Relacja z pływania Venuską po Zalewie
Wiślanym
Witam!
Po wielu wakacjach spędzonych z przyjaciółmi
na WJM, postanowiliśmy (za moją namową) spróbować czegoś innego. Wybór
padł na Jeziorak i Zalew Wiślany. I oczywiście system dróg wodnych je
łączący. Ostatnio pływaliśmy w czwórkę Venuską. Ponieważ jej parametry
nam odpowiadały (znaczy współczynnik cena/wygoda :-) -
wyczarterowaliśmy Venuskę od pokazującego się na grupie Radka
(RadekNet). Formalności dokonane pozostaje czekać na wakacje. Czekamy,
czekamy, czekamy ...
W międzyczasie uzgodniłem z Radkiem że Venuskę
weźmiemy w Iławie a Oddamy w Kątach Rybackich. To naprawdę dobre
rozwiązanie, że nie trzeba wracać, a dwa tygodnie można bezstresowo
żeglować cały czas gdzie indziej. Lubię na wakacjach nie wiedzieć jaki dzień tygodnia, jaka data i godzina.
_Nigdy_ nie planowałem jakiejś marszruty (na śródlądziu). Na WJM jachty
braliśmy i zdawaliśmy w tym samym porcie. Przy dwutygodniowym czarterze
pierwszego dnia obieramy kierunek i płyniemy. Jak nam się jakiś port
czy binduga podobają zostajemy dłużej, jak mamy ochotę płyniemy od rana
do wieczora. Po tygodniu dzwoni alarm - to znak że trzeba zmienić
kierunek (czy jak kto woli wektorowo: zwrot, bo kierunek ten sam pozostaje).
Czekanie przyniosło oczekiwany rezultat: dzień
W nadszedł ...
Nie jedziemy samochodem - z wielu powodów: po pierwsze nie mamy
samochodu :-). Pozostaje więc nasza "ukochana" PKP. Nie, nie koleje
lubię, ale PKP niekoniecznie. Ale cóż, po ponad ośmiogodzinnej podróży
(ja to cholera wszędzie mam daleko!) udaje się dojechać do Iławy.
Wcześniej dzwonił Radek: "czy możemy odebrać jacht o jeden dzień
szybciej?". Zamierzaliśmy spać jedną nockę w Iławie - więc jasne że
możemy. Wieczorkiem przejęcie jachtu - bez zbędnych formalności.
Rano szukamy w Iławie bankomatu - jakoś tak w pociągu nie fajnie mieć
wypchany portfel - znaleźliśmy dwa: pierwszy nieczynny, a drugi ... nieczynny.
Oglądamy
dokładnie Venuskę i rozpakowujemy się. s/y Nirvan ma nieźle
rozplanowane wnętrze. Po rozpakowaniu się zostają nam jeszcze trzy
wolne bakisty i sporo jaskółek. Podoba nam się też achterpik powstały w
przedłużonej, w stosunku do typowej, o ok. 0,5 metra rufie. Poza
achterpikiem mieszczącym swobodnie paliwo, narzędzia, kanistry, korzyść
jest taka że pawęż nie ciągnie wody. Niestety wyposażenie pokładowe
jest dość ubogie. Najbardziej dziwi mnie brak czegokolwiek związanego z
kładzeniem masztu. Nie mówię o "bramie", "wytyku" czy windzie - nie ma
nawet krzyżaka nie mówiąc o koszowej podpórce. Ale - damy radę, choć
wolałbym te urządzenia od sztywnego rolera foka. A propos jak nazywa
się linka którą wybierając powoduje się rolowanie żagla? U nas to była
"łososiowa linka" albo krócej "łososiowa" w wyrażeniach: "wybierz
łososiową!" czy "sklaruj łososiową". I myślą że tak już zostanie na
innych jachtach (niezależnie od koloru) :-))
Proporczyk SIZ wędruje pod saling.
No właśnie: pod prawy bo do mnie przemówiła ta argumentacja: <http://tiny.pl/qr1j> .
Ale spierał się nie będę, może trzeba jednak tak: <http://www.zeglarstwo.sail-ho.pl/symbole/symbole.htm>
Jeziorak.
On jeszcze przypomina trochę Mazury. Łódek
oczywiście mniej niż na głównym szlaku, ale z jakimiś bocznymi
zakątkami WJM można od biedy porównywać. Tylko te stosunki
międzyludzkie. Boże! Motorowadniacy machają! Ale windsurferzy - tak jak
na Mazurach nie chcą odmachiwać :-) Płyniemy do Siemian. Postój
10 zł. Prysznice - pobliskie pole namiotowe, gdzie również można
zacumować za 10 zł.
Następnego dnia - ucieczka z Jezioraka - spragnieni
jesteśmy pochylni. <http://www.siz.sail-ho.pl/drogiwodne.jpg>
Nocleg w Miłomłynie "na rozstaju dróg". Rozmawiamy ze śluzowym,
oglądamy śluzę do Ostródy. <http://tiny.pl/qrjt>Wszystko
ręcznie napędzane. Pięknie przystrzyżony trawniczek. Nawet Toi-tojki są. Rano wyprawa do
miasta - zakupy. W mieście dorwała nas gwałtowna ulewa. Pół dnia
spędziliśmy w barze - cóż nie należy kopać się z "barową pogodą".
:-) Po deszczu płyniemy kanałami i jeziorami do pierwszej
pochylni. To niezapomniane przeżycie. Świecące po ulewie słońce i padające z drzew
zwieszających nad kanałem swe gałęzie krople wody. Parujące poszycie -
czujemy się jak w amazońskiej dżungli. Przyroda. Dzikość. Bardzo późnym
popołudniem docieramy do Buczyńca. Oglądamy urządzenia pochylni,
grilujemy. O piątej rano budzą nas dziwne dźwięki. Z lasu wylazło
stadko jakichś dziwnych, czarnych, spasionych ptaków podobnych z
postury do kur. Idą nabrzeżem w kierunku jachtu i gulgają. Ka choroba?
Ameryka południowa? Aparat - szybko pstryk - żeby nie spłoszyć. Idziemy
spać.
Rano zwiedzamy Toi-toiki i muzeum kanału oraz
maszynownię. Na podwórku za straganami spotykamy nasze "dzikie" ptaki.
To perliczki hodowane przez kogoś :-))) Patrzymy jak
...<dygresja> no właśnie: jak płynie się przez śluzę to mówimy
"śluzować się", a przez pochylnię to nawet trudno powiedzieć "płynąć".
Znowu: "jechać"? jachtem? - głupio jakoś. "Iść"? Pada propozycja
"pochylać się" - przyjęta przez aklamację :-) </dygresja> inni się pochylają. I tu znowu obyczaje
dla obeznanych z Guzianką mogą być szokujące: Przed pochylnią nocowało
kilka jachtów:
- Wy byliście pierwsi - płyńcie,
- jesteście w cztery jachty, idźcie pierwsi,
- my jeszcze do muzeum,
- no dobrze to teraz Wy, itd.
Normalnie Panie pełny
Belweder.
W końcu wchodzimy na
wózek wraz z Niemcami w
canoe-kajaku. Trochę denerwują widzowie z brzegu (autokar dowiózł
właśnie
niemieckich emerytów na statek) i kilkadziesiąt wycelowanych w nas
aparatów
fotograficznych. Przydałaby się tablica „zakaz fotografowania” :-)
Stoimy
zacumowani. Dajemy uroczysty sygnał gongiem. „Drużnik pociąga za linkę
-
sygnalizując maszyniście że można ruszać. Ruszamy. Znaczy rusza wózek a
jacht
po chwili. Podciągam jacht do przodu i układam tak, aby oparł się z
leciutkim
przechyłem na ściankę wózka. (Technika utrzymywania jachtu ok. 10 cm od
burty
wózka okazała się najlepsza - w momencie gdy kil spoczywa na belkach
stanowiących dno wózka burta jachtu sama znajduje oparcie na belkach
burty
wózka, i cumy są w zasadzie niepotrzebne.)
Porażająca w
pochylni jest prostota i niezawodność
zastosowanych rozwiązań. <http://tiny.pl/qrj7> Budka dróżnika
postawiona jest na „przegibku” pochylni tak że może on obserwować oba
wózki.
Łączność z maszynownią zapewnia stalowy drut podparty na kilku słupach,
którego
pociągnięcie uruchamia sygnalizację w maszynowni. No i napęd - energia
spadającej wody. Żadnych silników
spalinowych czy elektrycznych. To trzeba zobaczyć, a najlepiej
osobiście
się „pochylić” :-)
Kanał i następna
pochylnia. Bierzemy rodzinkę
Niemców z canoe na hol. Po drodze zaprzyjaźniamy się trzaskamy parę
fotek tej
miłej rodzince (mąż + żona + córka ~8-10lat) wymieniamy się mailami.
Pochylni
jest pięć, technika pokonywania taka sama. Pierwsza i ostatnia
(Buczyniec i
Całuny) mają wózki z wyższymi burtami. Między Jeleniami i Całunami jest
cywilizowana binduga, jednak nie zatrzymujemy się tam. Płyniemy przez
Drużno
(rezerwat) do Elbląga. Drużno to też niezapomniane przeżycie. Dość
spore
jezioro praktycznie całkowicie zarośnięte roślinami i pływającymi
wyspami, praktycznie
dywan z roślin. Raj dla ptaków i ornitologów. Jedynie oznakowany kanał
żeglowny
nie jest zarośnięty. (chyba że jakąś wysepkę zdryfuje na jego środek)
Kilkakrotnie wyłączam silnik. Cisza. Absolutna Porażająca Cisza. Nie,
nie taka
bezdźwiękowa: słychać głosy przyrody: ptaki, chlupanie. Ale dla
uszu mieszkańca miasta
jest to Absolutna Cisza ...
Elbląg.
Prawdziwy morski
port. Kanał portowy robi wrażenie.
Płynąc widać pięknie „stare” kamieniczki. Hmm ... budujące jest że miasto nie jest plecami do wody i możemy
oglądać nie tylko śmietniki i zaplecza magazynów :-) oby takich więcej.
Przystań kajakowa pusta nie ma nikogo, płyniemy do harcerzy. Cumujemy, ale stan pryszniców owocuje
decyzją płyniemy dalej do „Wodnika”. To
cichy porcik, ale sanitariaty są OK. Sprzedają też piwo. Niestety nie
ma żadnego
baru czy restauracji. Wycieczka na piechotę do miasta zwiedzanie
połączone z
poszukiwaniem ... mięsa. Naprawdę ze dwie godziny szukaliśmy sklepu
mięsnego,
który sprzedawałby mięso a nie tylko wędliny.
Sprzedawczynie odsyłają nas od jednego do
drugiego
sklepu lub informują: „nie prowadzimy”. Dopiero jedna,
przyciśnięta
pytaniem: „A gdzie Pani kupuje mięso” zeznała prawdę. :-)
Wypływamy tak że do mostu pontonowego docieramy o
1755. A, zgodnie z rozpiską most otwarty jest dla żeglugi między innymi
1700-1800. Dopływamy. Zamknięty.
Cholera, o co chodzi? A nie „otwarty” a „otwierany”! Szast-prast może 2
minuty
minęły i dwóch facetów otwarło dla nas przeprawę. Kolejne dwie- trzy
minuty -
ruch kołowy przywrócony. Zapytali tylko o nazwę jachtu (nie ma jej
namalowanej
na burcie). Pewnie ich jakoś z paliwa rozliczaja bo most otwierany jest
silnikiem spalinowym.
Nadbrzeże
.
Wieczorem wchodzimy do Nadbrzeża. Pomost
wprawdzie
zniszczony ale wojskowy (bez munduru) wita nas miło. Pokazujemy fotki z
Kulińskiego. Mała sensacja oglądają wszyscy: Komendant, jego kumple,
obsługa
baru: „To nasze Nadbrzeże!”, „Ale zarosło!”, „O, a baru nie było!”.
Komendant -
Krzysiek to ciekawy człowiek. Pytamy o opłatę: „Nie wiem czy wogóle od
Was
brać.” Pytamy o grila: „Nie ma problemu” i wydaje rozkaz swemu jedynemu
żołnierzowi
(drugiego puścił na urlop) aby grila rozpalił. Pytamy o możliwość
noclegu
(umówiliśmy się z dziadkami mego syna, że wioząc go na obóz nas
odwiedzą): „Najwyżej
dam im swój pokój”, Pytamy o możliwość nabycia ryby - wyciąga komórkę i
dzwoni
do rybaków. Rano daje nam świeżo wędzoną rybką i ... nie wie ile ona
kosztuje.
Kanał od 1999 zarósł bardziej (Kuliński).
Obecnie
linia trzcin sięga do drewnianego, mocno sfatygowanego sztormem
pomostu.
Piaski
vel Nowa Karczma
Port - jak w Kulińskim. Spotykamy tu
czterovenuskowy
obóz poznany na Buczyńcu. Trochę mało miejsca - stajemy nie przy
pomoście ale
do kei u jego nasady. Pytam rybaka czy można: „nie ma sprawy”.
Wieczorem rybka
w restauracyjce. Rano scenka rodzajowa: „Oczekiwanie syna na powrót
taty - rybaka”
Synek ~8-10lat czekał na kei z mamą. Tata przywiózł jedną
skrzynkę ryb.
Czy to się opłaca?
Po śniadaniu idziemy na plażę na „drugą stronę” i
spacerek do granicy (zawszeć to jakiś cel i atrakcja). Ludzi mało, pod
samą
granicą pojedyńcze golasy. Sami też się kąpiemy w Bałtyku mimo braku
kąpielówek
:-) Wracamy częściowo plażą a częściowo drogą, przez zabudowania
Piasków. To już
nie jest wieś rybacka to kurort morski! Na razie zabudowa trochę
jarmarczna ale
chyba mieszkańcy doszli do wniosku, że z turystyki można żyć, a ze
skrzynki ryb
- nie bardzo.
Tolkmicko
Wchodzimy tu tylko na chwilę po paliwo.
Frombork
to dziura! Poza Wzgórzem Katedralnym i
gniazdem smażalni tam nic nie ma. Pytanie
miejscowego o „centrum” i bankomat wywołało niepomierne zdziwienie! Jednak seans w planetarium (też w katedrze)
jest wart zobaczenia. Opłatę portową wnosi się ... na stacji PKP. No
inna rzecz
że do stacji z portu jest jakieś 200 m. Na stacji toalety. W porcie
stoją także
czyste Toj-tojki (3szt), i Toj-tojka-prysznic. Wprawdzie nas trochę
postraszyli
że kogoś pokopało ale w obliczu alternatywy „śmierdzieć - zaryzykować
pokopanie”
wybraliśmy to drugie :-) Ofiar nie było. Opłata portowa za Venus zł
4,10 (może
4,20zł). Wracamy z wycieczki (PKS) do Braniewa a tu przy jachcie kręci
się
dwóch takich i patrzą na SIZ-banderkę. Jeden w koszulce
przyjemniaczków, drugi
z SIZ-banderką. Cypis, Szczepan i Ania przypłynęli Hasipową Pianką
odprawić się
do Rosji. Trochę skołowani przygotowaniami:
Cypis banderki kurtuazyjne zdobywa/szyje/maluje,
pakują się. Zdzwoniłem się z Panta_rei’em - przyjechał na rowerze nas
odwiedzić
(nano SIZ). Córka się trochę wynudziła. Umówiliśmy się na następny
dzień.
Wieczorkiem pośpiewaliśmy trochę z piankową załogą. Ambitnie chcieli
odprawę na
jak najwcześniej - trochę ich bosman (UM) wyprostował, a i miejscowi
twierdzili
że przed 1000 nie wyjdą. O 0800 stali już przy kei WOPików. Miejscowi
się pomylili
- wyszli ~0955 :-)
My wyszliśmy trochę później kierując się w
stronę
Pasłęki. Po drodze jeszcze Piankę obfotografowaliśmy, okrążając ich.
Pasłęka
Sławek dał nam dość precyzyjne wskazówki
dotyczące
wejścia w Pasłękę (rzekę). Trafiliśmy bez pudła ale
u samego ujścia widzimy sieci. Dziwne jakieś: zielone i
czerwone chorągiewki mają? Ale Kolor chorągiewek to na zalewie kwestia
przypadku: co tam rybakowi pod rękę wpadnie to za chorągiewkę robi
(bywają np.
białe w czerwone grochy). Z bliska dopiero okazało się że to jednak tor
wyznaczony. Gdybyśmy wcześniej dysponowali tym <http://grota.mine.nu/sztrandek/pas.jpg>
byłoby łatwiej, ale weszliśmy „wedle trzech buczków” (znaczy: żółtej
kreski)
:-) Raz przytarliśmy mieczem (specjalnie opuszczonym), na wejściu,
gdzieś
miedzy dwoma czerwonymi ze sławkowego rysunku. Zatrzymaliśmy się w
„Domu Rybaka”
na obiad. Pomościki małe, ale bezpieczne. W budynku sanitariaty,
restauracja,
hotel. Zimne piwo. Dobre flaczki. Po drugiej stronie plaża. Przyjemnie.
Pożyczamy dwie deski i konstruujemy krzyżak, kładziemy maszt i ...
hajda na
Braniewo!
Braniewo
Pasłęka jest w 100% żeglowna. Szliśmy całą
drogę z
opuszczonym mieczem (ponad metr). Woda czysta. Nurt niezbyt wartki. Po
godzinie
- półtorej widzimy obiecany po prawej kościółek. Wędkarze i kąpiący się
robią
na nasz widok wielkie oczy - chyba poza kajakiem nie widzieli tu innych
jednostek. Po kilku minutach
przepływamy pod mostkiem z dachem i stajemy przy eleganckiej betonowej
kei w
centrum Braniewa. Po chwili pojawia się Sławek z szampanem: Braniewo
zdobyte!!!<Apel do J. Kulińskiego> Proszę wśród portów zalewu w następnym
wydaniu
ująć również Braniewo! I wykreślić z rozdziału „Naturalne miejsca
schronienia”
krytykę ujścia Pasłęki.
</Apel> Zostawiamy jacht przycumowany (o zgrozo!) do
drzew i
jedziemy do „stodółki” oglądać sławkowego Sztrandka. Piękna robota. Nie
spodziewałem się takiej staranności wykonania! Ta precyzja jest
porażająca! Wracamy na jacht, okrętujemy
Sławka, bierzemy
na pokład jego rower i wędki i hajda na wyspę. Stajemy na pięknej
plażyczce.
Sławek mówi idziemy, to idziemy. Nasz przewodnik zaczyna grzebać w
jakichś
śmieciach na brzegu, o co chodzi? Po chwili pokazuje nam podniesiony
bursztyn.
Nie jakiś tam mikroskopijny okruszek ale kawałek tak z 1,5x1 cm.
(później każdy
z nas znajdzie własnoręcznie przynajmniej jeden kawałek). Zbieramy
drzewo na ognisko.
Sławek zarzuca wędki, oddając jedną „w czarter” Jackowi. No i właśnie
Jacek
wyciąga węgorza! Pieczemy go na ognisku. Jest pyszny! Jacek stwierdził:
„Tak
świeżej ryby to jeszcze nie jadłem!”. Moja załoga idzie spać a my
gadamy ze
Sławkiem do świtu. Przeżycia niezapomniane! Dzięki Sławku!
Suchacz
Na prawym brzegu wyrasta coś, co ma szansę
wyrosnąć
na marinę. Trochę straszą pływające pomosty wykonane z tego co było pod
ręką,
ale jest do czego zacumować (stoi tu 30 jachtów. Na ładnie
utrzymanym brzegu świetlica-hangar, jest
toj-tojka. Nie ma niestety prysznica. Z rozmowy z właścicielem
wynika,
że jest też zawiść rybaków. Mówił nam że na zorganizowane przez niego
półkolonie dla miejscowej dzieciarnie (dofinansowane z czegoś-tam,
więc opłata za turnus wynosiła 5zł) przyszła dwójka dzieci! Podczas
naszej
obecności była też kontrola z UM: pomosty nie mają atestu PRS :-(
Kąty
Rybackie
W „Barkasie” nie ma dwóch
pomostów jak u Kulińskiego
- jest jeden. Są prysznice! Troszkę dużo tu rodzajów dziłalności:
żaglówki,
port, rowery wodne, optymisty. Ale porcik dzięki temu żyje. Pakujemy
się,
koniec rejsu. :-(
link
poglądowe:
<http://www.kulinski.sail-ho.pl/images/artykuly/20040829kuli/1.jpg>
--
pozdrawiam - Wojtek Bartoszyński
|