskazać ciekawe artykuły lub książki na ten temat?
Jaką procedurę musieli przejść żeglarze starający się o paszport
i wizy do obcych portów?
Jakie osoby stały na czele PZŻ i czy to ta instytucja była głównym
decydentem w sprawach pozwoleń na pływanie zagraniczne?
Co to za organ "Rada Kapitanów PZŻ"? W jakich latach istniała taka
rada?
Większość książek z tamtego okresu jest pisana ostrożnie lub w
sposób odpowiadający komunistycznym władzom. Chciałabym poznać
prawdę.
Będę wdzięczna za pomoc.
Maria Wróbel
--------------------------------------------------
Janusz  odpisał:

Mario!
     Jeśli dobrze rozszyfrowuję skrót Twojego adresu e-mailowego - piszesz pracę na Politechnice Śląskiej. Firma jest poważna i zasługuje na poważną pracę, a nie na publicystyczny bełkocik ujęty w naukawą formę. Skoro tak - podjęłaś się katorżniczej pracy.
     Po pierwsze - czegokolwiek się dowiesz - weryfikuj, weryfikuj i jeszcze raz weryfikuj. Czytając to, co PT Koledzy napisali wyżej, sama chyba się zorientowałaś, że pamięć ludzka jest zawodna, mylą się nazwy instytucji i nazwiska, a legendy i przeinaczenia mają długi i w zasadzie niezniszczalny żywot. Sam wiem coś o tym. Walczyłem przez parę lat (dodajmy - bezskutecznie) z legendą o stajni dla konia na "Pogorii". Naród wiedział lepiej. A dwa tygodnie temu dowiedziałem się od członka załogi, w "cywilu" pracownika Odpowiedzialnych
Służb Najjaśniejszej Rzplitej, że w rejsie "Pogorii" na Antarktydę w 80 roku połowę załogi stanowili agenci KGB. On to wie na pewno, bo powiedział mu o tym jego szef, a on szefowi wierzy. Jak widać - głupota szefów jest ponadustrojowa.  Swoją drogą, ciekawe, kto niby dorabiał w KGB? Geograf? Witek Zamojski? Kazio Robak?  Krzyś Baranowski? Andrzej Marczak? Chłopaki, przygotujcie się! Zara
bedzie komisja sejmowa! Już macie przerąbane!

Do rzeczy:
1. Weryfikuj nawet źródła pisane. "Polskie jachty na oceanach" pisał głównie Zbyszek Urbanyi. Pamiętaj, że był to dziennikarz, a nie historyk, więc co chwilę ponosił go temperament publicysty. Miło jest przypieprzyć PZŻ-towi, ale głównym rozgrywającym rejsu Dacki na "Josephie Conradzie" był jednak Zarząd Główny AZS. Dziś określenie "delegaci PZŻ" brzmi dość obraźliwie, ale chodziło tylko o to,
że rejs miał być oficjalną delegacją na 350-lecie osadnictwa w USA. Skoro oficjalna delegacja, to musi być szef oficjalnej delegacji. Delegatami mianowano więc zastępcę kapitana (Jurek Szelestowski) i I oficera (Zdzichu Michalski, ten z gdyńskiej Stali, nie mylić z z tym Zdzichem Michalskim, który później przez długie lata był stałym kapitanem "Zewu Morza". Nieporozumieniem było przekształcenie na siłę rejsu AZS-owskiego w oficjalny, AZS-owsko-PZŻ-towski. Reszta była już tylko konsekwencją i serią głupich i nieprzemyślanych decyzji.  Mało kto wie, a i Urbanyi o tym nie wspomina, że kiedy jacht dopływał do Madery, Amerykanie unieważnili wizy, które wcześniej załodze wydali.
2. Nie było tworu "Rada Kapitanów PZŻ". Była komisja kapitanów. Ciało ozdobne, bez żadnej mocy sprawczej. W latach 60. przewodniczącym był Henryk ("Wujo") Fronczak, w pierwszej połowie lat 70 - Janek Kolański, a w drugiej połowie - ja, do czasu, aż (w 81 r.) wycofałem się całkowicie z jakiejkolwiek działalności w żeglarstwie. Co ta komisja robiła? Nic. Była. Od czasu do czasu Zarząd PZŻ
prosił o jakąś opinię, np. zaopiniowanie kandydatur do "Rejsy Roku". No tośmy opiniowali.
Kiedy Henio Jaskuła wybierał się non-stop dookoła świata, PZŻ miał problem, bo Henio nic od PZŻ-tu nie chciał. Jacht i pieniądze miał od miasta Przemyśl. PZŻ powołał więc podkomisję z komisji kapitanów (jak się nie wiedziało, co zrobić, to się powoływało komisję, jak był totalny nieurodzaj z powodu np. suszy, to się zbierało... Plenum Rolne KC).
Komisja była trzyosobowa: Jurek Jaszczuk (w tej chwili płynie z małolatami na "Pogorii" do Dakaru, młody Laskowski (od lat w Australii) i ja. Nasze kompetencje były mniej więcej niejasne. Przyjrzeć się doborowi trasy (niby czy Heniowi pasaty nie pomyliły się z monsunami), czy założył właściwe przeloty dobowe (jakby ktokolwiek mógł to przewidzieć) i inne takie tam dyrdymały. Zadzwoniłem do Henia: Jak będziesz się kiedy wybierał do Warszawy, to daj znać, musimy z tobą pogadać. Henio przyjechał, a ja do niego: Heniu, powiedz, po cholerę ty chcesz samotnie i non stop? A Henio: No bo chcę być pierwszy, który to zrobi. Ja: A gówno prowda. Już to pięciu wariatów, z niejakim Robinem Knox-Johnstonem, zrobiło. W najlepszym razie będziesz szósty. Henio: No ale będę pierwszy Słowianin. Ja: Jasne. Poza tym będziesz pierwszy z Przemyśla, pierwszy z parafii, pierwszy inżynier budowlany, pierwszy łysy z brodą, pierwszy ojciec dwóch córek. Powiedz, po co?
Katowany przeze mnie Henio wił się przez 15 minut, w końcu pękł:
- Stary, ja czuję, że MUSZĘ to zrobić!
- No widzisz, Heniu, wreszcie powiedziałeś coś rozsądnego. Musisz? No to my cię popieramy! Co, chłopaki, piszemy elaborat?
Wysmarowaliśmy epistołę, z której wynikało, że Henio jest geniuszem strategii oceaniczno-dookołaświatowej, Napoleonem pasatów, Nelsonem Hornu, Kruzenszternem Pacyfiku. PZŻ był zachwycony, bo wykonał naszymi rękami kawał ciężkiej, solidnej i nikomu nie potrzebnej roboty, a Henio wszedł do annałów żeglarstwa.

2. Osoby stojące na czele PZŻ.
Reguła była taka (we wszystkich związkach sportowych, nie tylko w PZŻ): Prezesem zostawał minister albo ktoś równie wysoko umocowany we władzach państwowych. W przypadku PZŻ-tu był to minister albo wiceminister żeglugi lub czego innego, bo
żegluga była rzucana na różne odcinki, np. dołączana do Ministerstwa Handlu Zagranicznego a potem Ministerstwa Komunikacji, jeszcze później do Infrastruktury.  A propos: Ireneusz Sekuła nie był prezesem. Były wyjątki, bo np. Ludwik Vogt nigdy nie pełnił żadnych funkcji w aparacie władzy, a i Staszka Tołwińskiego trudno zaliczyć do władzy, sporo najwyższe funkcje jakie pełnił, to Komendant CWMiW i sekretarz generalny PZŻ.
Po drodze był okres nieistnienia PZŻ, bo w świetlanych czasach realnego stalinizmu obowiązywała jedynie słuszna koncepcja umacniania demokracji, więc wszystkie związki sportowe zostały zlikwidowane i wszystko wziął za mordę GKKFiT, tworząc sekcje. Przewodniczącym sekcji  żeglarskiej GKKFiT został Jerzy Putrament, ale wkrótce machnął na to ręką, bo nie chciał być ozdobą. Później sekcji szefował Włodzimierz Głowacki (tak, ten od podręczników i od byłego "Rutkowskiego").

3. Procedury:
Byłe dwa rodzaje rejsów: krajowe i zagraniczne. Rejsy krajowe istniały tylko u nas, bo jak wiadomo, w naszym obozie polski barak był najweselszy. Polegało to na tym, że można było pływać bez paszportu po całym Bałtyku (i nie tylko, jak się miało fantazję zwaną jajami, ale o tym za chwilę), ale bez prawa wchodzenia na obce morze terytorialne (które wtedy sięgało 3 mile od brzegu) a więc i do obcych portów. Wymyślono tzw. klauzule, czyli pieczątki wbijane do książeczki z napisem "Zezwala się ob..... na pływania morskie w okresie od ... do...               Klauzule wydawały wydziały kultury fizycznej urzędów wojewódzkich. OZŻ-ty robiły tylko za listonosza. "Od - do" to było od początków maja do 30 listopada, bo tylko w tym czasie ogłaszano urzędowy sezon żeglarski. Jak ktoś chciał pływać w kwietniu, albo w grudniu, musiał przejść niezłą ścieżkę zdrowia, aby uzyskać jednorazowe zezwolenie na przepłynięcie stąd-dotąd. Paranoja polegała na tym, że jak w danym roku książeczki z OZŻ trafiały do WKKFiT-u późno i wstemplowano tam datę np. od 16 maja, to przez 5 lat żeglarze z tego województwa mieli w plecy, bo sezon zaczynał sie oficjalnie 1 maja, a oni musieli czekać do 16. Na początku klauzula była ważna na dany rok. Później (gdzieś pod koniec Gomułki) wbijano już klauzule 5-letnie. Do tego był potrzebny jeszcze jeden dokument, o którego  istnieniu znaczna część żeglarzy nie wiedziała, bo dokument był niejako "poza nimi". Był to tzw. wykaz upoważnionych, tzn. lista kapitanów, którzy mieli prawo w danym roku prowadzić rejsy. W zasadzie była to lista tych, którzy mieli patenty, ale nie całkiem, bo nie umieszczano na niej kapitanów, którzy mieli ograniczenia z tytułu orzeczeń izby morskiej lub komisji dyscyplinarnej PZŻ. W kwietniu PZŻ przesyłał taką listę do dowództwa WOP. WOP to rozsyłał do wszystkich swoich placówek granicznych. W rezultacie przychodzący na odprawę na jacht  WOP-ista miał cały segregator listą upoważnionych i wzorami podpisów urzędników od klauzul z 17 a potem z 49 województw.
Należało wtedy omijać Władysławowo, bo tam upierdliwość WOP-istów była sławna na cały Bałtyk i okolice. Mnie kiedyś wystawiono na keję załoganta z Rzeszowa, bo WOP-ista się dopatrzył, że podpis urzędnika rzeszowskiego na klauzuli ma ostatni ogonek jakby trochę dłuższy, niż na wzorze podpisu. Powiedziałem chłopakowi na odchodne, żeby jechał autostopem do Łeby, to go tam jutro zabierzemy. I tak się stało.
Dość popularne było naruszanie przepisów w postaci zawijania w rejsie krajowym na Christianso. Jeśli kapitan miał prawie pewność, że w załodze nikt nie płynie "służbowo", wchodził do miniporciku na Christanso. Puszczało się oko do hafenmajstra i wszyscy wiedzieli o co chodzi. Czasem tylko trzeba się było szybko ewakuować, bo nagle przylatywał hafenmajster z okrzykiem: Chłopaki, spieprzajcie północnym wyjściem, bo z południa idzie jakiś polski jacht!
Gdzieś tak na początku Gierka wprowadzono tzw. wkładki paszportowe, ważne razem z dowodem na demoludy, zwane oficjalnie krajami socjalistycznymi. Wówczas można było na to pływać do NRD-owa i ZSRR. (Że trzeba było jeszcze mieć "wyzow" czyli zaproszenie od radzieckiego "jachtkłuba" - to już inna sprawa). Dziś powiedzielibyśmy "kapitan z jajem" ale wtedy to był kapitan z co najmniej
sześcioma jajami! Otóż był to Zdzisio Paska, który na "Magnolii" ze szczecińskiego Pałacu Młodzieży odbył ambitny rejs non-stop ze Świnoujścia do Murmańska i Archangielska i nazad. W książce Urbanyi'ego jest on we wkładce pod pozycją 50 z adnotacją "Pierwsze polskie dojście na Morze Białe i do Archangielska bez zachodzenia do portów pośrednich". He, he, he. Nie mógł nigdzie zawinąć, bo oni byli bez paszportów! Wyszli z założenia, (to się później nazywało falandyzacją prawa) że skoro na wkładkę można do portów radzieckich, a Murmańsk i Archangielsk to porty - jak by nie było - radzieckie, no to "pajechali, rebiata!" Wysokie jury przyznające "Rejs Roku" też rżnęło głupa i - jak gdyby nigdy nic - przyznało Pasce II nagrodę. Formalnie - naruszeniem przepisów było tylko przejście przez cieśniny duńskie, bo to jednak było morze terytorialne państw - o zgrozo - kapitalistycznych.

4. Rejsy zagraniczne.
Rejsy za prywatne pieniądze praktycznie nie istniały. GKKFiT przydzielał PZŻ-towi tzw. cenne dewizy na cały rok. PZŻ liczył, ile tego trza na różne regaty (priorytet), a to, co pozostało, dzielił na rejsy zagraniczne. Tyle dostaną harcerze, tyle studenty, a tyle żeglarze z klubów PTTK-owskich itp.
Nieprawdą jest to, co wyżej napisał któryś z Kolegów, że jak ktoś nie miał stopnia - to won. Jak już PZŻ zatwierdził rejs i przydzielił  dolary, to już nie wnikał, kto z klubu płynie. Inna rzecz, że same kluby raczej starały się obsadzać załogantów z kwalifikacjami niż bez, ale formalnego zakazu dla bezpatentowców nie było.
Paszporty i wizy: Paszporty dostawało sie tzw. popierane. Było to o tyle istotne, że nie trzeba się było wykazać zaproszeniem od kogoś z Zachodu. W różnych okresach po powrocie paszporty te były przechowywane w lokalnym biurze paszportowym, albo centralnie w COS-ie (Centralny Ośrodek Sportu). Z wizami było... znacznie łatwiej, niż przy wyjazdach prywatnych. Dziś brzmi to niewiarygodnie, ale upierdliwość niektórych konsulatów była znacznie większa, niż polskich władz paszportowych. W przypadku rejsów sprawa była właściwie z głowy, bo albo załatwiał to wyznaczony członek załogi dla wszystkich, albo oddawało się kwestionariusze wizowe dziewczynom w PZŻ i one załatwiały to hurtowo, omijając (dzięki znajomościom) kolejki w konsulatach. (Ach jak miło brzmiały pytania w kwestionariuszach: czy masz zamiar zamordować prezydenta Stanów Zjednoczonych? albo rubryka "wyznanie babki").
Miłe, choć - niestety - z racji odległości mało wykorzystywane wyjątki: Otóż dwa kraje: Hiszpania i Portugalia, na serio traktowały nasze książeczki żeglarskie, tzn. na równi z zawodowymi "Seamansbookami". Przed rejsami do tych krajów uprzedzałem załogę, żeby nie załatwiała wiz (hiszpańskie - nota bene - były koszmarnie drogie). Przed wejściem do portu chowałem paszporty głęboko do szuflady, na kartce papieru pisałem nową listę załogi z numerami książeczek, podpisywałem, stawiając stempel "Master of..." i imigrejszeny z Półwyspu
Iberyjskiego były całkowicie "satisfajd".

Aha! W PZŻ istniała od "zawsze" komisja historyczna. Skontaktuj się z nią. Mają tam masę ciekawych materiałów.

UFFF!!! Alem się rozpisał!
Powodzenia!
Janusz Zbierajewski