Rejs z maluchem - oczami mamy

19 września 2009  o godz.  13:51:25 +0200, Asia Szot  zamieściła na grupie  relacje z  rejsu rodzinnego.


"NAJWAŻNIEJSZE W ODPOWIEDNIEJ BYĆ ZAŁODZE!"

Rejs z maluchem - oczami mamy

Wymyśliliśmy tę Chorwację sobie już dawno temu. Nie udało się wcześniej to postanowiliśmy zrobić sobie rodzinny rejs z Kubusiem. Wyszła z tego niezła  załoga, o której nie napisać byłoby szkoda. Dwie trzypokoleniowe rodziny i  jedna dwupokoleniowa. Nieźle? Kubuś z rodzicami i z dziadkiem Czechem,  Sara - 11 latka, z tatą Marcinem i z dziadkiem Andrzejem oraz Jasiek - 13 latek, siostrzeniec Łukasza. 16 miesięczny mały człowiek był już oswojony z  wodą na basenie.

Pierwsza sprawa to pakowanie. Oprócz zaprowiantowania dla załogi dorosłej  powstało pytanie co zabrać dla Kuby? Na miejscu okazało się, że młody ma  apetyt o połowę większy niż w domu i dobrze że mięliśmy większy zapas. Poza tym wzięliśmy specjalnie dla niego 2 zgrzewki wody mineralnej niegazowanej której zawsze używamy w domu - była do robienia soku czy mleka dla Kuby.
Dobry filtr na słońce, parę nowych zabawek - żeby zająć małego człowieka - i w drogę.

Pierwsza trudność jakiej się spodziewaliśmy to podróż. Podzielona na dwie tury trasa i tak nie chciała być krótsza niż 1800km. Jechaliśmy nocą, kiedy Kuba spał, w dzień staraliśmy się go zmęczyć spacerami i - udało się. Na miejscu uderzyła nas fala gorąca i spotkaliśmy się z resztą załogi. Kiedy Łukasz poszedł do firmy czarterującej zapytać od której godziny możemy przejmować jacht okazało się że 16to miesięczny załogant załatwia nam absolutne pierwszeństwo i zamiast po piątej jacht mięliśmy od trzeciej po południu ;-). Ze względu na oddalenie od  kokpitu i kambuza - wybraliśmy kabinę dziobową.

Sztauowanie - to była dopiero fajna zabawa! Kuba był zachwycony. Szybko daliśmy mu coś do zabawy (z tego co pamiętam to wielka paka krakersów) i mogliśmy upychać jedzenie w schowkach i bakistach ;-) Próbował pomagać nie przeszkadzając za bardzo. Zostaliśmy na noc w Trogirze, i wreszcie o zachodzie słońca - wybraliśmy się do miasta. Kuba w wózek, flacha mleka przygotowana i - wychodzimy. Nie dojechaliśmy jeszcze na drugą stronę mostku - bohater usnął. ;-) To były takie momenty przez cały rejs kiedy przestawałam być na chwilę mamą, i zaczynałam być na wakacjach ;-))
Zjedliśmy pyszną kolację z winem, było przemiło. Po powrocie na jacht położyliśmy małego załoganta całkiem śpiącego do koji - i spaliśmy aż nie obudził nas - deszcz!! (deszcz?? Śródziemne i deszcz?!? no kurde to na mazury jest bliżej!!). Na szczęście to jakieś chwilowe załamanie pogody tylko - uff. Za kilka godzin wyszło słońce.

Pierwsze wypłynięcie to była chwila prawdy. Jak będzie? Czy Kuba nie będzie marudny? Czy dam sobie z nim radę, przecież jestem tutaj po to żeby się nim opiekować, jak z moją chorobą morską? Piękna pogoda, chwilę po odejściu od kei byliśmy z maluchem w kokpicie z wszystkimi, uśmiechnięci - wakacje! Nie długo po postawieniu żagli położyłam małego żeglarza spać. W zasadzie sprowadzało się to do położenia na koji wręczeniu smoczka i ukochanego misia Zdzisia. Jak zajrzeliśmy do niego po pół godzinie okazało się, że pięknie
zasztauował się w koi na zawietrznej burcie i śpi w najlepsze. To z kolei były momenty kiedy zaczynałam być żeglarzem, nie tylko matką z dzieckiem ;-))) Mam wrażenie że Kubuś na jachcie spał więcej niż w domu - szczególnie w dzień.

Od początku w założeniach ten rejs miał być bez nocnego pływania, zarówno ze względu na Kubusia jak i na akwen. Każdego dnia wieczorem byliśmy więc w porcie albo na kotwicowisku. Po tym rejsie widzę że dla Kubusia pływanie nocne nie miałoby pewnie żadnego znaczenia, na fali spało mu się jeszcze lepiej, kołysało rytmicznie i chlupało koło ucha, kto by tak nie chciał.

Po kilku dniach, gdy staliśmy w miejscowości Skradin po wycieczce nad wodospady na rzece Krka, rano zaczęła wiać Bora. Mocno wiało, gwałtownie zrobiło się chłodniej. Postanowiliśmy przeczekać ten wiatr w porcie. Tam nasz syn odkrył największą chyba dla niego atrakcję rejsu - spacerowanie z dziadkiem za jedną i z tatą za druga rękę po pomostach. Spacerowali tak dobre dwie godziny, bardzo dzielnie Kuba wymęczył obu panów.

Nasz synek wewnątrz jachtu poruszał się zupełnie śmiało i dzielnie. Obijał się o wszystko, ale nie jestem pewna czy reszta załogi - jak to na jachcie - miała mniej siniaków i guzów. Zupełnie się nie zrażał niczym, mięliśmy ogromnie dużo śmiechu jak zobaczyliśmy, że przechodzi pod stołem w mesie bez schylania głowy, albo biega wyprostowany po koji dziobowej. Nieźle. Poza manewrami portowymi siedzieliśmy razem z Kubą w kokpicie z wszystkimi. Schowani w cieniu pod bimini podziwialiśmy widoki, cudne! Kuba trochę pomagał tacie sterować, wybierał liny (wolne) i kręcił kabestanem (i to bez handszpaka!!). Ustawiliśmy nieprzekraczalną granicę przy kolumnie steru - za nią nie wolno było Kubusiowi przejść. Wolno mu było przebywać w kokpicie, na ławkach już tylko z asekuracją czyjejś ręki. Oprócz tego zejściówka cały czas zabezpieczana była sztorc klapą. W czasie manewrów portowych schodziłam z nim do mesy lub do koji. Miał wtedy chwilę spokoju i w tym czasie najczęściej robił kupę ;-))

Po drodze oprócz wodospadów oglądaliśmy Błękitną Grotę, przepiękną wyspę Vis z cudnym miasteczkiem, stary wojskowy "garaż na statki" ;-)) (dzięki Łukasz za nocną wyprawę pełną przygód!), samotnię Blaca na wyspie Brac której nie udało się obejrzeć bo jedyny dzień w tygodniu kiedy jest zamknięta to poniedziałek - a wtedy próbowaliśmy. Byliśmy oczywiście też w Splicie i rzuciliśmy okiem na Kornaty (tam musimy jeszcze wrócić bo popsuty GPS zawrócił nas i pokrzyżował plany). Widzieliśmy jeszcze Sibenik, a tam przepysznie robią owoce morza - tak mówią, ja nie przepadam ;-)

Zajmowanie się takim dzieckiem na jachcie nie różni się mocno od zajmowania się nim w domu. Dobra organizacja przestrzeni i cierpliwość załatwiają większość problemów i stresów. Chociaż nie zdecydowałabym się polecać i nie mogę powiedzieć, że każdy z każdym dzieckiem może płynąć na morze. Zdecydowanie nie. Tak małe dziecko to barometr emocji matki. Mama która wie, co się dzieje, jak to będzie wyglądało i ma zaufanie bezgraniczne do kapitana reaguje spokojnie a przez to spokojne jest dziecko. Łatwo potrafię sobie wyobrazić że rozhisteryzowany chłopiec zamienia nasze wakacje w piekło. Opływani rodzice, spokojne dziecko i dobra, świadoma i chętna do
pomocy załoga to naprawdę podstawa. Nie chodzi przecież o to, żeby udowodnić, że się da tylko o to żeby odpocząć i z uśmiechem wspominać każdą chwilę. Nam się do udało, dzięki Łukasz że nas tam zabrałeś.

Ogromne znaczenie miał dla nas, rodziców Kuby fakt, że czuliśmy pełną akceptację i przychylność reszty załogi do tego eksperymentu jakim było zabranie malucha ze sobą na taki urlop. Muszę tutaj bardzo wszystkim podziękować za to, że nawet jak czasem kogoś uszczypnął, zwinął coś albo popsuł - wszyscy podchodzili do niego z ogromną cierpliwością i zrozumieniem. Dziękujemy Wam też za te kilka chwil, kiedy zajęliście się naszym synkiem a my mogliśmy spędzić trochę czasu sami.

"NAJWAŻNIEJSZE W ODPOWIEDNIEJ BYĆ ZAŁODZE!"

                                                                            
Asia Szot
asiek20@interia.pl

1
2 3 4
5 6 7

********************************************************************************************************  

Po tak wspaniałej relacji  wywiązała się dyskusja i padły pytania

-Jak radziliście sobie z zabawianiem małego?
-Czy możesz coś więcej na ten
temat napisać?
-Czy może przesypiał on większość przelotów?

-Czy mały w kokpicie przebywał w kamizelce na szelkach, czy bez ?
-Czy mały wspinał się po schodach w zejściówce ?

Dla Kuby powierzchnia jachtu była wystarczająca (chyba nigdzie nie napisałam
jaki to był jacht - Bavaria 36). W kokpicie przebywał w krótkich gaciach a
czasem bez ;-) Na poważnie to: mięliśmy dla niego kamizelkę, ale w niej nie
przebywał, mięliśmy szelki przydawały się do chodzenia po pomostach. W
kokpicie był mocno pilnowany ale wolny. Ograniczony sztorc klapą i kolumną
steru - miał tam trochę miejsca, na jego potrzeby wystarczyło. Mam wrażenie
że był zachwycony tym, że ma tyle osób obok siebie na raz i że z każdym może
wchodzić w jakieś interakcje (jednego uszczypnąć drugiemu dać bziaka;-) Z
zabawianiem w ogóle nie było kłopotu - zaczynał marudzć w kokpicie to
schodziliśmy do mesy i tam wspinał się na koje i broił łapiąc wszystko co
bylo na półkach (przy okazji weryfikował porządek naszej młodzierzy;-). Jak
mu się i tam znudziło, to poszliśmy zwiedzać koję dziadka i szperać mu po
jaskółkach (ale miał dużo skarbów!!)
Szczerze - nie było problemu. Któregoś dnia daliśmy mu miskę ze słodką woda
i rozebraliśmy dobrze posmarowanego filtrami - zabawa przednia i wszyscy się
trochę schłodziliśmy ;-)
Dla niego to wszystko było nowe i atrakcyjne, myślę że nudy nie zaznał przez
całe 2 tygodnie.
Nie wspinał się po schodach w zejściówce, bo jak wszedł na 1wszy schodek
zawsze ktoś go ściągnął ;-) W trakcie każdego przelotu Kuba przesypiał
przynajmniej 3 godziny.

pozdrawiam
Asia Szot
asiek20@interia.pl