Relacja ze sprowadzenia do Polski jachtu
Albin Vega
|
Główni
bohaterowie:
1. s/y „Lotta” - super jachcik Albin Vega
2. Tomek Wolniarski s.j. skiper
3. Marcin Palacz s.j. właściciel
4. Maciek Kotas s.j. - wieloletni skiper s/y „Miki”
5. niżej (wyżej) podpisany - s.j. - w ostatnich
2-ch latach skiper s/y
„Moja Maria”
6. Jacek Kijewski i jego rewelacyjny Volvowóz
|

|
Na początek
parę słów wstępu.
Marcin kupił w Szwecji jacht, i skrzyknął ekipę by go sprowadzić. Było
nas 4-ch s.j. Tomek jako jedyny z nas pływał na tamtych akwenach i mimo
iż nigdy wcześniej nie „dowodził” został wrobiony w robotę skipera.
Śmialiśmy się że tylko Marcin robi za załogę. :)
Ogólnie rejs super, ale bez fajerwerków, czy też „mrożących krew w
żyłach” sytuacji. Po prostu problemów unikaliśmy starając się im
zapobiec.
Dzień pierwszy (wtorek)
Tomek z Marcinem
przyjechali rano z W-wy do Gdańska. Pojeździliśmy po hipermarketach porobić zakupy, Maciek
wybebeszył „Mikiego” z połowy osprzętu i zwaliliśmy się wszyscy u mnie na podwórku
czekając na Jacka i jego Volvowóz.
Pierwszy problem - jak to wszystko zmieścimy w samochodzie? Przyjechał Jacek i chwycił się za głowę. Ale
co - my nie damy rady? :) Skompresowaliśmy
wszystko idealnie. (1015)
No i jazda na terminal promowy w
Gdyni. Odprawa 1 paszport 3 nowe
dowody i 1 - mój - zielony. Dowiedziałem się od SG, że w tym roku muszę go wymienić i jazda
na prom. Na promie wszystko drogie
- kawa 10 SEK, piwo 0.33 też coś koło tego i to w dodatku nie nasze zdrowe polskie, tylko jakieś duńskie siki.
Dzień drugi (środa)
Rano podziwiamy podejście do Kalskrony. Po skompresowaniu się w
samochodzie podjeżdżamy na odprawę i prawie skucha. Miłej pani ze
szwedzkiej SG nie spodobał się mój dowód - zdjęcie z przed 15 lat i w
ogóle mocno zużyty. Poprosiła o jakiś inny dokument. Dałem jej coś z
aktualnym zdjęciem i nr PESEL i już jedziemy przez Szwecje. Po kilku
procesach kompresji i dekompresji, późnym popołudniem,
dojechaliśmy na miejsce. Pod koniec doszliśmy już do takiej wprawy, że
wysiadanie z Volvowozu zajmowało nam poniżej 5 minut. :) W Lysekil (a w
zasadzie w pobliżu) czekała już na nas „Lotta” i jej, już teraz były,
właściciel. Jacek poszedł spać, a my zrobiliśmy przegląd jachtu, no i
zaształowaliśmy się do niego. Okazało się że Maciek niepotrzebnie brał
szpeje z „Mikiego”, gdyż praktycznie wszystko co potrzebne było na
jachcie. Marcin z Tomkiem rozebrali łoże „Lotty” i zapakowali je do
samochodu. Na dachu Volvo zacumował też bączek „Lotty”. Wieczorem
Szwedzi zaprosili nas na kolację. Szliśmy tam z nastawieniem że i tak
będziemy musieli się najeść po powrocie, ale zostaliśmy bardzo mile
zaskoczeni. Serwowali jakieś ichnie specyfiki, ale za to z polską
gościnnością. :) Widoczek z domu mają super - dom stoi na wzgórzu, a z
okien widać cały fiord. (2172)
Po kolacji pożegnaliśmy Jacka i poszliśmy „spać” na jacht.
Dzień trzeci (czwartek)
N.Grundsund (58 18.3’N 11 25.6’ E ) - Gullholmen (58 10.7’N 11 24,3’E)
- 24 mile.
Rano Marcin pojechał ze Szwedem do miasta dokończyć formalności, a
myśmy dokończyli przegląd jachtu. Po powrocie Marcina - wypływamy. Były
właściciel wraz z córką odprowadzał nas kawałek wzdłuż fiordu swoją
małą motorówką (3008),
no i wreszcie zostaliśmy tylko my i jacht. :) Po wyjściu z fiordu
dostaliśmy dane 4 - 5 B, tylko że prosto w twarz : ( Po kilku godzinach
halsowania, jako że prognozy mówiły że ma wiatr rosnąć, a myśmy jeszcze
nie przeszli w ”tryb morski”, zdecydowaliśmy iż noc spędzimy w
porcie. Maciek wyszukał
porcik schowany w archipelagu wysepek i decyzja - wpływamy. Cudownie.
Małe miasteczko na skalistej wysepce. Domki stoją też tuż nad wodą a
taras domku jest keją przy której stoi zacumowany jacht. (3066)
Bajka. Komunikacja
publiczna - jeden wodny autobus. Uliczki w miasteczku szerokości
takiej, że czasami z Maćkiem nie mogliśmy iść obok siebie, tylko
gęsiego. :). Marina dla gości - kibelki w cenie (140 SEK za dobę)
prysznice - 5 SEK za 3 minuty.
Dzień czwarty (piątek)
Gullholmen (58°10.7’N 11°24,3’E) - Vinga (57°37.9’N 11°36.5’E) - 36
mil.
Rano wypływamy dalej. Znaleźliśmy taki fajny skrót pomiędzy wysepkami (4012).
Na morze wypłynęliśmy ładnych kilka mil na południe od Gulhollmen. A
tam pogoda taka jak dzień wcześniej. Zimno mokro, po prostu niżowo i do
tego wiatr 4-5 B ciągle w twarz. Jachcik dalej radośnie
podskakiwał na wybrzuszeniach, a myśmy nabierali coraz większej wprawy
w ujarzmianiu go. I tak bezstresowo, ale mokro halsowaliśmy się na
południe Kategatu. Na wieczór decyzja - stajemy na noc. No i jest jeden
z wielu. Porcik na wyspie Vinga, na południowym podejściu do
Goeteborga. Podpływając mijaliśmy się z bardzo ładnym szwedzkim
żaglowcem (4069).
Zonk nr jeden. Trzeba było go zasalutować - niósł szwedzką
banderę „wojenną” :) A my jak te gapy, tylko się gapiliśmy. Po
wpłynięciu do Vingi zonk nr 2. Tutaj,
tak jak na Christianso nie ma wcale wody, no i z prysznica nici.
Malutka skalista wyspa z jedną latarnią jedną plażą rezerwatem przyrody
i to
wszystko. Malutki porcik, ale 40-stopowe jachty też się mieściły (4126). Zaraz
po przycumowaniu opadła mgła, tak jakby na nas łaskawie poczekała aż
dopłyniemy. Poszliśmy na spacer porobić zdjęcia. Byłem też w „Gatt
Ulven” (cokolwiek to znaczy) (4108). :) Wieczorem, podczas kolacji
przy stolikach przy kei, przypętał się do nas bosman portu i opowiadał,
opowiadał różne historie tak przez 2 godziny. O rezerwacie, o latarni,
o tym jak kiedyś za komuny był służbowo w Polsce... (4110) Jak flaszka się skończyła to
poszliśmy spać.
Dzień piąty (sobota)
Vinga (57°37.9’N 11°36.5’E) - Traesloevslaege (ech co za nazwa, prawie
jak nasz Szczebrzeszyn) (57°03.5’N 12°16,1’E) - 48 mil.
Raniutko wiaterek 3 B i to w dodatku z baksztagu. Płyniemy. Zaraz po
oddaleniu się od farwateru Goeteborga próbujemy spinakera. Po godzinie
dochodzenia co do czego :) wreszcie ślicznie zapalił. (5019) Popracował 5
minut
i trzeba było go zrzucać, bo Eol dmuchnął z drugiej strony i zaczęliśmy
płynąć ”w krzaczory”. Odkręciło, potem sflałciło, a potem dmuchnęło tak
z 5 B. Śliczny bajdewind no i nareszcie na kursie. Wieczór się zbliża.
Marcin sprawdza prognozę - 7NW. Jako że z 7-ki NW lubi robić się szybko
9-ka decydujemy się by gdzieś wpłynąć. I tak po południu cumujemy w tym
Tracośtam. Port jachtowy wielkości mariny w Gdyni. Przed sezonem, a
jachtów mnóstwo.
Marcin wyczytał gdzieś, czy też się wypytał, że teraz to w porcie
nikogo nie ma, a opłate to trzeba zostawić w knajpie przy kei. W cenie
(120SEK??) kibelki, woda, dodatkowo prysznic (5) sauna (nie wiem za
ile) no i suszarnia. Spodobały mi się takie małe szeregowe domki przy
kei (5037). W
zasadzie był to długi barak z wieloma oddzielnymi wejściami do małych
pokoików. Udało się zajrzeć do jednego. W środku dwie koje i malutki
magazynek. Przypuszczam, że są one dla tych co pływają
odkrytopokładówkami, by mieli gdzie się przespać. Prognozy jak zwykle
się nie sprawdziły, bo w nocy wiało max 6 B i pewnie gdybyśmy popłynęli
dalej, to zdążylibyśmy na imprezę
organizowaną przez Docenta i Tomka Cłapę w Helsinborgu. Chłopaki dawać
relację z Waszego rejsu.
Dzień szósty (niedziela)
Traesloevslaege(57°03.5’N 12°16,1’E) - Helsingoer (56°02.5’N 12°36.9’E)
- 64 mile.
Jak już zwlekliśmy się z koi to stwierdziliśmy że wieje fajna 6-ka NW,
ale niestety w mordę na wyjściu z portu. W główkach wybudował się lekki
przybój, co prawda nie tak morderczy jak na Kisajnie, ale jednak mając
lekko kapryszący silnik (trzeba podregulować wtryskiwacze), no i
uwzględniając że wg prognozy ma po południu przycichnąć, zdecydowaliśmy
się poczekać. Z nudów poszliśmy na spacer. Ładna, zadbana mieścinka,
ale jednak dziura. Nic tam nie ma. Ani tak ślicznych widoków jak w
portach wcześniej, ani nawet jakiegoś sklepu. Jedyne co to ta
baroknajpa przy kei. No i dalej czekając na pogodę Marcin zaczął
poznawać co ma na jachcie i ształować wszystko po swojemu (w Lysekil
nie miał na to czasu). Wygrzebał gdzieś z bakist szprycbudę i uparł się
by ja postawić. Super pomysł, bardzo nam później ułatwiała. Na tyle iż
nawet Marcin rozważa opcję zamontowania jej na stałe z laminatu. W
międzyczasie, przed obiadem skończył nam się gaz w jednej butli,
no i wymieniliśmy ją na zapasową. BTW, czy jest gdzieś możliwość
przerobienia szwedzkich butli na polskie (wymiana zaworu)? Po obiadku
przybój troszkę przycichł i wypłynęliśmy w kierunku zamku Makbeta czy
Hamleta (nie mogę zapamiętać o którego chodzi :( ). Super jazda całe
popołudnie i noc przez cały czas 5-6 B z baksztagu. Maciek jak się
dorwał do steru to nikogo puścić nie chciał. Mimo tak sprzyjających
warunków płynąc razem z wybrzuszeniami nie osiągnęliśmy prędkości 1-go
Kuleja. Jest to możliwe pewnie tylko na Śniardwach, a nie na Kategacie.
O świcie Maciek, po wielu godzinach zbliżania się do latarni Kullen w
końcu ja opłynął, po czym padł i spał jak niemowlaczek. Dwie godzinki
później już cumowaliśmy przy 14-tym z 28-miu pomoście w Helsingorze. I
tak ściął nas sen do późnego popołudnia.
Dni kolejne (poniedziałek-środa
rano)
Helsingoer (56°02.5’N 12°36.9’E) - Fasterbo (55°24.5’N 12°55,9’E) - 40
mil.
W Helsingorze zwiedzanie najpierw sklepu żeglarskiego, potem zamku,
potem topu masztu (6079)
(mocowałem reflektor radarowy, który Marcin kupił), a potem przyszło
7-8 NW. No i zwiedzania ciąg dalszy. Z ciekawostek. Mała uliczka,
prawie deptak, przy niej sklepy, przed sklepami kramy, na kramach
wyłożony towar którego nikt nie pilnuje. Bierzesz, wchodzisz do sklepu
i płacisz. Byłem prawie w szoku, jak przed jednym sklepem z alkoholami
stały sobie dwa stylowe wózki wypełnione flaszkami wina (6070). U nas to by w
moment wózków nie
było. :( Druga ciekawostka. Po marnie jeździł specjalistyczny
dźwig. Podnosił jachty z łoża, kładł je na siebie, podpierał
podporami i zawoził na keje gdzie wodował.(6089)
Wszystkie operacje załadunku i wyładunku sterowane automatycznie
pilotem. Zwodowanie jednego jachtu i wyciągnięcie z wody drugiego
zajęło tyle czasu ile mi odwiedzenie kibelka. Trzecia ciekawostka.
Każdy z rezydentnych jachtów miał na burcie naklejony mały nr
”rejestracyjny” np 14-58. Był to jednak po prostu nr miejsca
postojowego (14 pomost, 58 dalba). Czwarta ciekawostka. Jak
przypłynęliśmy, na naszej kei leżał samotny przyczepny Merkury. Jak
odpływaliśmy, to dalej biedaczek samotnie leżał.
We wtorek wieczorem przycichło więc zdecydowaliśmy się wypływać. Trasa
ustalona tak, by jak najmniej przeszkadzać statkom, wszyscy na
pokładzie i oczy dookoła głowy. Co jakiś statek się pojawiał to padało
standardowe pytanie - kto na mostku Jaromir, czy jakiś Filipińczyk?
Spotkaliśmy jednego Filipińczyka, który nam nieco ciśnienie podniósł,
no i wielu Jaromirów. Człowieku, na ilu statkach Ty pływasz? :)))) (7018)
Najfajniejszy widok w tego etapu to był jednak most nad Sundem.
Najpierw pojawiły się światła nawigacyjne na głównych pylonach (już z
około 20-tu mil), potem stopniowo zza horyzontu zaczęły się wynurzać
lampy oświetlające drogę. Pod mostem (7241) przepływaliśmy (7178)
już po świcie (7036) pod
głównymi przęsłami (akurat było puściutko, żadnych statków). Widok
niesamowity. Aparaty trzaskały zdjęcia, aż prawie się zagrzały. Potem
wiaterek stopniowo słabł i na podejściu do Fasterbo było już jak na
jeziorkach. Poza tym wreszcie słońce przestało się chować za chmurami i
Bałtyk przywitał nas śliczną słoneczną pogodą (nie ma to jak u siebie).
Dzień dziewiąty (środa)
Fasterbo (55°24.5’N 12°55,9’E) - Tejn (55°15’N 14°50’E) - 66 mil.
Wpływając do kanału na główkach widać dużą tablicę informacyjna z nr
telefonu do obsługi. Trzeba dzwonić, jak nie się nie ma KF-ki.
Otwierają most na żądanie. (8035) Myśmy czekali
około 30 minut. Tak, jak było pisane na grupie wcześniej płynąć od
zachodu zaraz za mostem są podwodne wrota (8047) oznaczone ”szlabanikami”(8046), potem, przy
wschodniej stronie kanału też są drugie
wrota. Płynąc tak jak my z zachodu nie ma niebezpieczeństwa
przyhaczenia wrót, natomiast płynąc ze wschodu trzeba bardzo
uważać na pozycję „szlabaników”. Ten kanał to taki bardzo fajny skrót.
Gdyby u nas tak przekopać półwysep przy Władysławowie, albo lepiej
Mierzeję Wiślaną. Ech... Wszystko obfotografowaliśmy, po czym bez
zatrzymania popłynęliśmy dalej na Bornholm. Za kanałem wiaterek 3B NW,
zupełnie bez fali, bo zasłaniał nas szwedzki brzeg, no to spinakera
:))) Tym razem stawianie go zajęło nam tylko pół godziny :) (8069) W końcu przecież
jesteśmy wysokoregatowa załoga :P Po
postawieniu spinakera ścięło mnie. Poprzednio spałem w Helsingorze. Jak
się obudziłem to na horyzoncie było już widać Bornholm. Wiatr słabł i
po zmierzchu odpaliliśmy katarynę, by jakoś pokonać te 10 mil do
Hammerodde przed świtem. Chciałem wpływać do Hammerhaven (było ślicznie
widoczne), ale zostałem przegłosowany i padła decyzja - Allinge. Pod
samym Allinge konsternacja - gdzie port, gdzie nabieżniki? Chłopaki
wypatrywali oczy, a ja ślęczałem nad laptopem. Po jakiejś godzinie
wypatrywania podjęliśmy ostatnią próbę wychwycenia nabieżników.
Poprowadziłem jacht dokładnie wg mapy kursem nabieżnikowym z
dokładnością na jaką pozwala gps i du.. Jeden nabieżnik widać, a
drugiego nie. :( Albo jesteśmy ślepi, albo gps się popsuł, albo
Duńczycy cos namieszali. W każdym razie decyzja - Płyniemy dalej do
Tejn. Tutaj było już bez problemów - okazało się że gps sprawny, no i z
naszym wzrokiem też nie najgorzej. :) IMO barbarzyństwo - wyłączać
nabieżnik.
Dzień dziesiąty i jedenasty
(czwartek i piątek)
Tejn (55°15’N 14°50’E) - Górki (54°22’N 18°46.7’E) 160 mil.
Po śniadaniu spacerek po miasteczku i też częściowy szok. Mała
mieścinka, a sklep żeglarski większy niż wszystkie w Gdańsku razem
wzięte. Po spacerku mieliśmy jeszcze gości - przyjechali znajomi
Marcina. Potem w końcu znaleźliśmy pompę zęzową o udało nam się ją
uruchomić. Odpompowaliśmy trochę piwa z zęzy (parę puszek nam się
przypadkiem przedziurawiło) i popłynęliśmy. Z wiatrem to do tej pory
mieliśmy albo słabo na kursie, albo silnie w mordę(wyjątek przed
Helsingorem, ale to było już po imprezie :() Biorąc pod uwagę naszego
pecha do pogody i wiedząc że Marcin i Tomek muszą być w poniedziałek w
pracy w W-wie, zdecydowaliśmy iż płyniemy od razu do Górek. Wiaterek, z
początku 3-ka, potem 4, a nawet 5, wszystko z baksztagu, także
połykając co godzinę co najmniej 5 mil bardzo szybko zbliżaliśmy się do
polskiego brzegu.(9023)
Na wysokości Łeby namierzył nas samolot naszej SG. Miło wiedzieć że
nasi dzielni pogranicznicy pilnują by nie zalała nas fala nielegalnych
imigrantów ze Szwecji (bo przecież u nich prohibicja). Ups... My też
nieśliśmy szwedzka banderę. Rozewie trawersowaliśny już w nocy. Tniemy
”przy skórze”, coby z daleka od statków i w pewnym momencie
konsternacja. Z naprzeciwka na kontr kursie ... choinka. Zaraz, zaraz,
jak to było... Trzy białe na maszcie. Holownik. Ciągnął barkę i też
„ciął przy skórze”. Po świcie trawers Helu i potem krótki skok przez
zatokę do Górek. Odprawa milutka i bezproblemowa. Pan z SG też zrobił
dziwną minę jak zobaczył mój dowód i powiedział mi, że słyszeli z TV że
mój rocznik musi je do końca roku wymienić. Dowód przydał cię jako
podkładka do podpisania przez skipera listy załogi. No i koniec rejsu. (9125) Wypakowanie,
klar, podzielenie tego co zostało z zapasów i do domu. Aha ”oswoiłem”
jedną piekarnię (a raczej piekarza). Chleb który wzięliśmy przed
rejsem, mimo przechowywania go w mało komfortowych warunkach (bakista na
rufie), był po powrocie nie tylko zjadliwy, ale nawet smaczny.
Reasumując. Rejs spokojny, dla niektórych „wilków Zegrza” nawet nudny,
ale oby więcej takich rejsów Takim Jachtem z Taką Załogą.
pozdrawiam
Tomek Łangowski ( 54°17.064’ N 18°30.037’ E )
http://www.oskpegaz.z.pl
mirror http://www.pegaz-naukajazdy.z.pl
|