
Od początku żeglarstwa było wszak oczywiste, że żagiel powinien być postawiony pionowo. Było też zrozumiałe, że siły nań działające starają się przechylić łódź. Siłom przechylającym przeciwstawia się stateczność jednostki - jej szerokość i ciężki balast.
Twórca ożaglowania "Parasolki" - szkocki pionier szybownictwa Percy Pilcher - zauważył jednak, że można w ogóle uniknąć momentów przechylających, ustawiając żagiel nie pionowo, lecz ukośnie. Siły aerodynamiczne zamiast przechylać jacht, próbowałyby wówczas wynurzyć go z wody. Przy odpowiednio dobranej geometrii pędnika możliwe byłoby idealne zrównoważenie momentów sił i jedynym ograniczeniem powierzchni żagla byłaby sytuacja, kiedy łódź całkowicie wynurzyłaby się z wody. Oczywiście nic za darmo - składowa pozioma siły ciągu jest przy ukośnie ustawionym żaglu zdecydowanie mniejsza niż przy klasycznym, pionowym. Jednak wizja lekkiego kadłuba, uniesionego przez pochylone skrzydło do góry i ledwie dotykającego fal, była bardzo kusząca dla Pilchera i jego następców.

Wyniki prób jachtu "Umbrella" nie były jednoznaczne. Dość ciężka łódź w połączeniu z pędnikiem mniej wydajnym od klasycznego osiągała przeciętne szybkości, a obsługa "parasolowego" żagla nie była łatwa. Ujawniła się jednak kapitalna zaleta napędu: nawet przy bardzo silnym wietrze, który w końcu zniszczył żagiel, jacht nie zdradzał najmniejszych skłonności do wywrotki. Konstruktor "Parasolki" nie zdołał przekonać szerokich rzesz żeglarzy do swego pomysłu (zginął zresztą wkrótce w wypadku szybowcowym). Jego dzieło stało się jednak inspiracją dla wielu późniejszych eksperymentatorów.
Jednym z twórców, których najbardziej fascynowała idea bezprzechyłowego ożaglowania, był Amerykanin Bernard Smith. Przez wiele lat tworzył on przedziwne, eksperymentalne konstrukcje, wypróbowując niemal wszystkie podstawowe konfiguracje skośnego żagla. Jego projekty nie pozostały tylko na papierze - większość z nich została zrealizowana i osiągała znakomite prędkości, przekraczające prędkość wiatru.



Prace Smitha inspirowały kolejnych konstruktorów, zrzeszonych w Amateur Yacht Research Society. Organizacja ta patronuje m.in. konkursom bezwzględnej szybkości jednostek żaglowych, w których startują najdziwniejsze urządzenia pływające, jakie tylko można sobie wyobrazić. Wiele z nich napędzanych jest pochylonymi żaglami, a zdobywca obowiązującego obecnie rekordu prędkości - "Yellow Pages Endeavour" - niezwykle przypomina konstrukcje pana Smitha...

Najnowsze projekty rekordowych łodzi idą jeszcze dalej. Francuski "Objectif 100", który przekroczył prędkość 30 węzłów, będący niemal dokładną realizacją "Fliptackera" Smitha, napędzany jest sztywnym płatem nachylonym pod kątem 45 stopni, opartym końcówką o wodę. Inna francuska konstrukcja - "Veliptere" - przypomina szybowiec, w którym jedno ze skrzydeł ustawiono niemal pionowo, w charakterze żagla. Drugie, poziome skrzydło pełni funkcję nośną i ustateczniającą. Podobny układ zastosowano w brytyjskim projekcie "Zero-G". Istniejąca na razie tylko w postaci modelu konstrukcja Jona Howesa, wyposażona w skośne skrzydło z samoczynnie regulowanym kątem nastawienia, osiągnęła 20 węzłów, płynąc z kadłubem całkowicie wynurzonym z wody. Podobnie rozwišzany jest pędnik australijskiego katamarana "Dingbat". Sternik siedzi w nim na obrotowej platformie, stanowiąc przeciwwagę dla wysięgnika ze skrzydłem.




Już ten pobieżny przegląd wskazuje jednak, że jachty z pochylonym ożaglowaniem nie wyszły nigdy poza stadium jednostek eksperymentalnych i rekordowych. Przyczynę tego stanu rzeczy łatwo odgadnąć, oglądając zdjęcia prezentowanych łodzi. Wszystkie one są niezwykle szerokie i o delikatnej konstrukcji, która nie byłaby w stanie wytrzymać normalnej eksploatacji. Sam pędnik, w postaci płata zamocowanego prostopadle na maszcie, również stwarza duże trudności techniczne. Wymaga on wielu usztywnień, linek, odciągów w celu utrzymania go w pożądanej pozycji. Dość trudno jest operować takim ożaglowaniem, a np. jego zarefowanie jest praktycznie niemożliwe. Najważniejszym być może problemem jest daleko wysunięta i nisko opuszczona zawietrzna końcówka płata. W konstrukcjach Bernarda Smitha jest na niej umieszczony pływak, na który przy dużych prędkościach mogą działać potężne siły. W modelu Jona Howesa skrzydło znajduje się w całości ponad wodą, jednak cały czas istnieje ryzyko zaczepienia jego końcówki o fale. Taki wypadek przy prędkości 30-40 węzłów byłby oczywiście katastrofalny dla jachtu i załogi.
Mimo to ciągle od nowa czynione są próby zaadaptowania skośnego żagla przynajmniej do łodzi rekreacyjnych. Przykładem może być niemiecka konstrukcja na kadłubie klasycznego skiffu, wyposażona w skrzydło podobne do lotni.

Co ciekawe, łódź ta do złudzenia przypomina inną konstrukcję, która żeglowała na początku lat 70-tych w Polsce, na Zalewie Zegrzyńskim. Jej twórcą był Jerzy Wolf, pracownik Instytutu Lotnictwa, entuzjasta i konstruktor lotni. Stworzył on w owym czasie pionierską koncepcję tzw. sprężystego skrzydła i postanowił wypróbować swoją nową lotnię jako napęd do żaglówki. Wykorzystał w tym celu kadłub od Cadeta ze skróconym masztem, na którego topie przymocowane było skrzydło.


Niewiele wiadomo o przebiegu prób. Słyszałem, że było kilka wywrotek... W każdym razie konstruktor wkrótce zrezygnował z dalszego rozwijania pomysłu i zajął się konwencjonalnym zastosowaniem lotni do latania. Pozostała fotografia w "Żaglach" i krótki rozdział w książce Andrzeja Moldenhawera "Okręty na skrzydłach". Książka ta wpadła w moje ręce, kiedy byłem w VII klasie podstawówki...
Prace te sporo mnie nauczyły. Po pierwsze - zaufania do teorii. Narysowane na papierze wektory sił nie kłamały, choćby zbudowany na podstawie wyliczeń model wyglądał zupełnie niewiarygodnie. Wszelkie "kompromisy", próby upodobnienia łódki do klasycznych konstrukcji, kończyły się zawsze tylko pogorszeniem stateczności i osiągów. Drugi wniosek z doświadczeń był pesymistyczny: ujawniły one ogrom trudności w budowie i obsłudze jachtu o skośnym żaglu. Każdy kolejny eksperyment wskazywał, jak skomplikowana i niepraktyczna byłaby to jednostka. W końcu zrezygnowałem na jakiś czas z dalszego rozwoju pomysłu.
W kilka lat później zacząłem żeglować naprawdę, poznałem w praktyce obsługę zwykłych łodzi, było też wiele rozmów o jachtach i żeglowaniu... Wtedy przypomniałem sobie o innej fascynującej konstrukcji, o której czytałem w tym samym mniej więcej okresie co o próbach Wolfa: o "Cheersie".
Był to jacht konstrukcji Dicka Newicka, który wystartował w transatlantyckich regatach samotnych żeglarzy w 1968 roku. Miał on niespotykany układ "proa atlantyckiego". Łodzie typu proa używane były od wieków przez wyspiarzy Oceanu Spokojnego. Są one wyposażone w pojedynczy pływak ustateczniający, który utrzymywano stale po stronie nawietrznej. Pływak stanowi więc przeciwwagę dla momentu przechylającego jacht i często unosi się ponad wodą. Najciekawsze wszakże jest halsowanie na proa. Ponieważ wiatr musi wiać od strony pływaka, przy zwrocie należy wyostrzyć (lub odpaść) do półwiatru, przestawić żagle i... ruszyć w przeciwną stronę. Wbrew pozorom, jest to bardzo efektywny sposób żeglowania, a układ proa pozwala na zbudowanie jachtu niezwykle lekkiego i szybkiego, a przy tym bezpiecznego.


Newick postanowił jednak zmienić tradycyjną koncepcję proa, umieszczając pływak po zawietrznej stronie jachtu. Jego "Cheers" był więc jak gdyby trimaranem, pozbawionym zbędnego, nawietrznego pływaka. Układ ten nazwano, dla odróżnienia od łodzi z Pacyfiku, "proa atlantyckim". "Cheers" okazał się znakomitym jachtem, bardzo szybkim i możliwym do wyprostowania w przypadku wywrotki - co jest ewenementem wśród wielokadłubowców. W regatach w 1968 roku zajął III miejsce, ustępując tylko dwu znacznie większym od siebie jednostkom. Mimo to układ proa nie rozpowszechnił się zbytnio w europejskim żeglarstwie.

W czasie jednej z rozmów o dziwnych jachtach pojawił się pomysł zbudowania małego proa. Ot, po prostu po to, aby wzbudzać sensację niekonwencjonalnym sposobem wykonywania zwrotów. Wówczas przyszło olśnienie: przecież układ proa atlantyckiego świetnie nadaje się do łodzi napędzanej pochyłym żaglem! Daleko wysunięty na zawietrzną pływak stanowiłby dość dobre zabezpieczenie przed zaczepieniem dolnej końcówki płata o wodę. Sposób wykonywania zwrotów na proa daje dość czasu na przestawienie nawet skomplikowanego pędnika na drugi hals. Poza tym sam pływak stanowił dobre miejsce do zamocowania skośnie ustawionych hydroskrzydeł...
Pierwszy modelik, wykonany po powrocie z wakacji, miał chyba 20cm długości i żagiel z cienkiej płytki styropianowej. W wannie zachowywał się nieźle, w stawie nieco gorzej - ale też obiecująco. Wiedziałem jednak, że sztywny płat nie jest dobrym pomysłem w łódce rekreacyjnej, choćby ze względu na pracochłonność i koszty wykonania. Styropianowy "żagielek" w pierwszym modelu podparty był pionowym maszcikiem i prawie poziomym wytykiem. Logiczne było zastąpienie go trójkątnym kawałkiem folii, rozpiętym w tym samym miejscu podobnie do żagla rejowego. Próba zakończyła się jednak niepowodzeniem. Żagiel, zamocowany do wysięgnika w połowie długości bomu, natychmiast ulegał skrętowi, tak że jego głowica zaczynała pracować na dużym kącie natarcia. Łódka oczywiście natychmiast się przewracała... Rozwiązaniem okazało się zaczepienie żagla nie w połowie, lecz w 1/4 długości bomu. Kolejny model był już w stanie przepłynąć cały staw, w dodatku w pełni samosterownie.
Zachwycony wynikami prób, uznałem, że czas zbudować łódkę w skali naturalnej. Tylko z czego?... Styropian, z którego robiłem modele, był podówczas towarem deficytowym. Upadł więc pomysł technologii "deskowej", kadłuba z pianki pokrytej warstwą laminatu epoksydowego. Na szczęście w tym właśnie czasie wpadł mi w ręce artykuł z "Młodego Technika" (przedruk bodajże z czasopisma NRDowskiego) z opisem kanadyjki wykonanej z płyt pilśniowych. Same płyty jako materiał szkutniczy nie budziły zaufania, ale identycznym sposobem można było "zwinąć" canoe z dwóch arkuszy sklejki. Od tego czasu "torturowana sklejka" jest moją ulubioną technologią budowy łodzi...
Kupiłem (nie pamiętam, czy jeszcze w Składnicy Harcerskiej, czy już w "Hobby-shopie") arkusik sklejki modelarskiej 0.4mm, trochę listewek, słoiczek epidianu i puszeczkę bezbarwnego lakieru. W ciągu tygodnia nowy model był gotowy i otaklowany. Żagiel pochodził z - od dawna nie noszonej z powodu zmiany mody - letniej bluzeczki Mamy, miał więc dość oryginalną kolorystykę - w kwiaty.
Cały pędnik zamontowałem obrotowo, mógł więc ustawiać się samoczynnie pod odpowiednim kątem do wiatru. W praktyce unieruchamiałem go względem kadłuba, uzyskując dzięki temu samosterowność modelu. Pod pływakiem znajdowały się dwie skośnie ustawione płetwy, pełniące rolę mieczy, sterów i hydroskrzydeł. Model został zabrany na wakacje nad Jeziorak i wypróbowany na głębokiej i sfalowanej wodzie.


Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania! Przy silnym wietrze łódź całkowicie wyszła z wody, była o nią "zaczepiona" tylko dwiema płetwami pod pływakiem. Co najdziwniejsze, żeglowała w tej pozycji stabilnie na wysokiej (w stosunku do rozmiarów modelu) fali. Dogonienie łódeczki pontonem było oczywiście niemożliwe, trzeba było czekać, aż jakaś większa fala zaleje kokpit i zatrzyma model. Byłem zadowolony. Nadszedł czas na budowę prawdziwej łodzi.
Nie byłem pewien, czy w naturalnej skali sklejka nie pęknie przy wyginaniu. Doradzano mi zastosowanie gorącej wody czy pary... Jeden z arkuszy poświęciłem więc na eksperymenty. Okazało się, że poszycie tak kadłuba jak i pływaka daje się uformować bez problemu, pod warunkiem powolnego, cierpliwego doginania arkusza. Po jednym dniu pracy gotowe były skorupy kadłuba - z 2 arkuszy sklejki - i pływaka - z 1 arkusza. Kadłub wyglądał jednak żałośnie, rozpłaszczony na podłodze pod własnym ciężarem. Dopiero przyklejenie listew na obrzeżu sprawiło, że nabrał on właściwych kształtów.
W środek kadłuba i pływaka wkleiłem podwójne grodzie, tworzące centralny węzeł konstrukcyjny. Pomiędzy grodziami w pływaku wstawiony został pochylony miecz, w kadłubie zaś - gniazdo masztu. Reszta "skrzynki", wypełniona pianką, tworzyła komorę wypornościową.
Zrezygnowałem z podwójnych płetw pod pływakiem z obawy przed trudnościami konstrukcyjnymi. Zastąpiłem je pojedynczym mieczem, przewidując umieszczenie sterów na końcach kadłuba. Zmniejszyłem też do minimum rozstaw belek łączących, aby zredukować do jednego liczbę węzłów konstrukcyjnych. Obawy, że nie uda się zachować równoległości kadłuba i pływaka, okazały się nieuzasadnione. Natomiast dużym błędem było zastosowanie pojedynczego miecza - nie jest on w stanie utrzymać właściwego kąta natarcia i nie pracuje jako hydroskrzydło.
Długo zastanawiałem się nad sterami. Chciałem, żeby były ustawione pod takim samym kątem pochylenia jak miecz - ok. 45 stopni. Obawiałem się bowiem, że w innym przypadku stery mogłyby przejąć cały opór boczny łodzi i naruszyć jej stateczność. Umieściłem je więc na poprzecznych wysięgnikach z boku kadłuba, a podnosiły się przez obrót o 180 stopni. Takie zamocowanie sterów okazało się drugim poważnym błędem.
Arkusz sklejki, który wcześniej wykorzystywałem do prób wyginania, pozostał w rezerwie. Wykorzystałem go do wykonania półpokładów na kadłubie (które znakomicie usztywniły skorupę) i pokryw na pływak. Te ostatnie były zdejmowane, mocowane na duże zatrzaski krawieckie. Fachowcy sceptycznie patrzyli na to rozwiązanie, jak się okazało całkiem słusznie.
Pozostał do wykonania dość skomplikowany takielunek. Zdobyłem jeden profil masztowy, jedną rurę od masztu wojskowej radiostacji, zacząłem pertraktacje w sprawie uszycia żagla... W końcu zamiast trójkątnego żagla rejowego zdecydowałem się rozpiąć między masztem a wysięgnikiem coś w rodzaju pędnika windsurfingowego, o powierzchni ok. 9m^2. Dawało to szanse na postawienie masztu pionowo w wypadku niepowodzenia eksperymentalnego napędu. Żagiel został uszyty... i w tym momencie skończył mi się czas i fundusze. Łódka przez kilka lat leżała w piwnicy na działce i nie zanosiło się, że kiedykolwiek zostanie zwodowana.
Na wiosnę 1999 roku przechodziłem dość poważny kryzys. Musiałem znaleźć sobie jakieś miejsce na ziemi, jakąś pasję...
Trwały akurat przygotowania do regat The Race. Nie byłem zachwycony startującymi w nich katamaranami, które uważałem za przykłady "brutalnej siły". Zastanawiałem się nad optymalną jednostką do szybkiej żeglugi oceanicznej, obliczać obciążenia (gigantyczne) kadłubów i takielunku, po głowie chodziły mi latawce napędowe, skośne żaglopłaty... w końcu sprawdziłem pomysł, który wydawał mi się niemal oczywisty: wykorzystanie w roli żagla elastycznego skrzydła paralotni.
W czasach Smitha spadochrony szybujące jeszcze nie istniały, w czasach Wolfa miały parametry niewiele lepsze od zwykłej, okrągłej czaszy. Jednak pod koniec lat 90-tych paralotnie dorównywały pod względem aerodynamicznym wyczynowym lotniom sprzed kilku lat, a także regatowym żaglom. Według danych katalogowych mogły one wytrzymać ponad tonę obciążenia przy własnej masie zaledwie kilku kilogramów. Przy tym skrzydło paralotni jest całkowicie elastyczne, można wiec zwinąć je tak jak normalny żagiel (a przynajmniej jak normalny spinaker). W końcu uświadomiłem sobie, że zastosowanie paralotni pozwala rozwiązać stary problem pochylonych żaglopłatów: zaczepienie końcówki o wodę niczym nie grozi, jest ona bowiem zupełnie miękka! Uznałem więc, że paralotnia jest tym elementem, którego brakowało Smithowi, Wolfowi i innym do zbudowania naprawdę użytecznej łodzi ze skośnym żaglem. Pozostało wypróbować pomysł.

Pierwsze obliczenia były niezwykle zachęcające. Łódź z kadłubem wzorowanym na pływaku wodnosamolotu, z paralotnią zawieszoną na maszcie pod kątem ok. 35 stopni, powinna była teoretycznie osiągnąć prędkość 45 węzłów przy 8m/s szybkości wiatru. Nie byłem jednak pewien stabilności takiego pędnika, no i nie miałem ani łodzi, ani paralotni.
Miałem jednak konstruktora jachtów i szkutnika
niemal w rodzinie: Heniek
Brylski jest bliskim przyjacielem, jeszcze z dzieciństwa, ciotki mojej
"lepszej połowy" Doroty. Umówiłem się, pojechałem do Gdańska
na spotkanie.
O dziwo, pomysł spotkał się z życzliwym przyjęciem, Heniek docenił
zalety
paralotni w porównaniu z klasycznym spinakerem, zaczęliśmy
się zastanawiać,
jak najtaniej zrobić kadłub... Wreszcie powiedział:
"Słuchaj, a co właściwie przeszkadza w wypróbowaniu
tego pomysłu?
Kup jakąś używaną paralotnię, powieś na jakiejkolwiek łódce
i sprawdź!
A przedtem jeszcze powieś na jakiejś latarni i zobacz, czy to w
ogóle ciągnie..."
Jasne! Że też nie przyszło mi to do głowy... Zaraz po powrocie
zacząłem
szukać w internecie paralotniarzy, szkółek paralotniowych
itp. Znalazłem,
zadzwoniłem. Owszem, mają stare skrzydło, niezłej klasy, ale już mocno
zużyte i do latania się nie nadaje. Mogą sprzedać za 300zł.
-Świetnie, jak możemy się spotkać?
-W sobotę będziemy nad Zalewem Sulejowskim. To blisko Łodzi,
będziesz
miał niedaleko.
Jedziemy nad zalew. Kluczymy po wiejskich drogach, według enigmatycznych wskazówek paralotniarzy. Jedno miejsce - pudło. Na pewno nie tu. Drugie - trochę bardziej przypomina opis. Wreszcie widzimy zaparkowany samochód z czymś dziwnym na dachu, przypominającym wielki wentylator. Oczywiście był to napęd do paralotni. Trafiliśmy!
Krzysiek, paralotniarz, pokazuje mi jak się składa skrzydło. Ja próbuję narysować mu swoją koncepcję łódki - sceptycznie kręci głową. Dobijamy targu i staję się dumnym właścicielem "statku powietrznego", który daje się upchnąć do bagażnika malucha.
Zacząłem starania o pozyskanie jachtu do doświadczeń. Nie było to łatwe w pełni sezonu. Przejrzałem na chybił-trafił strony internetowe, wskazane przez wyszukiwarkę jako zawierające hasła "żeglarstwo" i "paralotnia". Tak trafiłem na stronę Wojtka Kasprzaka i poznałem - na razie korespondencyjnie - jego samego. Jednak i Wojtek, choć bardzo życzliwy, nie miał akurat jachtu do dyspozycji.
Wreszcie na mój telefon odpowiedział inny eksperymentator, Wojtek Wierzbowski, twórca jachtów okrągłych. Umówiliśmy się w Mikołajkach, w wiosce żeglarskiej. W przeddzień wyjazdu wymyśliłem wreszcie sposób zabezpieczenia paralotni przed wpadnięciem do wody. Należało po prostu wypchnąć dolną część skrzydła w bok odpowiedniej długości wytykiem. Najlepsze byłyby w tym celu dwa maszty od desek z żaglem, ustawione w kształcie litery V. Jeden z nich stałby pionowo, drugi podpierałby dolną końcówkę paralotni. W czasie zwrotu maszty pochylałyby się na drugą burtę...

Błyskawicznie przeprowadzona próba naziemna wykazała, że pomysł działa. Skrzydło wypełniało się idealnie, unosiło całe nad ziemią i ustawiało pod właściwym kątem względem wiatru. Warunkiem było odpowiednie dobranie kąta rozchylenia masztów, tak aby nie naprężały zbytnio przedniej krawędzi płata. W piwnicy na działce naprędce zbudowałem okucie, z dwóch klocków dębowych, czterech metalowych kątowników i kółeczka do wózków sklepowych w charakterze pionowego łożyska.
Do Mikołajek pojechałem pociągiem, z paralotnią i okuciem. Wojtek wkrótce przypłynął, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na jezioro jego okrągłym pływadłem. Wiało pięknie, spróbowaliśmy wciągnąć paralotnię na maszt... nic z tego. Skrzydło natychmiast wpadło do wody. Koniec próby. Po wysuszeniu paralotni Wojtek nie miał już czasu na dalsze eksperymenty. Do wieczora chodziłem od łajby do łajby, starając się namówić armatorów do udziału w kolejnej próbie - bezskutecznie.
Wreszcie trafiłem do wypożyczalni po drugiej stronie jeziora. Właściciel nie miał nic przeciwko temu, żebym wynajął Beza-4 i zdemontował mu maszt. Okazało się też, że może pożyczyć dwa maszty od deski! Był już wieczór, spokojnie więc położyłem się spać w domku na pobliskim kempingu.
Nazajutrz wiało równie ładnie, zacząłem więc montaż okucia i masztów. Szło bardzo ciężko, obejmy, które przygotowałem, ciągle się ześlizgiwały, luzowały się linki mocujące, samo okucie nie bardzo pasowało do filigranowych cęgów masztu, miałem też poważne obawy o ich wytrzymałość.
Kiedy wszystko wydawało się gotowe, ruszyłem na poszukiwanie sternika. Nie wyobrażałem sobie samotnej żeglugi pod paralotnią, koniecznie potrzebowałem kogoś do załogi. Jak na złość, nie było nikogo chętnego. W dodatku zaczął padać deszcz, który oczywiście trzeba było przeczekać. Gdy wreszcie znalazłem żeglarza, który może... ewentualnie... i zaciągnąłem go na pomost, okazało się, że nie mam czym pływać. Po prostu nieprzemyślane i byle jak wykonane okucie połamało się. Tak skończyła się próba w Mikołajkach. Właściciel przystani był bardzo miły, nie wziął ode mnie żadnej opłaty za czarter łódki, która nawet nie odbiła od pomostu. Ja zaś marzyłem już tylko o tym, żeby wydostać się stamtąd i wrócić do domu...
Szybko otrząsnąłem się po tym wyjeździe, przypominającym nocne koszmary. Dostałem dobrą nauczkę - przede wszystkim okazało się, że drugi wytyk oprócz masztu jest absolutnie konieczny do utrzymania skrzydła. Poza tym wiedziałem już, że kluczowym elementem konstrukcji jest okucie masztów. Nowy projekt tego elementu wyglądał naprawdę solidnie, wymagał jednak równie solidnego mocowania do kadłuba. Najlepsza byłaby łódka w rodzaju Finna, przystosowana do wolnostojącego masztu...
Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że mam przecież odpowiedni kadłub! Stare, nieużywane proa czekało w piwnicy, a jego centralny węzeł konstrukcyjny idealnie nadawał się do wstawienia wolnonośnego okucia. Boczny pływak gwarantował stabilną platformę do pracy, sposób wykonywania zwrotów dobrze współgrał z konstrukcją pędnika, całość była zaś na tyle lekka, że powinna pozwolić na dobre wykorzystanie nowego napędu. Trzeba było tylko dokończyć budowę łódki, no i wykonać okucie.
Czasu nie miałem za wiele. Był już koniec sierpnia, ostatnim akcentem sezonu miał być festyn "Żagli" w Zegrzu na początku września. Miałem wielką ochotę właśnie tam pokazać swoją konstrukcję, na "tradycyjnym" akwenie polskich eksperymentatorów (w tym Wolfa!). Wyznaczyłem więc sobie prawie nierealny termin - dwa tygodnie na dokończenie wszystkich prac.
Wojskowy maszt od radiostacji został pocięty na odcinki rur, połączone wygiętymi płytami z nierdzewnej blachy. Części kółka meblowego nadal pełniły rolę pionowego łożyska, pochylanie pędnika umożliwiała natomiast obejma, ślizgająca się po potężnym łuku z grubej sklejki. Całość przypominała nieco stare przyrządy astronomiczne, toteż do okucia przylgnęła nazwa "astrolabium".
Na porządne zawiasy sterów nie starczyło mi niestety czasu. W ostatniej chwili kupiłem w sklepie żelaznym takie zwyczajne, jak nie przymierzając od wychodka. Zabrakło też pomysłu na rumpel. Szerokie orczyki sterów połączone zostały linkami na krzyż, tak aby płetwy - dziobowa i rufowa - skręcały naraz w przeciwne strony. Sternik miał po prostu ciągnąć za linki sterociągów.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy, był pagaj i kamizelki ratunkowe. Te wypożyczyła nam pobliska szkółka Optymistów. Pagaj miał więc rozmiary większej łopatki do piasku - trudno, jakoś damy sobie radę.
Wreszcie wypłynęliśmy. Skrzydło sklarowane, zwinięte w kadłubie, Dorota przy sterze starała się wykorzystać odcinek drogi w porcie do opanowania sposobu kierowania łódką. Idzie jej ciężko, niewielkie i skośnie ustawione płetwy sterów wyraźnie nie wystarczają. Wychodzimy jednak szczęśliwie z portu i przystępujemy do stawiania żagla.
Życie natychmiast weryfikuje założenia projektu - niemożliwe jest wciągnięcie skrzydła na maszty w pozycji z pływakiem po zawietrznej. Przepełzam więc na belki wysięgnika i stawiamy paralotnię mając pływak po nawietrznej. Wieje pięknie, dobra "piątka", skrzydło szybko wypełnia się wiatrem. Niestety, wszelkie wysiłki w celu obrócenia łodzi spełzają na niczym. W pewnym momencie dochodzi do skrajnie niebezpiecznej sytuacji, kiedy paralotnia zostaje "przyssana" do masztów... daję za wygraną. Płyniemy jak wyspiarze z Mikronezji, z pływakiem po nawietrznej. Zostaję jako balast na rurach łączących, Dorota przy sterze.
Chwila prawdy - wyjmuję przetyczkę, mocującą dotychczas "astrolabium" w pozycji neutralnej. Paralotnia obraca się pod najkorzystniejszym (jej zdaniem) kątem do wiatru, siły gwałtownie rosną, czujemy silne szarpnięcie do przodu... TRRACH! Pęka cienka linka, którą przymocowałem skrzydło do okucia masztów. Jedna z taśm nośnych powiewa w górze, daleko poza zasięgiem ręki. Linki z drugiej strony zaczepiają się o dziób pływaka. Dorota rzuca się bohatersko do wody, aby je uwolnić. Robimy jaki-taki klar, zastanawiamy się, co dalej? Tymczasem luźne linki coraz bardziej wplątują się w top masztu.
Z opresji wyratował nas przepływający obok jacht. Podeszli blisko i zasłonili wiatr swoimi żaglami. Skrzydło przez chwilę opadło, złapałem za taśmę nośną i przywiązałem ponownie - tym razem grubą liną, zabraną w charakterze cumy. "Uważajcie, silny wiatr!" - usłyszeliśmy na pożegnanie.
Ponieważ zdryfowało nas nieco w stronę portu, postanowiliśmy zmienić hals. Przepchnięcie pędnika na drugą stronę poszło nad wyraz gładko i skrzydło znowu pięknie pociągnęło do przodu. Nie wiem, jak szybko płynęliśmy, pewnie bezwzględnie niezbyt szybko - jednak wrażenia z "jazdy" niemal na poziomie wody, pod wielkim balonem paralotni, były niesamowite. Trwało to może minutę, może dwie. W tym czasie fale, które rozbijały się o poprzeczne wsporniki sterów, całkowicie zalały kadłub. Dorota nadal dzielnie siedziała w środku, niczym w wannie, próbując sterować. Po chwili jednak okazało się, że stery przestały działać! Rzut oka na ich jarzma - no tak, "wychodkowe" zawiasy powyginały się pod naporem wody.
Sytuacja wyglądała na niezły żeglarski horror: silny wiatr, fala, my na środku jeziora, bez sterów i z kadłubem pełnym wody... Każda inna łódka natychmiast by się wywróciła - ale nie nasza. Ta płynęła żwawo, mniej więcej w dotychczasowym kierunku, dając załodze czas na zastanawianie się, co robić dalej. Zanim jednak podjęliśmy decyzję o zrzuceniu żagla, zauważyłem z satysfakcją, że faktycznie udało nam się rozwiązać stary problem zaczepiania końca skrzydła o wodę. Różowa, baloniasta końcówka skakała po prostu po falach jak piłka plażowa, nie czyniąc łódce żadnej szkody.
Zrzucenie paralotni nie udało się. Linki, wplątane w top masztu, nie puściły i w końcu dryfowaliśmy z wielkim płótniskiem w wodzie. Na szczęście jakaś przepływająca motorówka ulitowała się i wzięła nas na hol - już na drugi brzeg zalewu. Tam wysuszyliśmy skrzydło, sklarowaliśmy maszty... O żegludze bajdewindem bez sterów nie było mowy. Pozostało miniaturowe wiosełko i całe jezioro do przebycia. Przepłynęliśmy może jedną czwartą drogi, gdy zlitowała się inna motorówka. W Pilawie nikt już na nas nie czekał - cały rejs trwał dobrych parę godzin.
Pędnikiem paralotniowym byłem zachwycony. Łódką mniej, a najmniej - sterami. Na większe przeróbki nie było jednak czasu. Wymieniłem tylko zawiasy na solidne, własnej roboty, z nierdzewnych kątowników i gwintowanego pręta jako osi. Płetwy powiększyłem trapezowatymi kawałkami sklejki, przypominającymi kacze łapy. W następną niedzielę byliśmy umówieni z Wojtkiem Kasprzakiem, który chciał wreszcie obejrzeć tę przedziwną konstrukcję. Przypłynął jachtem z Zegrza, przywiózł ze sobą dwa wypożyczone z klubu maszty windsurfingowe - niestety nieco większej grubości niż rury okucia.

Ten problem był jednak niczym w porównaniu z bardzo prozaiczną przeszkodą: NIC nie wiało. Paralotnia w żaden sposób nie chciała się wypełnić i zwisała z masztów jak mokra szmata. Słabe podmuchy, od biedy wystarczające do żeglugi zwykłą łodzią, u nas ledwie poruszały skrzydłem. Próba zakończyła się więc fiaskiem. Jedynym pozytywem, oprócz naprawy sterów, było osobiste poznanie Wojtka i wypicie z nim szklanki posolonej (przez pomyłkę) herbaty. Nasze eksperymenty zyskały opiekuna i "dobrego ducha".

Następny weekend był już ostatni w sezonie. Niebo się zachmurzyło, trochę popadywało, wiatr słaby... Rozmowa telefoniczna z Wojtkiem - w Warszawie nie pada i trochę wieje. Jedziemy. Ponownie kłopoty z osadzeniem masztów, w końcu użyłem zaimprowizowanych "przejściówek" wystruganych siekierą z drewna opałowego. Wyszliśmy na zalew, holowani przez Wojtka na Jaskrze o wdzięcznej nazwie "Priap".




Tego dnia wszystko nam sprzyjało. Skrzydło wypełniło się pięknie, stery pracowały najlepiej jak potrafiły, łódka dobrze radziła sobie z niewielką falą. Udało się nawet zrobić zwrot przez rufę i umieścić pływak zgodnie z projektem, po zawietrznej. Nie robiło to łódce specjalnej różnicy... Prędkość nie była zbyt duża, katamaran plażowy, który postanowił "spróbować z nami sił", natychmiast wysforował się do przodu. Byliśmy jednak zadowoleni: Wojtek zrobił nam piękne zdjęcia, płynęliśmy bez kłopotów i w pożądanym kierunku, wyglądało też na to, że wbrew opiniom sceptyków potrafimy utrzymać całkiem ostry kurs względem wiatru. Po jakichś dwóch godzinach wiatr przycichł i zaczęło padać. Przyjęliśmy więc z wdzięcznością hol od Wojtka. Wróciliśmy do gościnnego portu w Pilawie, gdzie łódka miała spędzić zimę.
Skośnie umieszczone stery na bocznych wysięgnikach okazały się kompletnym niewypałem. Nie dość, że ich jarzma i same wysięgniki paskudnie rozbijały fale, to jeszcze sterowanie kierunkowe denerwująco sprzęgało się z trymem kadłuba - wyostrzenie powodowało podnoszenie dziobu, odpadnięcie podnosiło rufę. Deszczowy lipiec spędziłem więc przy budowie nowych sterów, o dużych płetwach z 15-milimetrowej sklejki. Stery, umieszczone wahliwie w sklejkowych jarzmach, miały możliwość podnoszenia. Ważniejsze jednak było to, że opór wody w czasie płynięcia obracał nieco płetwy do tyłu, likwidując efekt przekompensowania.

Nieszczęsne wsporniki obciąłem po prostu piłą. W zamian, wypełniłem skrajniki żywicą i pociętą matą szklaną, aby do utworzonych w ten sposób stew przykręcić zawiasy sterów. Linki sterociągów w nowym układzie zajmowałyby całą przestrzeń w kadłubie. Po namyśle przepuściłem je przez podwójny bloczek na pływaku. Nadal jednak nie było rumpla, sternik musiał męczyć się ciągnąc za linki.

Inną częścią, która wymagała poprawki, było okucie - "astrolabium". Ślizgowa prowadnica stawiała zdecydowanie zbyt duże opory przy zwrotach, ledwie byłem w stanie przepchnąć pędnik na drugi hals. Z grubej sklejki, kilku śrub i 6 łożysk kulkowych wykonałem potężnie wyglądającą głowicę, która toczyła się po łuku prowadnicy bez większych oporów. Jednak zwroty nie stały się przez to dziecinnie łatwe, sam ciężar pędnika sprawiał, że wymagały one sporej siły.

Pomalowane świeżą, białą farbą proa wyglądało jak nowe. Nieoceniony Wojtek zaproponował przeprowadzkę łódki z Pilawy do Zegrza, do ośrodka WATu. Przepłynęliśmy zalew na holu, na miejscu założyliśmy sterociągi i maszty... i w drogę, w pierwszy rejs.

Nie spodziewając się niczego złego zacząłem wciągać żagiel. Niestety, po paru metrach fały zakleszczyły się nieodwracalnie. Po chwili opór dość silnego wiatru spowodował ułamanie zaimprowizowanego, drewnianego łącznika między okuciem a jednym z masztów. Rejs był skończony. Nasz "dobry duch" Wojtek przypłynął na ratunek wypożyczonym bączkiem i wspólnymi siłami wróciliśmy do portu. A już myślałem, że łódka jest dopracowana!...
Wnioski były oczywiste: dość prowizorek. Co innego prostota, co innego niechlujstwo. Nowe łączniki masztów zrobiłem z odcinków aluminiowej rury, dobrze dopasowanych do okucia. Wiązane dotychczas byle jak do "astrolabium" fały otrzymały porządne knagi, a stery - krótkie rumpelki, zrobione z dawnych orczyków. Przy okazji sklejkowe płyty z poprzednich sterów znalazły nowe zastosowanie jako pióra pagajów, może nie najpiękniejszych, ale skutecznych.
W drodze do Zegrza nic nie wiało, chociaż na niebie widać było wszystkie możliwe rodzaje chmur - cirrusy, cumulusy, burzowe "kowadła", a nawet "soczewki" fenowe. Nad zalewem niestabilna atmosfera pokazała, na co ją stać. Po przeczekaniu jednej dużej "chmury naukowo" zdecydowaliśmy się ruszyć, korzystając z silnego wiatru. Z najwyższym wysiłkiem wiosłowaliśmy pod wiatr, który wpędzał łódkę z powrotem do portu. Wreszcie stawiamy żagiel... i fały znowu się blokują! Łódź zdryfowuje na brzeg, skrzydło wymaga suszenia, a ja próbuję dociec, co źle zadziałało. No tak - cienki fał zakleszcza się między rolką a policzkiem bloczka. Wystarczy jakiekolwiek (nieuniknione) przekoszenie miedzy kierunkiem ciągnięcia liny, a sztywno przykręconym do masztu blokiem... trzeba więc umocować go elastycznie. Z odcinków fału robię pętelki, którymi przywiązuję bloczki do cybantów na masztach.
Skrzydło wyschło w tym czasie, możemy ruszać. Ale jak odbić od brzegu pod wiatr? Wpadam na szatański pomysł, żeby wykorzystać miecz jako kotwicę i przy brzegu postawić skrzydło. Po lewej pogłębiarka, po prawej betonowe nabrzeże, wiatr "w mordę" - raz kozie śmierć. Stawiamy. Nic się nie zakleszcza. Paralotnia idealnie wypełniona, po chwili jednak zaczyna wplątywać się w top jednego z masztów. Trudno, pochylamy pędnik, uwalniam miecz z dna, wsiadam na łódkę... Już pierwszym halsem przeszliśmy w bezpiecznej odległości od pogłębiarki. Przy każdym następnym zwrocie skrzydło plątało się coraz bardziej, aż do stadium klasycznej "parówki", lecz nabieraliśmy wysokości. W końcu mogliśmy odpaść z wiatrem i pod smętnie skotłowanym żaglem, ale o własnych siłach, wpłynęliśmy do portu. Był to pierwszy namacalny dowód, że pod paralotnią można płynąć ostro do wiatru.
Pozostawał problem plątania linek skrzydła. Rozwiązanie okazało się nadspodziewanie proste. Na topach masztu przyczepiłem dwie chorągiewki rowerowe na długich prętach z włókna szklanego. Te pręty zatrzymywały krawędź skrzydła za masztami i nie pozwalały mu zaczepić się o topy. W następny weekend wyruszyliśmy ponownie na wody zalewu. Wiało nieźle, na jeziorze było pełno jachtów, których załogi życzliwie nas pozdrawiały. W pewnym momencie nasz kurs przeciął trasę regat, zrobiliśmy więc zwrot... niemal wprost przed dziób pędzącego pod genakerem "lotniskowca" AS-Motors. Stanowczo nie był to dobry moment na egzekwowanie prawego halsu, postaraliśmy się więc, aby paralotnia nie zapracowała i czekaliśmy, dryfując, aż tamci przejdą obok nas. Kapitan "lotniskowca" chyba nie poznał się na tym kunsztownym manewrze, bo zawołał do nas, czy aby nie potrzebujemy pomocy. Czy była to troska o braci-żeglarzy, czy też odsyłał nas w ten delikatny sposób z trasy regat do wszystkich diabłów, wolę nie zgadywać. Odpowiedzieliśmy że wszystko jest w porządku i zaraz za rufą "AS-Motors" popłynęliśmy w swoją stronę.
Po paru halsach było już jasne, że potrafimy wrócić do portu. W istocie, proa płynęło pod wiatr równie ostro jak przeciętne żaglówki, tylko dość powoli. Odpadliśmy więc z wiatrem, chcąc wypróbować maksymalną prędkość łódki. Nie mieliśmy jednak jeszcze wprawy w kontrolowaniu paralotni na różnych kursach. Skrzydło zachowywało się kapryśnie, co chwila gasło, co gorsza poluzowały się sterociągi a napęczniałe od wody płetwy zatarły się w jarzmach. Przekompensowane stery sprawiały, że praca sternika była dość ciężka, a puszczenie rumpla poskutkowało w pewnym momencie efektownym "piruetem". Każda inna łódka z pewnością wywróciłaby się od tego manewru, u nas skończyło się na strachu.
Postanowiliśmy więc zawrócić. Pod przeciwległym brzegiem podkusiło mnie, żeby zrobić zwykły zwrot przez sztag. Po ostatnim piruecie pływak był po nawietrznej, a siedzenie na rurach łączących nie jest zbyt wygodne. Przyjemniej jest, kiedy cała załoga siedzi w kadłubie, a pływak znajduje się po zawietrznej. Wadą takiego układu jest zaczepianie się linek paralotni o elementy pływaka. Z czasem dodałem różne zabezpieczenia, początkowo z wodoodpornej taśmy klejącej, później z odcinków ekspandera, które zapobiegały plątaniu się linek. Zawsze jednak trzymanie pływaka po zawietrznej sprawiało pewne kłopoty.
Zwrot przez sztag okazał się pomyłką. Łódka błyskawicznie wytraciła prędkość i równie błyskawicznie nabrała szybkości do tyłu, Dorota nie zdołała utrzymać rumpla, nastąpił "piruet" w sytuacji, gdy trzymałem oburącz maszty. Skrzydło "przyssało się" do masztów od nawietrznej, a cała załoga znalazła się nagle na zawietrznej burcie, odgrodzona od pływaka linkami paralotni. Powoli, lecz nieubłaganie, uniósł się pływak, do kadłuba wlała się woda, skrzydło również nabrało wody w komory... Dorota wypadła za burtę, ratując pagaj i gubiąc trampek. Ja spędziłem dłuższą chwilę, próbując odplątać linki paralotni ze swojej szyi. Na szczęście komory wypornościowe zadziałały i po zdjęciu masztów kadłub wynurzył się z powrotem. Do brzegu było blisko, znalazł się też jachcik, który nas tam podholował. Później była mordęga pagajowania na drugą stronę zalewu i dalej, pod wiatr, do portu, a na koniec żmudne rozplątywanie paralotni. Była to pierwsza i jak dotąd jedyna wywrotka teoretycznie niewywracalnej łódki.
Dorota miała po tym wypadku serdecznie dość eksperymentów, które kosztowały ją ciężki katar. W Zegrzu znalazł się jednak chętny sternik do następnej próby. Tym razem wiatr wiał w stronę pobliskiego mostu. Wypłynęliśmy bez przeszkód, paralotnia pracowała dobrze, wystarczyły jednak kłopoty przy zwrocie, potem przy następnym... i już tkwiliśmy pod mostem. Jak się okazało, maszty miały długość jakby specjalnie dopasowaną do wysokości przęsła. "Wsprężynowały się" pod kratownice i w żaden sposób nie dały się stamtąd wyciągnąć. Trzeba było zrzucić żagiel (który nieuchronnie się przy tym zamoczył) i zdjąć oba maszty. Do portu zaholowała nas motorówka. Po drodze pojawił się jeszcze jeden problem: już na początku sezonu połamała się jedna z pokryw pływaka. Zdjąłem więc obie, uważając je za niepotrzebne obciążenie. Na holu fale zaczęły zalewać pływak i dotarliśmy do przystani z linią wodną na wysokości pokładu.
Trzeba było coś zrobić ze sterami, które obwiniałem zarówno o wywrotkę, jak i o ostatnie kłopoty. Bloczek na pływaku umocowałem za pośrednictwem ekspandera i ściągacza, dzięki czemu sterociągi przestały się luzować. Same płetwy ścieniłem o kilka milimetrów i pokryłem smarem rowerowym. Poruszały się w jarzmach bez trudu. Pływak przykryłem po prostu plandeką, przymocowaną wodoodporną taśmą klejącą. Pozostało znaleźć nowego sternika - na ogłoszenie na liście dyskusyjnej pl.rec.zeglarstwo zgłosił się Paweł Wasilewski, doświadczony w prowadzeniu wielokadłubowców.
Miało to być ostatnie pływanie w sezonie. Poprzedniego dnia wiało mocno, teraz jednak przycichło, pogoda była piękna, słoneczna - jeden z ostatnich takich dni w październiku. Jedyną niespodzianką w czasie rejsu był... kompletny brak niespodzianek. Zrobiliśmy kilka halsów, wypróbowując zarówno ostrość chodzenia na wiatr jak i maksymalną prędkość. Towarzyszył nam kolega na katamaranie (dużo szybszym) i cała grupa zaprzyjaźnionych "kibiców" na dużym jachcie motorowym. Sukces został udokumentowany zdjęciami - piękne zakończenie sezonu!




Miałem już załatwioną zgodę na przechowywanie łódki w hangarze, pod warunkiem, że... nie będzie zajmowała tam miejsca. Po kilku przymiarkach udało się powiesić kadłub wraz z pływakiem na ścianie. Następnej wiosny dowiedziałem się, że z powodu sposobu zimowania (a także, zapewne, z powodu wielkiego skrzydła) łódka została przez pracowników przystani nazwana Nietoperzem. Tak też zostało.
Już w czerwcu zdjęliśmy łódkę ze ściany w hangarze. Przeżyła zimę bardzo dobrze, tyle tylko że straciliśmy jeden z masztów. Ktoś użył go jako kopii w "turnieju rycerskim" i utopił w głębokiej, mętnej wodzie pośrodku portu. Mimo pomocy kolegów - Zwierzaka i Mepinga - nie udało się go wydobyć. W dwa tygodnie później dowiedziałem się, że kolega ma maszt od deski, którego nie używa z powodu zbytniej elastyczności. Jurek chętnie pożyczył maszt, wyrażając przy okazji chęć popływania Nietoperzem. Wypowiedział to chyba w złą godzinę...
Zawieźliśmy nowy maszt do Zegrza i popłynęliśmy na jezioro. Szło nam całkiem dobrze do chwili, gdy omal znowu nie doszło do wywrotki. Zaczęło się niewinnie, banalnym przeostrzeniem. Pędnik paralotniowy nie ma tak naturalnego ograniczenia kąta martwego jak łopoczący fok. Po prostu zaczyna ciągnąć do tyłu, łódka traci prędkość i często zaczyna płynąć wstecz. Jeżeli ster wychylony jest na burtę w rozpaczliwej próbie odpadnięcia, następuje natychmiastowy piruet i przechył grożący wywrotką. Tym razem tylko końcówka skrzydła zamoczyła się w wodzie, ale i tak trzeba było je zrzucić i wysuszyć.
Tymczasem przyjechali Zwierzak z Mepingiem, z którymi umawialiśmy się na dalsze pływanie. Postanowiliśmy żeglować we trójkę z Dorotą i Zwierzakiem, Meping miał robić zdjęcia i popłynąć w drugiej kolejności. Oboje załoganci zajęli miejsca w kadłubie, ja zaś - na pływaku, utrzymywanym oczywiście po stronie nawietrznej. Było pięknie, wiatr i fala dostarczały niezapomnianych wrażeń. Bryzgi ciepłej wody tylko przyjemnie chłodziły ciała... Nagle Dorota melduje brak steru. Po chwili siedzący na dziobie Zwierzak zauważa to samo. Obie płetwy sterowe nie wytrzymały obciążeń i pękły jak zapałki.
Zostaliśmy na środku wody, bez sterów, mając do portu spory kawał drogi pod wiatr. Wiedziałem jednak - przynajmniej teoretycznie - co robić. Paralotnia jest samostateczna, ustawia się pod właściwym kątem do wiatru. Jeżeli kadłub zwiążemy na sztywno z masztami i skrzydłem, to łódź powinna płynąć samosterownie. W czasie zwrotów lub w wypadku przeostrzenia, kiedy z braku prędkości nie działają stery, obracanie kadłuba wokół pędnika jest rutynowym zabiegiem. Była więc szansa...
Po pięciu halsach bez sterów zyskaliśmy może 20 metrów wysokości. Wtedy Zwierzak poszedł coś poprawić na śródokręciu, radykalnie zmieniając wyważenie kadłuba. Łódka natychmiast ładnie wyostrzyła i popłynęła wprost do celu. Dopiero kombinacja sterowania aerodynamicznego i zmiany położenia środka oporu bocznego okazała się skuteczna. Po drodze przepływaliśmy obok zakotwiczonej motorówki, której właściciel wraz z rodziną oddawał się przyjemnościom wędkowania. Już zawczasu krzyczeliśmy, że nie mamy sterów i żeby przygotował się na najgorsze. Kadłub Nietoperza przeszedł tuż za rufą łodzi, skrzydło zaś zostało przez jej załogę troskliwie przeniesione ponad pokładem. Rozstaliśmy się w najlepszej komitywie.
Do portu wpłynęliśmy o własnych siłach. Najbardziej poszkodowany był Meping, który nie dosyć nie płynął, to jeszcze dostał na koniec masztem po głowie. Może mu to kiedyś jakoś wynagrodzę...
Płetwy sterowe wymagały naprawy. Obciąłem każdej z nich ułamaną część i nakleiłem z boków dwa solidne pasy z grubej nierdzewnej blachy. Wytrzymałość znacznie się poprawiła, a łódka miała przejść najcięższą próbę.

Miał to być kolejny festyn "Żagli" w Zegrzu. Pojechaliśmy z Jurkiem, tym który użyczył mi swojego masztu, i z jego młodszym kolegą. Pogoda była paskudna - bardzo silny, dopychający wiatr i deszcz, chwilami rzęsisty. W zasadzie nie powinienem w takich warunkach płynąć, zwłaszcza z niedoświadczoną załogą. Próba wyjścia z portu na żaglach zakończyła się zdrapywaniem paralotni z takielunku stojących obok jachtów. Na wiosłach było to w ogóle niemożliwe. Przy okazji jednak opanowaliśmy sposób zrzucania skrzydła bez jego moczenia. Po prostu luzuje się najpierw jeden fał, a dopiero potem drugi. Cała paralotnia daje się wcisnąć do kadłuba i potem ponownie postawić.
Do kolejnej próby wyjścia z portu przenieśliśmy łódkę poza falochrony, próbując sztuczki z mieczem w roli kotwicy. Udało się za drugim razem, lecz wszyscy byliśmy już bardzo zmęczeni. W pewnym momencie, zaraz po zwrocie wykonanym dość blisko mostu, łódka przeostrzyła. Wiedziałem, czym to grozi przy silnym wietrze i fali. Krzyknąłem do Jurka, żeby obrócił pędnik. Zrobił to trochę za gwałtownie, może była też jakaś odkrętka wiatru, trochę fali... Paralotnia złapała wiatr z drugiej strony i całe okucie z hukiem przeleciało na drugi hals. Jurek nie zdążył puścić rury i jego kciuk znalazł się między dwoma częściami "astrolabium", akurat w miejscu, gdzie z jednej z nich wystawała nakrętka. Być może to uratowało mu palec: nakrętka wybiła dziurę na wylot w nasadzie paznokcia, ale kości pozostały całe. Na domiar złego jeden z łączników masztów nie wytrzymał wstrząsu i paralotnia wylądowała w wodzie. Wiosłowaliśmy do brzegu tak szybko, jak tylko pozwalała wielka "dryfkotwa". Na szczęście przystań była blisko, Jurka opatrzono i odwieziono do szpitala. Palec się zrósł, kolega już się do mnie odzywa... tylko stanowczo twierdzi, że na tę łódkę więcej nie wsiądzie.
Nietoperz pozostał w trzcinach do wieczora, kiedy wspólnymi siłami, z kolegami z listy dyskusyjnej, wyciągnęliśmy go na brzeg. Inne, przykre dla mnie, wydarzenia z tamtych dni nie należą do tej opowieści...
Nie udało się przewieźć Nietoperza na październikowe spotkanie Internetowych Żeglarzy w Pucku. W zamian za to, dla "odczarowania" poprzednich wypadków, popływaliśmy z Dorotą po Zegrzu. Znowu, jak co roku, łódka spisywała się bez zarzutu i bez niespodzianek. Sprawdziliśmy też dokładnie zachowanie Nietoperza przy przeostrzeniu. Warunkiem bezpieczeństwa było w takiej sytuacji trzymanie steru prosto i powolny, delikatny obrót kadłubów wokół pędnika. Wywierciłem też dwa otwory w poprzeczce "astrolabium", w które można było włożyć przetyczkę blokującą pędnik na każdym z halsów. Mimo wszelkich zabezpieczeń, od czasu wypadku kategorycznie zabraniam załogantom przekładania ręki przez okucie. Nigdy nic nie wiadomo...
Pierwszy rejs mieliśmy odbyć ze Zwierzakiem i Maćkiem Sobolewskim. Dumnie zwodowaliśmy Nietoperza, po czym stwierdziliśmy ze zgrozą, że łódka bierze wodę, i to w szybkim tempie. Kolejne zimy pogłębiły widocznie pęknięcia sklejki... Postanowiliśmy zgodnie z tradycją, zrodzoną na słomkowych Omegach, pójść na piwo i poczekać, aż drewno napęcznieje. Pomogło - po godzinie przecieki były już minimalne. Żegluga była zabawna - Maciek cały czas sterował płynąc "tyłem do przodu", co pół godziny wiatr zdychał i robiliśmy sobie przerwę na "plażowanie", potem następowała seria ćwiczeń w "zapalaniu" paralotni - kolejna dobra lekcja. Okazuje się, że przy słabych wiatrach krytyczne jest zachowanie górnej końcówki skrzydła. Ma ona tendencję do opadania pod własnym ciężarem, co narusza zrównoważenie żagla. Pędnik ustawia się prostopadle do wiatru, paralotnia traci powietrze ze swych komór i cała "gaśnie". Trzeba więc za wszelką cenę utrzymać skrzydło pod właściwym kątem względem wiatru, a opadającą końcówkę delikatnie "wypompować", pociągając rytmicznie za ostatnią linkę. Z kolei dolna końcówka ma czasem tendencję do podwijania się w dół, co skutkuje utratą ciągu. Również i tu pomaga ciągnięcie za ostatnią z linek nośnych.



Rejs był sympatyczny, trzeba było jednak zająć się uszczelnieniem kadłuba. Pokrycie laminatem nie wchodziło w grę ze względu na rodzaj zastosowanej poprzednio farby. Pozostawał staroświecki "laminat" na płótnie i lakierze olejnym. Jako płótno zastosowałem tkaninę podszewkową w intensywnie żółtym kolorze. Przy okazji pokryłem cały pływak sklejkowym pokładem, na miejsce sfatygowanej plandeki, a poszycie kadłuba pod piętą masztu, mocno wytarte przez kilka sezonów drobnych ruchów okucia i grożące przetarciem na wylot, wzmocniłem poprzez wklejenie płytki z blachy nierdzewnej.

W pierwszy rejs po remoncie popłynąłem z Dorotą. W pewnym momencie nasz kurs wypadł przez sam środek szkółki Finnów i Laserów. Postanowiliśmy więc zawrócić, nie zauważając finnisty, który płynął w ślad za nami, przekonany o swoim bezpieczeństwie na kursie połówkowym. ŁUP! Opadająca końcówka paralotni trafiła żeglarza wprost w głowę, zrzucając z mu czapeczkę. Innych szkód oczywiście nie było, to przecież tylko miękka i lekka tkanina. Finnista był tak zaskoczony, że nawet nas nie sklął. Zrobił podejście do czapeczki i popłynął w swoją stronę.
W drodze powrotnej dostrzegliśmy, że pływak zanurza się coraz głębiej w wodzie. Pokład okazał się za mało szczelny i każda przelewająca się przezeń fala zostawiała kilka litrów we wnętrzu. W końcu dotarliśmy jakoś do portu, wyglądając jak "Żółta łódź podwodna" Beatlesów. Większy kłopot był z wyciągnięciem z wody pływaka, ważącego z zawartością dobre 200 kilogramów. Z pomocą kolegi udało się podnieść kadłub, wylać stopniowo nadmiar wody i wyslipować łódkę. W następnym tygodniu wypełniłem cały pływak styropianem. To wreszcie rozwiązało wszystkie problemy z wlewającą się doń wodą.
Kolejnym wyzwaniem dla Nietoperza było pływanie w 4 osoby. Dorota, Zwierzak, Igor i ja - żadne z nas nie chciało zrezygnować. Zwierzak usiadł więc pośrodku kadłuba, wolna burta zmalała do jakichś 15cm, każda fala przelewała się przez burty - ale rąk do wybierania wody było pod dostatkiem, a załogant siedzący z przodu pełnił rolę falochronu. Wszyscy byli przemoczeni do nitki i zachwyceni żeglugą. Ważnym osiągnięciem było zbadanie wpływu taśm regulacyjnych na kąt natarcia paralotni. Taśmy te służą do regulacji wysklepienia profilu. Ich poluzowanie powoduje zmniejszenie oporów, pożądane przy żegludze bajdewindem. Wybranie taśm pozwala zwiększyć kąt natarcia skrzydła i wygodnie płynąć z wiatrem. Regulacja ta okazała się dużo skuteczniejsza niż poprzednio używana talia.

Ostatni w sezonie, najdłuższy i najbardziej chyba udany rejs odbył się z nową załogą. Entuzjasta proa, Janusz Ostrowski, który już dwa lata wcześniej zainteresował się "resztkami" łódki w porcie Pilawa, skontaktował się najpierw z Wojtkiem Kasprzakiem, potem ze mną. Umówiliśmy się z Januszem, jego żoną Hanką i Igorem na wspólne pływanie. Ostrowscy przypłynęli do Zegrza Finnem, oboje zresztą "wychowali się" na klasach olimpijskich. Żegluga na Nietoperzu była więc dla nich niezwykle łatwa i spokojna: nie trzeba było balastować ani obsługiwać żagla, łódka sama reagowała na szkwały delikatnym przyśpieszeniem i niczym więcej, a gdy paralotnia "gasła" w wyniku turbulencji, sternik trzymał rumpel prosto, a załodze szybko udawało się na powrót wypełnić skrzydło. Nie osiągnęliśmy zbyt wielkich szybkości, ale pływanie nisko siedzącą na wodzie łodzią, wśród fal zalewających pokład i załogę, dostarczało niezapomnianych wrażeń. Na zakończenie Nietoperz usłyszał najniezwyklejszy komplement: że jest łódką "bardzo łatwą w obsłudze". Zarumienił się chyba po koniuszki wszystkich 50 linek nośnych...
Innym, nowym elementem wyposażenia, jest dodatkowy żagiel na słabe wiatry. Kupiliśmy po prostu plandekę 5x4m, którą można stawiać na masztach jak żagiel rejowy. Proa przypomina wóczas tubylcze łodzie z Madagaskaru lub Sri Lanki. Nie da się wprawdzie pod takim żaglem płynąć zbyt ostro do wiatru, ale działa on nawet przy najlżejszych podmuchach, a uczucie kontroli nad wielkim rejowym płótnem jest niezapomniane.

Nietoperz, po 5 latach prób i udoskonaleń, wydawał się dość dopracowaną konstrukcją. Udało się udowodnić, że napęd paralotniowy jest możliwy do kontrolowania, pozwala na bezpieczne postawienie żagla o powierzchni blisko 30m^2 na malutkiej łódce, potwierdziły się też przewidywania co do zdolności do żeglugi bajdewindem, samostateczności pędnika i braku przechyłów.
Nie próbowałem dotychczas żeglugi z paralotnią na większej fali. Nietoperz, z niską wolną burtą i nieodpływowym kokpitem, niezbyt nadaje się do takich prób. W przyszłości trzeba będzie jednak sprawdzić, czy ruchy kadłuba na fali nie zakłócają zanadto pracy skrzydła. Przede wszystkim zaś nie udało się jak dotąd potwierdzić zdolności łodzi z napędem paralotniowym do osiągania dużych prędkości. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę proporcje wielkości żagla do masy kadłuba. Trzeba jednak zauważyć, że w Nietoperzu tylko połowa powierzchni skrzydła (odchylonego o zaledwie 30 stopni od poziomu) daje efektywny ciąg. Jeżeli dodać do tego kiepskie parametry starego, sfatygowanego pędnika oraz dość duże opory kadłuba - zwłaszcza obciążonego wieloosobową załogą - i szerokiego, pękatego pływaka, to trudno liczyć na rewelacyjne osiągi.
Wybierając się w sierpniowy weekend do Zegrza, nie liczyłem na jakieś nowe doświadczenia. Mieliśmy popływać rutynowo, jeśli tylko wiatr pozwoli. W sobotę jednak nie wiało. Telefon do Igora, który chciał pożeglować z nami, pytanie o internetowe prognozy pogody i szybka odpowiedź: beznadziejnie, wiatr w porywach do 1B. Trudno, przekładamy rejs na inną okazję. W niedzielę jednak wyraźnie wieje, za oknem poruszają się gałęzie. Szybka decyzja - jedziemy, we dwójkę z Dorotą. Było trochę późno, nie zabraliśmy już Igora... to był pierwszy i największy z popełnionych tego dnia błędów.
Zalew Zegrzyński pełen był jachtów, wiało pięknie, tylko niebo zasnuło się chmurami. Zanim otaklowaliśmy łódkę, zaczęło trochę padać. Zdecydowaliśmy jednak, że wypłyniemy. W osłoniętym porcie nie czuło się siły wiatru, jego kierunek ocenialiśmy według zachowania innych łodzi. Poza główkami postawiliśmy paralotnię... i zostaliśmy kompletnie zaskoczeni odkrętką wiatru. Skrzydło "przykleiło się" do masztów, a potem przepełzło, kompletnie splątane, na ich drugś stronę. Po chwili udało się obrócić pędnik i sklarować paralotnię, jednak jakoś nie chciała się ona prawidłowo wypełnić. Krawędź natarcia podwijała się pod spód, górna część płata przypominała wyżymaną ścierkę. Maszty ledwo wytrzymywały opór zwiniętej tkaniny, ja zaś musiałem intensywnie balastować na pływaku, który chwilami odrywał się od powierzchni wody. W dodatku słaby początkowo deszcz rozpadał się na dobre.
W pewnym momencie dostrzegłem przyczynę problemów z paralotnią: w czasie niefortunnego startu jedna z linek skrzydła zaplątała się na topie masztu. Nie mogliśmy liczyć, że pędnik prawidłowo się wypełni, a co gorsza, niemożliwe było także jego zrzucenie. Pozostawało tylko gnać z wiatrem na drugą stronę jeziora, gdzie - akurat na kursie - widoczna była niewielka, piaszczysta plaża przy ośrodku wczasowym.
Jedyną prawidłowo pracującą częścią paralotni była jej dolna końcówka, ta, która w normalnych warunkach daje najwięcej ciągu. Płynęliśmy więc bardzo szybko, w pełnym ślizgu, z wysoko zadartym dziobem kadłuba i "podfruwającym" w powietrzu pływakiem. Po kilkunastu minutach drugi brzeg był tuż przed nami... i wtedy odkrętka wiatru zdryfowała nas o kilkadziesiąt metrów, wprost na kamienie i drzewa. Właśnie próbowałem określić właściwy moment, aby wyskoczyć do wody i przytrzymać łódkę, gdy rozległ się trzask uderzenia dziobowego steru w kamienie. Po chwili skrzydło było wplątane w gałęzie drzew, a proa stało przy brzegu. Ratujemy co się da: stery w górę, Dorota wyskakuje do - na szczęście bardzo ciepłej - wody i trzyma kadłub, ja próbuję wyplątać z gałęzi porywane wiatrem skrzydło. W końcu udaje się, wpychamy zupełnie mokrą paralotnię do kadłuba i holujemy Nietoperza te głupie dwadzieścia metrów do pobliskiej plaży. Na terenie ośrodka rozkładamy skrzydło, żeby wyschło. Oględziny wykazują katastrofę: rozdarcie tkaniny na półtorametrowej długości. Tak żeglować nie możemy, a powrót na wiosłach pod wiatr również nam się nie uśmiechał. Poszedłem więc do pobliskiego portu Pilawa w poszukiwaniu pomocy. Sympatyczny motorowodniak pożyczył nam rolkę nieocenionej, srebrnej taśmy klejącej - dobra nasza!
Deszczowe chmury właśnie zaczęły mijać, zaświeciło słońce. Po krótkim czasie paralotnia wyschła na tyle, że można było zabrac się do prowizorycznej naprawy. Sklejenie nie wyglądało zbyt wiarygodnie, mieliśmy jednak nadzieję, że wytrzyma tych parę halsów. Klar na łódce i w drogę. Kąpiący się plażowicz przytrzymał kadłub w czasie stawiania skrzydła, pochyliliśmy pędnik i przemknęliśmy tuż obok porośniętego drzewami cypla, na którym tak nieszczęśliwie wylądowaliśmy.
Paralotnia znowu przez chwilę nie chciała się wypełnić, jednak pociągnięcie za przednie linki poskutkowało - wreszcie mieliśmy nad sobą piękną, łukowato wygiętą czaszę. Wiatr nieco zelżał, lecz nadal oferował nam wspaniałą, ekscytującą żeglugę. Dorota skarżyła się tylko na trudności z wyostrzeniem do wiatru. No tak - mścił się brak załoganta na dziobie. Z jedną osobą przy sterze, a drugą na pływaku Nietoperz był przegłębiony na rufę i mocno zawietrzny. Zebrałem się więc na odwagę i przeszedłem z pływaka do kadłuba, gotów jednak w każdej chwili wrócić na balast. Nie było takiej konieczności - odciążony pływak ślizgał się po wodzie, ledwo dotykając fal, a łódź, na równej stępce, zaczęła wypracowywać wysokość.
Wreszcie płynęliśmy naprawdę szybko. Kilka spotkanych jachtów "objechaliśmy" od zawietrznej, ustępując prędkością tylko desce z żaglem. Trochę niepokoiłem się o zwroty przy tym wietrze i zredukowanej załodze, jednak szły one nad podziw sprawnie. Paralotnia pozostawała prawidłowo wypełniona, łódka szybko i zdecydowanie zmieniała kierunek ruchu, dając załodze akurat tyle czasu, ile było potrzeba na przesiadkę sternika z dziobu na rufę. Nieco kłopotów sprawiła nam tylko niesforna, podwijająca się końcówka skrzydła. Rutynowy manewr jej rozprostowania przy silnym wietrze skutkował gwałtownym przechyłem i efektownym "lotem" pływaka, a potem jego silnym uderzeniem o wodę.
Wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą i po dwóch kolejnych halsach dopłyniemy do portu, gdy nagle przyszedł szkwał. Skrzydło po prostu oszalało. Szarpnęło się w jedną i w drugą stronę, i zaczęło ciągnąć jak wściekłe. Siły na sterach dawały tak duży moment przechylający, że pływak uniósł się w górę. Błyskawicznie przeszedłem na balast - pływak ciężko opadł na fale, a w zamian za to odciążony dziób "stanął dęba". Przedni ster prawie całkowicie wynurzył się z wody, a pozbawiona oporu bocznego łódka natychmiast odpadła od wiatru. Zaczęliśmy gnać a niewiarygodną szybkością, pozorną połówką, a w rzeczywistości pełnym baksztagiem, bez sterowności, z naprzemian unoszącym się dziobem i pływakiem. Gorączkowo myślałem, co robić? Obciążyć dziób - nie było czym. Zredukować ciąg żagla lub go zrzucić - wymagałoby to zejścia z balastu i groziło wywrotką. Posłać Dorotę na śródokręcie? Hm, mógłbym sterować z pływaka, ciągnąc za linki sterociągów, ale czy zdołałaby przerzucić pędnik przy zwrocie?...
Los zdecydował za nas. Po kilku minutach zapierającego dech w piersiach "rodeo" odłamał się jeden z masztów. Aluminiowy łącznik, najsłabszy (celowo) element konstrukcji, nie wytrzymał wstrząsów i dynamicznych obciążeń. Odknagowanie fału - i skrzydło wylądowało w wodzie. Koniec żeglowania. Czekał nas jeszcze mozolny powrót do portu, na pagaju pod wiatr i falę. Minęła nas jakaś 470-tka w pełnym ślizgu, z załogą na trapezie... Nie szkodzi, my też mamy szybką łódkę. Jak szybką? - szacunkowe obliczenia wskazują, że osiągnęliśmy około 20 węzłów. Szkoda tylko, że w niezupełnie kontrolowany sposób... Wyraźnie do pływania przy tak silnym wietrze potrzebna jest trzyosobowa załoga.
Jak miałby on wyglądać? Z pewnością zachowam układ proa, choćby dlatego, że zwykłe zwroty przez sztag z napędem paralotniowym są bardzo utrudnione. Będzie to jednak proa "pacyficzne", z pływakiem po nawietrznej. Dzięki temu pomiędzy paralotnią a wodą nie będzie żadnych elementów, o które mogłyby zaczepić linki nośne. Umieszczone na kadłubie skrzydło powinno skutecznie wynieść go z wody. Pływak w tym czasie nadal dotykałby powierzchni. Zatem pływak powinien mieć formę długiej "torpedy" o minimalnych oporach i to na nim winny znajdować się stery. Sam zaś kadłub będzie miał kształt wspomagający wyjście w ślizg (rozważałem zastosowanie hydroskrzydeł, lecz przeważyła prostota konstrukcji). Oczywiście tak kadłub jak i pływak zostanie całkowicie zapokładowany, dla załogi przewidziałem miejsce na trampolinie pomiędzy belkami nośnymi. Napęd stanowić będzie wysokosprawna, wyczynowa paralotnia, a okucie masztów umożliwi płynną zmianę kąta pochylenia pędnika. Regulację kąta natarcia i wysklepienia profilu zapewni układ bloczków - tzw. speed-system - standardowo stosowany w wyczynowych skrzydłach.

Mam nadzieję, że nowy Nietoperz pozwoli wykorzystać wszystkie możliwości napędu paralotniowego. Sam napęd wydaje się rozsądnym połączeniem wyrafinowanej aerodynamiki konstrukcji rekordowych z prostotą i dzielnością, wymaganą od użytkowych łodzi. Być może to właśnie paralotnia stanie się praktyczną realizacją pomysłu twórcy "Umbrelli".
Nie sposób jednak nie zauważyć, że w ostatnich czasach dynamicznie rozwija się konkurencyjny napęd żaglowy. Mowa o latawcach napędowych, które już kilka lat temu wyszły ze stadium eksperymentów. Kite-surfing stał się uznaną i popularną dyscyplina sportów wodnych, a pędniki latawcowe rozważane są coraz śmielej jako napęd awaryjny lub nawet podstawowy do jachtów.
Latawiec jako napęd łodzi ma wszystkie zalety pochylonego żaglopłata: nie powoduje momentów przechylających, daje siłę nośną, samoczynnie ustawia się pod odpowiednim kątem do wiatru i pozwala żeglować bajdewindem. Dodatkowo, wykorzystuje on górny, niezakłócony i zwykle silniejszy wiatr i nie wymaga instalowania na pokładzie żadnych kłopotliwych w obsłudze elementów takielunku.

Napęd ten ma jednak także poważne wady. Do dziś nie udało się
skonstruować
latawca, który pozwalałby płynąć ostro do wiatru i nie
wymagał przy tym
ciągłego sterowania. Kierowanie pędnikiem wymaga co najmniej
dwóch długich
lin nośnych, które zawsze narażone są na splątanie. W czasie
rejsu trzeba
się liczyć z wpadnięciem latawca do wody, a ponowny start wcale nie
jest
łatwy. Z tych właśnie powodów, najszersze zastosowanie
znalazły latawce
małe, o kilkumetrowej powierzchni, obsługiwane ręcznie przez żeglarza
(deskarza).
Dla jednostek większych układ "Nietoperza" może być
zupełnie rozsądną
alternatywą.
Krzysztof Mnich