| 5 sierpnia 2004 o godz. 04:53:48 +0200, Bartlomiej Tajchman zamieścił na grupie relacje z rejsu będącego III etapem wyprawy dookoła Islandii. Oto ona. |
| Witam!
No, co prawda wróciliśmy ponad tydzień temu, ale dopiero teraz mam chwilkę żeby cos skubnąć na grupę... Cos się nikt z załogi nie kwapi, wiec ja czynie powinność :) Otóż, jak powszechnie wiadomo żeglowaliśmy w ramach III etapu wyprawy dookoła Islandii. II etap pod wodza Witka Rekina Wajdy pomyślnie opłynął Islandie od północy i dotarł do Keflavik, na miejsce przejęcia jachtu. Ponieważ marzyło nam się zobaczenie chociaż kawałka Islandii wybraliśmy się tam 4 dni wcześniej, pożyczając tam samochody oraz załatwiając noclegi. Zobaczyliśmy oczywiście tylko kawałeczek wyspy - część półwyspu Reykjanes, ale i tak było warto :) Sama jazda jest atrakcja sama w sobie - w zasadzie dróg asfaltowych na wyspie jest niewiele, przeważająca większość to szutrowki albo kamieniste drogi dostępne wyłącznie dla samochodów o napędzie 4x4. Typowa droga islandzka to pas szutru oznaczony (albo nie) tylko słupkami pośród pola lawy lub popiołu. Można pędzić jak mustangi :) A same widoki porażające surowym pięknem. Stożki wulkaniczne, ciągnąca się po horyzont lawa, uskoki tektoniczne, tereny aktywne geologicznie, gorące źródła, gejzery, tu i ówdzie dym i para spod ziemi... I dla przeciwwagi lodowce, szerokie rwące rzeki, jeziora... Wszystko ostre w swojej formie, nieużyte i w zasadzie bezludne. Ciężko zresztą opisać taka różnorodność i zmienność krajobrazów, po przesianiu około 125681 wykonanych zdjęć może cos wrzucimy na jakieś WWW :) Po atrakcjach lądowych - przejecie jachtu i odpływamy na południe, by dokończyć zaczęte przez poprzednia załogę dzieło okrążenia Islandii. Naszym celem jest znajdujący się na południe od Islandii archipelag Vestmannaeyar - ciągle aktywny wulkanicznie obszar. Wchodząc do portu Vestmannaeyarhofn ma się po lewej burcie pas popiołu wulkanicznego i żużla schodzący bezpośrednio do wody na podejściu. Większa cześć miasteczka została zresztą zalana w 1973 lawa przez wulkan, na który zresztą można wejść (czego dokonano) i do którego prowadzi tabliczka na najmłodsza gore Europy :) Po eksploracji wyspy podpływamy tak blisko jak tylko można do Surtsey - najmłodszej (rok ur. 1962-1968) wyspy w archipelagu i kierujemy się na Wyspy Owcze. Północny Atlantyk traktuje nas zbyt łaskawie - w zasadzie flauta, wiec spalamy poważna ilość ropy po drodze. W końcu dopływamy pod klify zachodniego brzegu Owczych, akurat podczas zachodu słońca. Widok jest porażająco piękny, wiec decydujemy się na przenocowanie (w zasadzie przeczekanie - bo nocy jako takiej tam nie było) w zatoczce, która nas po prostu zauroczyła, na kotwicy. Wczesnym rankiem do Ejde - portu na północy Wysp. Tam korzystamy z local knowledge i zaznajamiamy się z tamtejszym sposobem liczenia plywów oraz nabywamy droga wymiany barterowej atlas prądów pływowych. Nikt nie odnosi plywów do żadnego HW, najważniejsze są dwa momenty: EK i VK - czyli slacku, po którym woda zaczyna płynąc na wschód albo zachód. Nie korzysta się z normalnej w naszym mniemaniu tablicy plywów, tylko z drukowanych w gazetach momentów VK i EK dla poszczególnych miejsc na wyspach. Natomiast prądy pływowe nie odnoszą się do przysłowiowego HW Dover, tylko do Vestfalskyrrindi i Suduroyfirdi :). Czyli VK w miejscu w pobliżu wyspy Suduroy. To tak w skrócie :) A prądy są i to spore - w syzygii do dziesięciu-kilkunastu węzłów. Tak wiec korzystając ze świeżo zdobytych wiadomości odbywamy pasjonująca jazdę miedzy wyspami do Torshavn. Torshavn szczyci się, ze jest najmniejsza stolica państwa na świecie i taki tez klimat tam panuje :) Żeby nie zanudzić - później lecimy dalej - do Foroyar, tym razem na południu Owczych, na Suduroy, gdzie po nabyciu podstawowych brakujących produktów wypływamy i żeglujemy w kierunku Szetlandów. Lerwick, stolice Szetlandów, uzbrojeni w mapy (dziękuje, Jaromir!) zdobywamy od północy, przez Yell Sound. Jazda z prądem szybka, ale wymagająca uwagi, miasto również przypada nam do gustu. Tam tez, w Lerwick, zapada decyzja o próbie zdobycia Fair Isle - maleńkiej wysepki, w połowie drogi pomiędzy Szetlandami i Orkadami. Wejście na Fair Isle bardzo wczesnym porankiem było dość karkołomne, niemniej jednak skuteczne. Stojąc w najgłębszym miejscu w porcie mięliśmy podczas LW cos koło 50 cm pod stępka, a i port jakiś taki maleńki. Jednakowoż idealnie osłonięty. W każdym razie przeznaczyliśmy początkowo kilka godzin na zobaczenie wyspy tudziesz zakupienie przez kilkoro z nas ponoć najlepszych tutaj swetrów z wełny szetlandzkiej. Wysepka jest maleńka, żyje na niej tylko 80 mieszkańców, niemniej jednak wielce dumnych z our island :) No i tysiące ptaków. Ku naszemu zdziwieniu z wyspy nie dało się, ot tak, odpłynąć - okazało się, ze trafiliśmy przypadkowo na święto 50-lecie przyjęcia Fair Isle do National Trust of Scotland - napotkani mieszkańcy oświadczyli, ze będzie im bardzo milo, jeżeli święto uświetnimy swoja obecnością, poza tym wieczorem będą tańce :) Co tez po krótkiej naradzie uczyniliśmy :) Tańce były, a jakże, ale żadna tam dyskoteka, tylko tradycyjne set dances z muzykami (z aktywna sekcja polska :). Potem Orkady, czyli już jakby w domu - poganiani przez naszych przyjaciół z Orkadów wpływamy do poznanego już rok wcześniej portu. Cały pobyt baaardzo intensywny, byliśmy tylko przekazywani z rak do rak teraz macie być tu, teraz jesteście zaproszeni tu. W każdym razie po 3 dniach, gdy musieliśmy wypływać dalej, lokalna drużyna ze stacji RNLI z lifeboata ogłosiła silny tygodniowy sztorm dla polskich jachtów i zakaz wyjścia z portu :) Niemniej jednak czas gonił. Mięliśmy w planie odwiedzić St. Kilde - wysepkę znajdująca się 40 mil na zachód od Hebrydów. Po wypłynięciu za Cape Wrath i Butt od Lewis meteo ogłosiło, ze raczej nie w tym roku - kilkudniowe wiatry 7-9 z W-SW. Niby nic, jednak na St. Kildzie staje się na kotwicy, w zatoczce nieosłoniętej właśnie dla wiatrów z sektora SW. Wiec wracamy z powrotem na szkockie wody - na Minch. Cóż, do czegoś trzeba wracać i zawsze zostawić niedosyt :) A w Szkocji już zupełnie jak w domu :) Jazda w czasami silnym wietrze po osłoniętych wodach. Podpływamy pod Skye, odwiedzamy Loch Inver, Portree (wzrokowo) i Kyle of Lochalsh. Ostatnia noc na kotwicy pod zamkiem Eileann Donnan i wracamy z powrotem do Kyle of Lochalsh zdać jacht Jaśkowi Nedomie, który później przeszedł Pentland i teraz pewnie jest już gdzieś na Morzu Północnym w drodze do kraju. Ale to już zupełnie inna historia :) W sumie w ciągu 21 dni przebyliśmy
cos ponad 1200 mil znowu robiąc kroczek dalej w nieznane rejony. Natłok
nowych wrażeń oraz fakt, ze każda z wysp - Islandii, Wysp Owczych, Szetlandów,
Orkadów i Hebrydów jest tak rożna od reszty i posiada swoja własna unikalna
specyfikę powoduje ze by konkretnie opowiedzieć jak było potrzeba trochę
czasu, żeby się to wszystko jakoś w głowach poukładało :) Jacht porządny,
obyło się bez awarii, zresztą tego byliśmy prawie pewni - znamy Rzeszowiaka
już od jakiegoś czasu. Załoga takoż - wszakże ta sama (w 100%) co w zeszłym
roku. Czyli w sumie nudno i bez sensu, nic się nie działo :))))
No i tyle. Jak było nużące, przepraszam.
W Bliskiej, Aczkolwiek Nie Dającej Się Przewidzieć Przyszłości powstanie
porządny opis na WWW.
Bart27 |