|
--------------------------------------------------------------------------------- Witam! Wczoraj wróciłem z morza. I starym zwyczajem piszę kilka słów na prz: I znowu coś wymarzonego od lat... STS "Pogoria", legendarna barkentyna, żaglowiec pamiętany z dziecięcych lat, z telewizji, z reportaży z Cutty Sark 80', rejsu na Antarktydę i pierwszej Szkoły Pod Żaglami. Z czasów, gdy książki Głowackiego, Verne'a, Perepeczki i Fiedlera, telewizyjne "Bractwo Żelaznej Szekli", "Klub Sześciu Kontynentów", Tony Halik i Elżbieta Dzikowska oraz radiowy "Kliper Siedmiu Mórz" rozbudzały wyobraźnię małolata, nieodmiennie dziwiąc lądową od pokoleń rodzinę. O "Pogorii" myślałem w czasach, gdy jeszcze nigdy nie dotknałem jakiegokolwiek jachtu, przenosząc marzenia powoli do zakładki "niemożliwe do spełnienia". Upłynęło wiele czasu i okazało się, że po 20 latach mogę na pokład "Pogorii" wejść. Marzenia o popłynięciu wróciły podczas pewnej nocnej rozmowy na pokładzie "Pogorii" właśnie, gdzie zostaliśmy zaproszeni na spotkanie towarzyskie przy okazji "Cutty Sarku" 2003. Więc gdy jesienią 2004 padł pomysł zorganizowania rejsu krakowskiego "Starego Portu" na pokładzie zaglowca nie zastanawiałem się ani chwili - decyzja była jedynie słuszna i natychmiastowa - PŁYNIEMY! Dopiero po zapisaniu się do załogi przyszedł moment na otrzeźwienie - miałem zostać oficerem wachtowym na 350-tonowym, 47-metrowym żaglowcu, nie mając ŻADNEGO praktycznego pojęcia o takielunku rejowym, nie mając doświadczenia z kierowania tak liczną załogą i nigdy nie będąc na tamtych wodach... Cóż - z raz podjętych decyzji wycofać się nie honor - zęby w ścianę, książki i podręczniki do ręki, nocne długie staroportowe rozmowy z Tymi Co Już Na Pogorii Byli i wyraz twarzy typu "nie zaznają tu mojej trwogi", choć wewnętrznie byłem przestraszony ciężko. Na domiar złego spiętrzenie obowiązków przed samym rejsem i trafienie trzy dni przed wyjazdem jakimś wyjątkowo wrednym choróbskiem, (zwalczonym trochę jakąś samodzielnie wymyśloną kuracją z dawkami jak dla całej kompanii wojska - na zasadzie "co nas nie zabije, to wzmocni") nie pozwoliło na (w moim mniemaniu) porządne i spokojne przygotowanie. Jakoś jednak porwano mnie z Wujowej Chatki i z 39-stopniową gorączką, po wstępnym wlaniu 2 piw (pomysł bez sensu, swoją drogą) włożono do autobusu. Dojazd Wesołym Autobusem do włoskiej Imperii był już zdarzeniem samym w sobie - wschód słońca w Alpach oraz przejazdy na przemian - tunelami i zawieszonymi gdzieś w przestrzeni mostami to obrazki z kategorii "zapamiętać na długo". Dla większości załogi to nie było nic nowego, ale dla mnie jak najbardziej - do tej pory najbardziej na południe wysyniętymi miejscami, gdzie kiedykolwiek byłem, był Budapeszt i Wiedeń :) Ale do rzeczy - przyjazd do Imperii, ładnego włoskiego miasteczka z pomarańczami rosnącymi przy ulicach i zaokrętowanie na statek. I do roboty - nauka wszystkiego w ekspresowym tempie. Poznanie z masterem - Mirkiem "Pestką" Peszkowskim, zawodowym kapitanem, spędzającym akurat urlop z żoną na morzu :) Poznanie takielunku, wyjście na reje... Wieczorem pokaz sztucznych ogni w porcie. Obejrzenie w lokalnym kuflolocie meczu Milan-Parma :) I na drugi dzień wypłynięcie. W stronę Korsyki. Pierwszy raz na morzu z dziesięcioosobową wachtą, w której miałem też dwóch chłopaków spoza Polski - Tunezyjczyka i Hindusa. Warunki raczej na dzień dobry twarde - wiatr 7-8, niemniej jednak załoga trzymała się bardzo dzielnie. W czym zresztą nic dziwnego - większość z nich już na "Pogorii" była, niektórzy nawet wielokrotnie. Pierwszy port - korsykańskie Ajaccio, rodzinne miasto Napoleona. Dalej jestem w lekkim szoku, kultura, architektura, rośliny, ludzie - Morze śródziemne - kompletnie różne od tego, co widziałem wcześniej i do czego byłem jako-tako przyzyczajony. No i język. Francuski i włoski. Żadnego punktu zaczepienia :) Miasteczko piękne, czas na zwiedzanie i uporządkowanie sobie wszystkiego w głowie. Wypływamy na południe Korsyki. Po drodze dość silny wiatr od rufy, piękna słoneczna pogoda. I decyzja - stawiamy wszystkie żagle, które mamy na pokładzie. WSZYSTKIE. Od bomkliwra, przez grot i grottopsel, do bezana. Rejowe - pięć pięter w górę, aż po bombramreję, 33 metry nad lustrem wody. Wiadomo, że jeden z trzech kanonów piękna to żaglowiec pod wszystkimi żaglami, ale chyba naprawdę mogą o tym mówić tylko Ci, którzy tak właśnie żeglowali. 790 metrów kwadratowych zagla. Taka żegluga może trwać wiecznie... Wreszcie znajdujemy się niepodal Bonifacio, gdzie stajemy na kilka godzin. Kolejne piękne miejsce, niegdyś baza Legii Cudzoziemskiej, jest co oglądać, niesamowite wtulenie miasteczka w korsykańskie góry i zderzenie naszych letnich ubrań (przecież jest ponad 20 stopni!) z opatulonymi mieszkańcami Bonifacio, noszącymi nawet czasem szaliki... Jest pięknie, ale gorąco daje mi się we znaki, długo w takim klimacie nie mógłbym wytrzymać. Aha - przypomniało mi się - przecież jestem chory! Chory? Od momentu wejścia na "Pogorię" zapomniałem brać leki, kompletnie. Ale minęły już dwa-trzy dni! Choroba się poddała... Okazało się (po raz kolejny zresztą) że lepiej od wszystkich możliwych chemicznych medykamentów działa morskie powietrze, pokład statku i dotyk lin... Nasz rejs trwa zaledwie tydzień, więc już czas odwrotu na północ. Teraz naszym celem jest Monaco i Monte Carlo, dokąd po upływie mniej więcej doby zawinęliśmy. Załoga wiele sobie obiecuje po wizytach w kasynie, są już plany na co wydadzą wygrane :) Na mnie akurat w porze zwiedzania wypadła wachta trapowa, czego nie bardzo żałuję - nie lubię dużych miast, a najpiękniejszą wieczorną panoramę miasta mogę oglądać właśnie z pokładu "Pogorii". Po północy płyniemy już w stronę Genui, ale z "niespodziankami". Jedna z niespodzianek to zaplanowane przez kapitana stanięcie na kotwicy nieopodal Camogli - uroczego miasteczka 10 mil na wschód od Genui. Desant motorówką do Camogli odbywa się nad wyraz sprawnie, mamy czas na dwie-trzy godziny zwiedzania. Oczywistym jest, że w takich okolicznościach nogi same niosą mnie na stację kolejową Camogli, gdzie poza niewątpliwymi ciekawostkami i "odprawieniem" dwóch pociągów spotykam dwóch "pogorian" oglądającym z zainteresowaniem obciążniki napinające sieć trakcyjną i żurawia wodnego. Nasi są wszędzie! :) Po raz kolejny okazuje się, że zainteresowanie żeglarstwem i kolejami idzie w parze :) Druga z niespodzianek, nieplanowana, to napotkanie stadka wielorybów. SHE BLOWS!!! Są nawet 100 m od burty Pogorii... I powrót - Genua. Ostatnie wejście za główki, ostatni klar do rzucenia cum, ostatnie rzutki podane na ląd, odstawienie silnika i... koniec. Jeszcze zwiedzanie miasta z absolutnie fantastycznym labiryntem wąskich uliczek, ostatnie zakupy - molto vino rossi e molto vino bianco (coś się jednak po włosku nauczyłem :) i czas pożegnań. Akurat niespecjalnie smutny, po stała załoga, włącznie z kapitanem wracała razem z nami autobusem. I zewsząd obietnice "na pewno na ten pokład jeszcze wrócimy!". Kolejne spełnienie dziecięcych marzeń, udało się. Rzut na głęboką, bardzo głęboką wodę - tu jestem głeboko wdzięczny kolegom - Januszowi Gardule, Jasiowi Nedomie i Robertowi Wierzbickiemu, czyli Panom Oficerom za pomoc w pierwszych dniach. Także i wachcie (może chociaż część z nich to przeczyta), w której kilka osób przepływało tygodnie na "Pogorii" - pozwolili i pomogli mi się uczyć statku, z uśmiechem i przyjaznym gestem, a przecież mogło być - "a tyś się chłopie skąd tu wziął?". Szkoda tych tygodniowych rejsów, dlatego że są tygodniowe właśnie - gdy ludzie się już zaczną poznawać, gdy statek jest wreszcie obsługiwany sprawnie, nadchodzi własnie czas odwrotu i wyokrętowania. Niesamowite uznanie dla mastera, kolejny mistrz, od którego coś-tam się próbowałem nauczyć i coś podpatrzeć. Jeszcze słówko o stałej załodze "Pogorii" - to fachowcy najwyższych lotów, przy nich dopiero widać, jak te nasze "pzż-towe" kapitańskie papiery można sobie w buty włożyć. To oni są solą morza, my się tylko od czasu do czasu bawimy. Zresztą w relacjach pomiędzy zawodowcami, a amatorami widać inny sposób pojmowania żeglugi. Joseph Conrad pisał, że jest takie angielskie słówko "duty", nie mające odpowiednika w polskim języku, oznaczające "powinność", "obowiązek", nierozerwalne z życiem na statku i zawodowym prowadzeniem żeglugi. Widać było na każdym kroku, że od nas tego "duty" wymagano, jednocześnie pomagając w jego wypełnianiu. Widać było u nich radość przy przekazywaniu wiedzy, radość z tego, że ktoś ich chce słuchać. Żyjcie wiecznie! A czy temu "duty" podołaliśmy? - nie wiem, niemniej jednak ponowne zaproszenie na pokład "Pogorii" dostałem. Z którego na pewno skorzystam, jeśli to tylko będzie możliwe. Kurde miało być parę słów, a wyszło jak zawsze :( No i już ląduję, czas się za jakąś robotę zabrać, mać.... Pozdrawiam, Wuj Bart27 Dziękujemy za
relację
- WK :-) |