Zobaczyć morze 

14 Jan 2007 00:07:36 +0100, w wątku "Wróciłem! Habemus oficeram (p.r.z-towskich)" -Janusz Zbierajewski" napisał:
> ...
> Następny rejs: Palma de Majorka, Gibraltar, Kadyks.
> Łoficyjer Cypis. Pierwszego dnia, w Palmie, nieustraszony armator żaglowca
> "Dino" chodził po pokładzie, rozglądając się wokół, a oczy miał rozmiarów gdzieś
> tak między spodkiem do kawy a talerzykiem do tortów.

14 Jan 2007 17:01:51 +0100, Marcin Kantorek Cypis odpowiedział :

A to powszechnie wiadomo, że mam oczy ładne i duże, niemniej jak  spojrzałem w któreś z pogoriowych luster, sam się zdziwiłem... ;)

    Rejs krótki, wszystkiego 6 dni, a wrażeń dostarczył więcej niż niejeden  sześciotygodniowy. Dawno już nie było tak, bym przed rejsem się przygotowywał jakoś specjalnie. Tym razem - spotkania z niewidomymi,  żeby poznać ich i ich świat i co tu kryć - choć trochę oswoić się. Nauka  z ponad stu stronicowej "instrukcji" i ponowna lektura "Pogorią na  koniec świata", "Szkoły pod żaglami" czy "Byłem Kaczorem", czytanych w  latach szczenięcych jeszcze. Rozmowy z tymi, co na Pogorii już byli.  Znów wertowanie rzeczonej "instrukcji" już na pokładzie - i wciąż  świadomość, że to mało, że to tylko teoria. I tak w ogóle, to nikogo  poza Januszem nie znam. A przecież mam prowadzić wachtę - 10 osób na 40 metrowej barkentynie, a moje dotychczasowe doświadczenie to, hłehłe,  zawiadowanie samym sobą i raz jeden załogantem sztuk jeden na 9 metrowej Wenedzie.

     Np. zwykłe wydawało by się uchylenie przed kutrami, tyle razy wykonywane odruchowo przez mocniejsze pociągnięcie rumpla. A tu nagła panika gdzieś w żołądku. Zaraz zaraz, to mam ot tak powiedzieć sternikowi "poproszę prawo 30, na 270" i ten wielki statek wtedy skręci? I poza przypilnowaniem, co wyszło, sam mam nic nie robić? I w dodatku - tak ma być właśnie? Zdziwień tej klasy był dużo więcej, oj. Co prawda obowiązujący na pokładzie Regulamin Zbierajewskiego jest trzypunktowy tylko (1. Ma być bezpiecznie; 2. Ma być miło; 3. Koniec regulaminu), niemniej jak się zastanowić, realizacja pkt 2. wcale banalna nie jest. No ale cóż - sam chciałem, a hasłem rejsu jest wszak "Nie widzę przeszkód".

     To się zgadzało zupełnie dokładnie. Nie widzieli przeszkód. Oglądali absolutnie wszystko - dotykiem i robili wszystko, jak każda załoga. No ok - sztaksle, grot, bezan - pokazać prosto: tu wybieramy, tu luzujemy, tak się żagiel rozwija. Ale jak pokazać reje i żagle na nich? Mieliśmy na pokładzie model jednej rei, z takielunkiem uproszczonym do gejtaw i gordingów, żeby pokazać zasadę działania i dlaczego trzeba wchodzić na górę. Jak się rychło okazało, model nie był konieczny. Któregoś ranka rozpoczęło się Wielkie Oglądanie Fokmasztu, przy czym im kto mniej widział, tym wyżej właził. Czasem po kilka razy. I oglądał własnoręcznie dziesiątki lin, bloków, bloczków, przelotek, jaksztagów, sejzingów... Z mojej wachty najsprawniej chodził niejaki kol. Lewar - słabo widzący, za to bez przedramienia.

     Z noku bombramrei "podziwiamy" zachód Słońca i pokład Pogorii daleko w dole. OK, Słońce zaszło, ale siedzimy dalej, bo ładnie jest...
- Może byśmy jednak zeszli, tu po zachodzie bardzo szybko się ciemno robi - mówię w końcu.
- No to co?
- E, a pomyślałeś o mnie? :)

     Za to jak Piotr stawał za sterem to nieodmiennie rodziły sie podejrzenia awarii żyro. Przecież zwykle mała tarcza (a 10deg) robiła niekiedy i cały obrót. A tu ledwo że dygnie od czasu do czasu.

     Inna scenka. Po brasowaniu, niewidomi klarują, każdy swój bras. Na koniec sami sprawdzają, jak to wyszło.
- Gniady, a bram to twój był?
- Tak, a co?
- No to zobacz, jak ta buchta wygląda! Weź popraw. O, ta od górnego jest dobra.

Taka to była załoga. Jak to Janusz mówi - samoprzylepna.

     W tak zwanym międzyczasie na pokładzie działała sekcja astronawigacyjna. Na mapie pozostawili jakieś linie w sposób co najmniej podejrzany przecinające pozycje z GPS-a. Powstały też zalążki fakultetu mechanicznego. W pewnej chwili na pokładzie pokazał się obszerny kombinezon, jak sie okazało po niejakich poszukiwaniach, we wnętrzu swoim zawierający filigranową Anię.
- ???
- No co. Wyczyściłam w siłowni wszystkie wycieki różnych dziwnych
substancji. Ładnie poprosiłam i czif się zgodził!

     Faktycznie, naszym main-sail był niemal cały czas ten skrojony w żaglowni Volvo. Wiatru po prostu nie było, nic a nic zupełnie, morze jak lustro. Podobno kol. Grzywa tak zagustował w silnym wietrze, że zabrał wszystko dla siebie. A jeśli cokolwiek zostawił, to dokładnie w mordę, złośliwiec jeden. Czasu mieliśmy, nie to, że na styk, ale o dzień mniej, niż się początkowo wszystkim wydawało. Jakaś zbiorowa dyskalendaria, czy co? Nawet jedyny, kilkugodzinny postój w Gibraltarze stał na ostrzu osiągalnych obrotów maszyny. Żagle tak na serio postawiliśmy tylko raz, i to o trzeciej w nocy, już tuż przed Kadyksem...

     I tak było fajnie. Bardzo. Piękny statek i piękna przygoda. Mam nadzieję, że dopiero zaczęta. Po zaledwie kilku dniach na pokładzie co
najwyżej mogę powiedzieć, że wiem, czego nie wiem. Chciałbym jeszcze na Pogorię wrócić. No i jeszcze jedno: IMO Janusz zrobił coś znacznie więcej, niż "Zobaczyć morze" kolejny raz. Przynajmniej mnie pokazał, że rejs z niewidomymi to coś normalnego, zwykłego, po prostu. Oby więcej było takich kapitanów! Ludność już w autokarze zaczęła planować kolejne rejsy...

     I za to przede wszystkim Zbierajowi dziękuję! Oczywiście podziękowania należą się wszystkim, całej załodze. I jeszcze jednemu Januszowi - kpt. Arszyłowiczowi. Jak się okazało, troje oficerów - Dominik, Zuza (zresztą organizator naszego etapu) i niżej podpisany - to Jego dawani wychowankowie z Polonii. Kiedyś "Arszył" pokazał morze nam. Teraz my mogliśmy pokazać morze komuś. I mieliśmy z tego wielką satysfakcję.

 Marcin 'Cypis' Kantorek