Sprowadzenie jachtu ze Szwecji
 
15 czerwca 2005  o godz. 12:26:40 +0200, Tomek Łangowski  zamieścił na grupie relacje z  rejsu będącego finalem zakupu jachtu w Szwecji i sprowadzenia go do Polski.

Relacja ze sprowadzenia do Polski jachtu Albin Vega

Główni bohaterowie:
1.  s/y „Lotta” - super jachcik Albin Vega
2.  Tomek Wolniarski s.j. skiper
3.  Marcin Palacz s.j. właściciel
4.  Maciek Kotas s.j. - wieloletni skiper s/y „Miki” 
5.  niżej (wyżej) podpisany - s.j. - w ostatnich
     2-ch latach skiper s/y „Moja Maria”
6.  Jacek Kijewski i jego rewelacyjny Volvowóz


Na początek parę słów wstępu.
Marcin kupił w Szwecji jacht, i skrzyknął ekipę by go sprowadzić. Było nas 4-ch s.j. Tomek jako jedyny z nas pływał na tamtych akwenach i mimo iż nigdy wcześniej nie „dowodził” został wrobiony w robotę skipera. Śmialiśmy się że tylko Marcin robi za załogę. :)
Ogólnie rejs super, ale bez fajerwerków, czy też „mrożących krew w żyłach” sytuacji. Po prostu problemów unikaliśmy starając się im zapobiec.

Dzień pierwszy (wtorek)
Tomek z Marcinem przyjechali rano z W-wy do Gdańska. Pojeździliśmy po hipermarketach porobić zakupy, Maciek wybebeszył „Mikiego” z połowy osprzętu i zwaliliśmy się wszyscy u mnie na podwórku czekając na Jacka i jego Volvowóz. Pierwszy problem - jak to wszystko zmieścimy w samochodzie? Przyjechał Jacek i chwycił się za głowę. Ale co - my nie damy rady? :) Skompresowaliśmy wszystko idealnie. (1015) No i jazda na terminal promowy w Gdyni. Odprawa 1 paszport 3 nowe dowody i 1 - mój - zielony. Dowiedziałem się od SG, że w tym roku muszę go wymienić i jazda na prom. Na promie wszystko drogie - kawa 10 SEK, piwo 0.33 też coś koło tego i to w dodatku nie nasze zdrowe polskie, tylko jakieś duńskie siki.


Dzień drugi (środa)
Rano podziwiamy podejście do Kalskrony. Po skompresowaniu się w samochodzie podjeżdżamy na odprawę i prawie skucha. Miłej pani ze szwedzkiej SG nie spodobał się mój dowód - zdjęcie z przed 15 lat i w ogóle mocno zużyty. Poprosiła o jakiś inny dokument. Dałem jej coś z aktualnym zdjęciem i nr PESEL i już jedziemy przez Szwecje. Po kilku procesach kompresji i  dekompresji, późnym popołudniem, dojechaliśmy na miejsce. Pod koniec doszliśmy już do takiej wprawy, że wysiadanie z Volvowozu zajmowało nam poniżej 5 minut. :) W Lysekil (a w zasadzie w pobliżu) czekała już na nas „Lotta” i jej, już teraz były, właściciel. Jacek poszedł spać, a my zrobiliśmy przegląd jachtu, no i zaształowaliśmy się do niego. Okazało się że Maciek niepotrzebnie brał szpeje z „Mikiego”, gdyż praktycznie wszystko co potrzebne było na jachcie. Marcin z Tomkiem rozebrali łoże „Lotty” i zapakowali je do samochodu. Na dachu Volvo zacumował też bączek „Lotty”. Wieczorem Szwedzi zaprosili nas na kolację. Szliśmy tam z nastawieniem że i tak będziemy musieli się najeść po powrocie, ale zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni. Serwowali jakieś ichnie specyfiki, ale za to z polską gościnnością. :) Widoczek z domu mają super - dom stoi na wzgórzu, a z okien widać cały fiord. (2172)  Po kolacji pożegnaliśmy Jacka i poszliśmy „spać” na jacht.

Dzień trzeci (czwartek)
N.Grundsund (58 18.3’N 11 25.6’ E ) - Gullholmen (58 10.7’N 11 24,3’E) - 24 mile.
Rano Marcin pojechał ze Szwedem do miasta dokończyć formalności, a myśmy dokończyli przegląd jachtu. Po powrocie Marcina - wypływamy. Były właściciel wraz z córką odprowadzał nas kawałek wzdłuż fiordu swoją małą motorówką (3008), no i wreszcie zostaliśmy tylko my i jacht. :) Po wyjściu z fiordu dostaliśmy dane 4 - 5 B, tylko że prosto w twarz : ( Po kilku godzinach halsowania, jako że prognozy mówiły że ma wiatr rosnąć, a myśmy jeszcze nie przeszli w  ”tryb morski”, zdecydowaliśmy iż noc spędzimy w porcie. Maciek wyszukał
porcik schowany w archipelagu wysepek i decyzja - wpływamy. Cudownie. Małe miasteczko na skalistej wysepce. Domki stoją też tuż nad wodą a taras domku jest keją przy której stoi zacumowany jacht. (3066) Bajka.  Komunikacja publiczna - jeden wodny autobus. Uliczki w miasteczku szerokości takiej, że czasami z Maćkiem nie mogliśmy iść obok siebie, tylko gęsiego. :). Marina dla gości -  kibelki w cenie (140 SEK za dobę) prysznice - 5 SEK za 3 minuty.

Dzień czwarty (piątek)
Gullholmen (58°10.7’N 11°24,3’E) - Vinga (57°37.9’N 11°36.5’E) - 36 mil. 
Rano wypływamy dalej. Znaleźliśmy taki fajny skrót pomiędzy wysepkami (4012). Na morze wypłynęliśmy ładnych kilka mil na południe od Gulhollmen. A tam pogoda taka jak dzień wcześniej. Zimno mokro, po prostu niżowo i do tego wiatr 4-5 B ciągle w twarz. Jachcik dalej  radośnie podskakiwał na wybrzuszeniach, a myśmy nabierali coraz większej wprawy w ujarzmianiu go. I tak bezstresowo, ale mokro halsowaliśmy się na południe Kategatu. Na wieczór decyzja - stajemy na noc. No i jest jeden z wielu. Porcik na wyspie Vinga, na południowym podejściu do Goeteborga. Podpływając mijaliśmy się z bardzo ładnym szwedzkim żaglowcem (4069). Zonk nr jeden. Trzeba  było go zasalutować - niósł szwedzką banderę „wojenną” :) A my jak te gapy, tylko się gapiliśmy. Po wpłynięciu do Vingi zonk nr 2. Tutaj,
tak jak na Christianso nie ma wcale wody, no i z prysznica nici. Malutka skalista wyspa z jedną latarnią jedną plażą rezerwatem przyrody i to
wszystko. Malutki porcik, ale 40-stopowe jachty też się mieściły (4126). Zaraz po przycumowaniu opadła mgła, tak jakby na nas łaskawie poczekała aż dopłyniemy. Poszliśmy na spacer porobić zdjęcia. Byłem też w „Gatt Ulven” (cokolwiek to znaczy) (4108). :) Wieczorem, podczas kolacji przy stolikach przy kei, przypętał się do nas bosman portu i opowiadał, opowiadał różne historie tak przez 2 godziny. O rezerwacie, o latarni, o tym jak kiedyś za komuny był służbowo w Polsce... (4110) Jak flaszka się skończyła to poszliśmy spać.

Dzień piąty (sobota)
Vinga (57°37.9’N 11°36.5’E) - Traesloevslaege (ech co za nazwa, prawie jak nasz Szczebrzeszyn) (57°03.5’N 12°16,1’E) - 48 mil.
Raniutko wiaterek 3 B i to w dodatku z baksztagu. Płyniemy. Zaraz po oddaleniu się od farwateru Goeteborga próbujemy spinakera. Po godzinie dochodzenia co do czego :) wreszcie ślicznie zapalił. (5019) Popracował 5 minut i trzeba było go zrzucać, bo Eol dmuchnął z drugiej strony i zaczęliśmy płynąć ”w krzaczory”. Odkręciło, potem sflałciło, a potem dmuchnęło tak z 5 B. Śliczny bajdewind no i nareszcie na kursie. Wieczór się zbliża. Marcin sprawdza prognozę - 7NW. Jako że z 7-ki NW lubi robić się szybko 9-ka decydujemy się by gdzieś wpłynąć. I tak po południu cumujemy w tym Tracośtam. Port jachtowy wielkości mariny w Gdyni. Przed sezonem, a jachtów mnóstwo.
Marcin wyczytał gdzieś, czy też się wypytał, że teraz to w porcie nikogo nie ma, a opłate to trzeba zostawić w knajpie przy kei. W cenie (120SEK??) kibelki, woda, dodatkowo prysznic (5) sauna (nie wiem za ile) no i suszarnia. Spodobały mi się takie małe szeregowe domki przy kei (5037). W zasadzie był to długi barak z wieloma oddzielnymi wejściami do małych pokoików. Udało się zajrzeć do jednego. W środku dwie koje i malutki magazynek. Przypuszczam, że są one dla tych co pływają odkrytopokładówkami, by mieli gdzie się przespać. Prognozy jak zwykle się nie sprawdziły, bo w nocy wiało max 6 B i pewnie gdybyśmy popłynęli dalej, to zdążylibyśmy na imprezę
organizowaną przez Docenta i Tomka Cłapę w Helsinborgu. Chłopaki dawać relację z Waszego rejsu.


Dzień szósty (niedziela)
Traesloevslaege(57°03.5’N 12°16,1’E) - Helsingoer (56°02.5’N 12°36.9’E) - 64 mile.
Jak już zwlekliśmy się z koi to stwierdziliśmy że wieje fajna 6-ka NW, ale niestety w mordę na wyjściu z portu. W główkach wybudował się lekki przybój, co prawda nie tak morderczy jak na Kisajnie, ale jednak mając lekko kapryszący silnik (trzeba podregulować wtryskiwacze), no i uwzględniając że wg prognozy ma po południu przycichnąć, zdecydowaliśmy się poczekać. Z nudów poszliśmy na spacer. Ładna, zadbana mieścinka, ale jednak dziura. Nic tam nie ma. Ani tak ślicznych widoków jak w portach wcześniej, ani nawet jakiegoś sklepu. Jedyne co to ta baroknajpa przy kei. No i dalej czekając na pogodę Marcin zaczął poznawać co ma na jachcie i ształować wszystko po swojemu (w Lysekil nie miał na to czasu). Wygrzebał gdzieś z bakist szprycbudę i uparł się by ja postawić. Super pomysł, bardzo nam później ułatwiała. Na tyle iż nawet Marcin rozważa opcję zamontowania jej na stałe z laminatu. W międzyczasie, przed obiadem skończył nam się gaz w jednej butli,
no i wymieniliśmy ją na zapasową. BTW, czy jest gdzieś możliwość przerobienia szwedzkich butli na polskie (wymiana zaworu)? Po obiadku
przybój troszkę przycichł i wypłynęliśmy w kierunku zamku Makbeta czy Hamleta (nie mogę zapamiętać o którego chodzi :( ). Super jazda całe popołudnie i noc przez cały czas 5-6 B z baksztagu. Maciek jak się dorwał do steru to nikogo puścić nie chciał. Mimo tak sprzyjających warunków płynąc razem z wybrzuszeniami nie osiągnęliśmy prędkości 1-go Kuleja. Jest to możliwe pewnie tylko na Śniardwach, a nie na Kategacie. O świcie Maciek, po wielu godzinach zbliżania się do latarni Kullen w końcu ja opłynął, po czym padł i spał jak niemowlaczek. Dwie godzinki później już cumowaliśmy przy 14-tym z 28-miu pomoście w Helsingorze. I tak ściął nas sen do późnego popołudnia.

Dni kolejne (poniedziałek-środa rano)
Helsingoer (56°02.5’N 12°36.9’E) - Fasterbo (55°24.5’N 12°55,9’E) - 40 mil.
W Helsingorze zwiedzanie najpierw sklepu żeglarskiego, potem zamku, potem topu masztu (6079) (mocowałem reflektor radarowy, który Marcin kupił), a potem przyszło 7-8 NW. No i zwiedzania ciąg dalszy. Z ciekawostek. Mała uliczka, prawie deptak, przy niej sklepy, przed sklepami kramy, na kramach wyłożony towar którego nikt nie pilnuje. Bierzesz, wchodzisz do sklepu i płacisz. Byłem prawie w szoku, jak przed jednym sklepem z alkoholami stały sobie dwa stylowe wózki wypełnione flaszkami wina (6070). U nas to by w moment wózków nie
było. :( Druga ciekawostka. Po marnie jeździł specjalistyczny dźwig.  Podnosił jachty z łoża, kładł je na siebie, podpierał podporami i zawoził na keje gdzie wodował.(6089) Wszystkie operacje załadunku i wyładunku sterowane automatycznie pilotem. Zwodowanie jednego jachtu i wyciągnięcie z wody drugiego zajęło tyle czasu ile mi odwiedzenie kibelka. Trzecia ciekawostka. Każdy z rezydentnych jachtów miał na burcie naklejony mały nr ”rejestracyjny” np 14-58. Był to jednak po prostu nr miejsca postojowego (14 pomost, 58 dalba). Czwarta  ciekawostka. Jak przypłynęliśmy, na naszej kei leżał samotny przyczepny Merkury. Jak odpływaliśmy, to dalej biedaczek samotnie leżał.
We wtorek wieczorem przycichło więc zdecydowaliśmy się wypływać. Trasa ustalona tak, by jak najmniej przeszkadzać statkom, wszyscy na pokładzie i oczy dookoła głowy. Co jakiś statek się pojawiał to padało standardowe pytanie - kto na mostku Jaromir, czy jakiś Filipińczyk? Spotkaliśmy jednego Filipińczyka, który nam nieco ciśnienie podniósł, no i wielu Jaromirów. Człowieku, na ilu statkach Ty pływasz? :)))) (7018)  Najfajniejszy widok w tego etapu to był jednak most nad Sundem. Najpierw pojawiły się światła nawigacyjne na głównych pylonach (już z około 20-tu mil), potem stopniowo zza horyzontu zaczęły się wynurzać lampy oświetlające drogę. Pod mostem (7241) przepływaliśmy (7178) już po świcie (7036) pod głównymi przęsłami (akurat było puściutko, żadnych statków). Widok niesamowity. Aparaty trzaskały zdjęcia, aż prawie się zagrzały. Potem wiaterek stopniowo słabł i na podejściu do Fasterbo było już jak na jeziorkach. Poza tym wreszcie słońce przestało się chować za chmurami i Bałtyk przywitał nas śliczną słoneczną pogodą (nie ma to jak u siebie).

Dzień dziewiąty (środa)
Fasterbo (55°24.5’N 12°55,9’E) - Tejn (55°15’N 14°50’E) - 66 mil.
Wpływając do kanału na główkach widać dużą tablicę informacyjna z nr telefonu do obsługi. Trzeba dzwonić, jak nie się nie ma KF-ki. Otwierają most na żądanie. (8035) Myśmy czekali około 30 minut. Tak, jak było pisane na grupie wcześniej płynąć od zachodu zaraz za mostem są podwodne wrota (8047) oznaczone ”szlabanikami”(8046), potem, przy wschodniej stronie kanału też są drugie wrota. Płynąc tak jak my z zachodu nie ma niebezpieczeństwa przyhaczenia wrót,  natomiast płynąc ze wschodu trzeba bardzo uważać na pozycję „szlabaników”. Ten kanał to taki bardzo fajny skrót. Gdyby u nas tak przekopać półwysep przy Władysławowie, albo lepiej Mierzeję Wiślaną. Ech... Wszystko obfotografowaliśmy, po czym bez zatrzymania popłynęliśmy dalej na Bornholm. Za kanałem wiaterek 3B NW, zupełnie bez fali, bo zasłaniał nas szwedzki brzeg, no to spinakera :))) Tym razem stawianie go zajęło nam tylko pół godziny :) (8069) W końcu przecież jesteśmy wysokoregatowa załoga :P Po postawieniu spinakera ścięło mnie. Poprzednio spałem w Helsingorze. Jak się obudziłem to na horyzoncie było już widać Bornholm. Wiatr słabł i po zmierzchu odpaliliśmy katarynę, by jakoś pokonać te 10 mil do Hammerodde przed świtem. Chciałem wpływać do Hammerhaven (było ślicznie widoczne), ale zostałem przegłosowany i padła decyzja - Allinge. Pod samym Allinge konsternacja - gdzie port, gdzie nabieżniki? Chłopaki wypatrywali oczy, a ja ślęczałem nad laptopem. Po jakiejś godzinie wypatrywania podjęliśmy ostatnią próbę wychwycenia nabieżników. Poprowadziłem jacht dokładnie wg mapy kursem  nabieżnikowym z dokładnością na jaką pozwala gps i du.. Jeden nabieżnik widać, a drugiego nie. :( Albo jesteśmy ślepi, albo gps się popsuł, albo Duńczycy cos namieszali. W każdym razie decyzja - Płyniemy dalej do Tejn. Tutaj było już bez problemów - okazało się że gps sprawny, no i z naszym wzrokiem też nie najgorzej. :) IMO barbarzyństwo - wyłączać nabieżnik.

Dzień dziesiąty i jedenasty (czwartek i piątek)
Tejn (55°15’N 14°50’E) - Górki (54°22’N 18°46.7’E) 160 mil.
Po śniadaniu spacerek po miasteczku i też częściowy szok. Mała mieścinka, a sklep żeglarski większy niż wszystkie w Gdańsku razem wzięte. Po spacerku mieliśmy jeszcze gości - przyjechali znajomi Marcina. Potem w końcu znaleźliśmy pompę zęzową o udało nam się ją uruchomić. Odpompowaliśmy trochę piwa z zęzy (parę puszek nam się przypadkiem przedziurawiło) i popłynęliśmy. Z wiatrem to do tej pory mieliśmy albo słabo na kursie, albo silnie w mordę(wyjątek przed Helsingorem, ale to było już po imprezie :() Biorąc pod uwagę naszego pecha do pogody i wiedząc że Marcin i Tomek muszą być w poniedziałek w pracy w W-wie, zdecydowaliśmy iż płyniemy od razu do Górek. Wiaterek, z początku 3-ka, potem 4, a nawet 5, wszystko z baksztagu, także połykając co godzinę co najmniej 5 mil bardzo szybko zbliżaliśmy się do
polskiego brzegu.(9023) Na wysokości Łeby namierzył nas samolot naszej SG. Miło wiedzieć że nasi dzielni pogranicznicy pilnują by nie zalała nas fala nielegalnych imigrantów ze Szwecji (bo przecież u nich prohibicja). Ups... My też nieśliśmy szwedzka banderę. Rozewie trawersowaliśny już w nocy. Tniemy ”przy skórze”, coby z daleka od statków i w pewnym momencie konsternacja. Z naprzeciwka na kontr kursie ... choinka. Zaraz, zaraz, jak to było... Trzy białe na maszcie. Holownik. Ciągnął barkę i też „ciął przy skórze”. Po świcie trawers Helu i potem krótki skok przez zatokę do Górek. Odprawa milutka i bezproblemowa. Pan z SG też zrobił dziwną minę jak zobaczył mój dowód i powiedział mi, że słyszeli z TV że mój rocznik musi je do końca roku wymienić. Dowód przydał cię jako podkładka do podpisania przez skipera listy załogi. No i koniec rejsu. (9125) Wypakowanie, klar, podzielenie tego co zostało z zapasów i do domu. Aha ”oswoiłem” jedną piekarnię (a raczej piekarza). Chleb który wzięliśmy przed rejsem, mimo przechowywania go w mało komfortowych warunkach (bakista na
rufie), był po powrocie nie tylko zjadliwy, ale nawet smaczny.
Reasumując. Rejs spokojny, dla niektórych „wilków Zegrza” nawet nudny, ale oby więcej takich rejsów Takim Jachtem z Taką Załogą.

pozdrawiam
Tomek Łangowski ( 54°17.064’ N 18°30.037’ E )
http://www.oskpegaz.z.pl mirror http://www.pegaz-naukajazdy.z.pl