Na Alandy

Zamieszczone na grupie  p.r.z  08-08-2005 przez Bartłomieja Tajchmana
---------------------------------------------------------------------------------
Witam!

No i znowu wrócilim, tym razem po dwutygodniowym żeglowaniu po szkierach, na "Copernicusie". W tym roku postanowiliśmy pływać prawie wyłącznie po osłoniętych wodach, regenerując siły na rok przyszły :) , a w dzienniku  jachtowym (o zgrozo nie był z jasnoniebieską okładką etc.) wpisano w magicznej rubryce "rodzaj pływania" tekst "rekreacyjno-szkierowe"...

Przejęcie jachtu i start w Nynashamn - dobra baza wypadowa i wygodne (i wcale niedrogie) połączenie promowe z Gdańskiem. Sztauowanie jachtu, SIZ-ówka pod saling, takoż "P" (dzisiaj wychodzimy w morze) i wypływamy szkierami do Sztokholmu, przez urocze (i ciasne) przejście Baggensstaket. W ogóle w całym rejsie przyjęliśmy zasadę, by iść najwęższymi i przez to
najciekawszymi przejściami (określanymi czasem przez napotkanych żeglarzy jako "really strange way" :) Znalezienie wolnego miejsca w Sztokholmie nie było takie proste, jednak się udało - niestety okupione rozbiciem lampy dziobiowej, na szczęście w sklepie udało się zakupić identyczną (znaczy identyczną działającą, a nie identycznie rozbitą :)

Przez kilka pierwszych dni żaglujemy w dwa jachty, z "Mokotowem" prowadzonym przez Pingwina, co daje okazję do miłych spotkań. Sztokholm ładny, ale my uciekamy z dużych miast, "lecimy" na Alandy. Wyjście na "ocean" wyjściem północnym, na latarnię Tjarven. I śmiały 25-milowy przeskok w stronę Mariehamn. Stolica Alandów "zdobyta" bladym świtem. W Mariehamn do
obejrzenia miasteczko, "Passat", część załogi odkrywa po raz pierwszy prawdziwą saunę. To w ogóle był bardzo higieniczny rejs - sauna raz dziennie albo dwa.. :)

Ale uciekamy z Mariehamn, nawet ono jest dla nas za duże. Pierwsza noc w Degerby, potem na Kokar. Kokar to moje ulubione miejsce na archipelagu. Mniejszym jachtem można wpłynąć do Karlby, do samego środka wyspy. "Copernikusowi" zostało wejść do Sandvik. Kokar jak zawsze piękny, załoga eksploruje wyspę, docierając do kościoła św. Anny - chyba największej
lokalnej atrakcji. Z Kokaru żeglujemy na Kumlinge, gdzie w Remmarhamn po raz ostatni spotykamy się z "Mokotowem" - oni płyną już na południe, w stronę Polski, my obieramy kurs na wschód. W Remmarhamn koncert lokalnego muzyka przekształcił się jakoś-tak w całkiem sympatyczne "śpiewane" spotkanie z innymi załogami. Przy okazji udaje się "zakolegować" z mieszkańcami Kumlinge - Alandczykiem i Finką, słuchanie ich opowieści o Alandach daje całkiem nowe spojrzenie na życie w tej krainie.

Kumlinge opuszczamy dnia następnego, po zażartej Bitwie z Krwiożerczym Glonem Pod Sauną W Remmarhamn (przejdzie do historii polskiego oręża jak sądzę :) Alandzką część archipelagu opuszczamy kierując się do Naantali (Naadendal) w fińskiej części - Aabolands skaergaarden. Po drodze przejście pod mostem z prześwitem pomiędzy topem masztu, a konstrukcją mostu 50 cm dało sporo wrażeń :) Naantali to ładne letniskowe miasteczko, nieopodal Turku (Aabo). Znane m.in. z dwóch rzeczy - letniej rezydencji prezydenta Finlandii (Kulturanta) i parku rozrywki dla dzieci - doliny Muminków :) Nigdy nie twierdziliśmy, że jesteśmy przesadnie dorośli, więc dokonaliśmy
eksploracji. Udanej wszakże :)

Po Naantali czas powoli kierować się na Zatokę Fińską. Ale po drodze nocne wejście do maleńkiego portu Gullkrona, na wyspie o tejże nazwie. Port ciasny, konieczne było użycie kotwicy. Niemniej jednak trudności z wejściem rekompensowało z nawiązką miejsce przecudnej urody, kilka domostw i mnogość atrakcji - inwencja twórcza mieszkańców wyspy wielką jest. Dalej do Hanko (Hango) - kluczowego miejsca do eskapad fińsko-alandzkich, na samym południowym "rogu" Finlandii. Sami mieszkańcy nazywają Hanko "wrotami Morza Bałtyckiego" i mają zapewne rację. Duża marina, dużo jachtów, więc uciekamy
dalej na wschód. Nie chcemy iść otwartym morzem, mamy jeszcze 2-3 dni, więc "ciągniemy się" fińskimi szkierami, na wschód, w stronę Helsinek.

Dzikość wzrasta, co nam się niezwykle podoba. Zaczepiamy się w Barosundzie, przy sklepie spożywczym :) Miejsce takoż magiczne, o niesamowitej akustyce.Testujemy echo, nieco nadwerężając nocną cierpliwość mieszkańców, za co niniejszym przepraszamy :) Niemniej jednak odbicia dźwięku od kolejnych wysp, niesienie się po wodzie oraz jego powroty z wiel u stron w różnym czasie były niesamowite :) Ostatnie miejsce w Finlandii, prawie naprzeciw Tallinna to Porkkala-Dragensviken, kolejny maleńki przysiółek. I stamtąd znowu nocnie do Tallinna, a w zasadzie Pirity - portu jachtowego Tallinna, wybudowanego 7-10 km od miasta, specjalnie na moskiewską olimpadę w 1980 roku.

Pirita jak Pirita, ot port po prostu, niespecjalnie zachwycający, niemniej jednak Tallinn pięknym miastem jest, a kto twierdzi inaczej jest dziwny :) W Tallinnie, bo wstępnym zwiedzeniu miasteczka przygotowujemy się do przekazania jachtu następnej załodze. Potem powrót busikiem do Krakowa, pożegnalne piwo w Starym Porcie, no i w zasadzie koniec przygody.

No i na koniec parę podsumowań. Po "szkockich" rejsach pożeglowaliśmy na "spokojne" wody. Pływanie po szkierach jest łatwe i przyjemne, aczkolwiek nie wybacza błędów nawigacyjnych. Podstawa powodzenia to aktualne atlasy - my korzystaliśmy ze szwedzkiego (archipelag sztokholmski) oraz trzech fińskich (Alandy, Turku-Hanko i Hanko-Helsinki). Posiadaliśmy także na jachcie zestaw laptop+mapy+GPS, ale pływanie po szkierach na czymś takim uważam za totalne nieporozumienie. Nieczytelne i zawodne. I ciężko wyjąć na pokład :) Atlasy kosztują około 60 euro, ale to polisa bezpieczeństwa dla jachtu i ludzi. Aha - ważna jest aktualność atlasów, te tory są przestawiane. Rzadko co prawda, ale jednak.

Koszty postojów w portach małe. Poza Mariehamn, Sztokholmem i Tallinem były w granicach 10-15 euro za noc. Stanie w dzień, na chwile, praktycznie wszędzie za darmo. W opłacie czasem sauna, czasem nie i trzeba dopłacić osobno (od 5 do 10 euro za godzinę wynajęcia całej sauny - trzeba wcześniej zarezerwować termin). Warto nauczyć się wymowy nazw geograficznych, czytanie ich po polsku prowadzi do wielu nieporozumień. Warto napisać, że prawie nikt nie wie, gdzie są "alandy". Aaland (A z kółeczkiem) czyta się jak "oland". Z drugiej strony nasza "olandia" (duża szwedzka wyspa) to w prawidłowej wymowie "yland" :) Warto też używać szwedzkich odpowiedników nazw miejsc - fiński jest niezbyt mile widziany, oficjalnym językiem Alandów jest szwedzki, a napisy wyłącznie fińskie (na obiektach, na produktach w sklepach) są zakazane. W ciągu burzliwej historii wsypy przechodziły z rąk do rąk, by ostatecznie w 1921 decyzją Ligi Narodów, wbrew protestom mieszkańców, być w granicach Finlandii. Alandy, mimo tego że formalnie są częścią Republiki Finlandii, mają bardzo szeroką autonomię - swoją flagę, godło, parlament, rząd, podatki, znaczki pocztowe... Dość powiedzieć tylko, że w ramach Konwencji Alandzkiej, Alandy są po wsze czasy strefą zdemilitaryzowaną. W ich granicach nie ma prawa przebywać żadny obiekt wojskowy, nie mają prawa przelotu wojskowe samolotu, 3-milowy pas morza od brzegów jest zamknięty dla jakichkolwiek okrętów. Alandczycy nie znają służby wojskowej. W czasie II wojny światowej Finowie wbrew woli mieszkańców pobudowali umocnienia. Po wojnie wszystkie zostały zburzone. Niezbyt pokojowe są alandzkie żmije - jest ich tam co niemiara, miejscowi
zapuszczają się w "interior" w gumowcach, na wszelki wypadek :)

Finladnia jest w Schengen, obowiązują nas odprawy graniczne, zarówno wejściowe, jak i wyjściowe (jeżeli przybywany z kraju spoza Schengen, lub wybywamy do takiego) w ściśle określonych i zaznaczonych na mapach miejscach. Finowie do tych odpraw podchodzą z dużą powagą. W Estonii takoż odprawa obowiązkowa, wygodne nabrzeże odpraw wciąż w tym samym miejscu - w porcie jachtowym (kiedy u nas tak będzie?). W temacie odpraw - powrót busikiem przez Litwę wywołał we mnie czarne skojarzenia - sposób traktowania nas przez litewskich pograniczników woła o pomstę do nieba.

No i tyle. Znowu miało być krótkie i znowu się nie udało :)

Pozdrawiam,
Wuj Bart27

Dziękujemy za relację  - WK :-)