| 10 czerwca 2004 o godz. 19:01:14 +0200, Kuba
Tabędzki zamieścił na grupie relacje ze swojego "kapitańsko-stażowego"
rejsu będącego ostatnią "przeszkodą" przed egzaminem na morsa.
Po długim czasie oczekiwania
w końcu w zeszłym tygodniu udało mi się zrealizować mój pierwszy zupełnie
samodzielny rejs. Troszkę mi się naskrobało, lecz jako że nie dla
wszystkich jest to tak ważne wydarzenie jak dla mnie, ostrzegam że długaśne
i informuję że letko nudnawe.. ;)
Do organizacji zabierałem się z "pewną taką dozą nieśmiałości",
bo jak już pisałem, mimo że już jako kapitan płynąłem, to jednak w tamtym
czasie była na pokładzie osoba bardziej doświadczona i zawsze było kogo
prosić o pomoc. A tu człowiek zdany sam na siebie..
Na etapie przygotowań okazało się też, że warto załatwić
sobie wsparcie zewnętrzne. I tu czas na uchylanie głowy przed:
No ale dość już o przedrejsowych zmaganiach. Pora do konkretów. W piątek 28.05.2004 stawiłem się w marinie w Szczecinie
wraz z dwoma załogantkami celem przygotowania jachtu do wypłynięcia, bo
przecież w piątek nie można, chwilkę po północy.
Pływanie po Zalewie jest pełne nie spodziewanek w postaci
tyczkowisk, które na szczęście w dzień są widoczne. Dobrze że nie płynąłem
tędy w nocy.. Na końcu zalewu dziwna konstrukcja a za nią kable. i kawałek
dalej most zwodzony, którego godziny otwarcia na szczęście opisane są na
mapie a ja naszczęście przypływam 20 min przed ostatnim otwarciem (nauka
- jak się potem dowiedziałem gadanie z tym mostem przez radio mimo podanego
na mapie kanału jest niemożliwa, bo radio ma tylko drugi most w Wolgascie).
Przed samym wyjściem z Zalewu dogania nas jeszcze motorówka z napisem Zoll
i pyta. Ile jest osób i ile mamy papierosów. A my na to "4 osoby i ani
jednego papierosa (bo nikt nie palił". A oni na to "no to dziękujemy" i
popłynęli.. ;)
Niedzila rano pobudka o 7:30 (most otwierany jest o
7:50 wg rozpiski a unosi się o 7:40 żeby o 7:50 być już zamkniętym - nauka
- zawsze kręcić się koło mostu 20 minut wcześniej ;). Coś nam nie idzie
to pływanie jak niemiecy emeryci bo pływamy od świtu do zmierzchu, ale
i tak nocujemy w portach. Godzinny przeskok do Peenemunde gdzie sobie obejrzelismy
muzeum i jakiegos ruskiego U-boota. Po przypłynięciu, tak ze dwie minuty
później przyjeżdża pod keje radiowóz i wysiada dwóch Policjantów. To ja
do nich z paszportami. A oni do mnie "czy jest jakiś problem?" Jako że
nie miałem problemu to mówię, że nie. A oni na to "to co ich zaczepiam".
Nie to nie.. Żeby nie było że nie chciałem... ;)
Uświadomiłem wszystkich, że zaraz będzie tor a obok będzie płytko i tak sobie płyniemy. Pierwszy nabieżnik, drugi nabieżnik. No i już ostatni zakręt przed wyjściem na morze, a tu nagle z naprzeciwka coś dużego płynie i buczy że mam sie odsunąć. No to zalogantowi mówię że lekko z toru w prawo i idę na mapę zobaczyć jak źle jest. Jako że już byłem za ostatnią bramką, to byłem i za boją zmiany kursu. (Nauka - jak jest nabieżnik to bardziej niż bardzo uważać na ostatnią bramkę gdzie się kurs zmienia...). Włażę na górę żeby powiedzieć, że natychmiast na lewo do toru bo on się w lewo oddala, ale już nie zdążyłem powiedzieć. Grrrhrr i siedzę.. Niewesoło. Po godzinie walki silnikiem, żaglami, przechyłach, pomysłach włażenia do wody i takich tam, stwierdzam, że zostawiamy światełko i załoganta, reszta spać i czekamy... kilka metrów od toru... ;) 54st. 25,674N 013st.03.030E Po 20 minutach ok 2:30 nad ranem coś koło nas przepływa
i coś tam gada przez radio do kogoś tam. W sumie to mogłem sam gadać, ale
jakoś tak się zdałem na łaskę i niełaskę losu. Co ja będę po nocach o pomoc
wołał, jeszcze płacić każą.. ;)
Poniedzialek rano. Budzę się o 7:30. Wieje piątka ze wschodu.
Jacht ładnie idzie, tylko załoga mi nieco zmalała, bo Anka leży w koi i
nie wie jak się nazywa. Tomek ostro pracuje na pokładzie, Ola śpi. Sprawdzam
pozycję i idę dalej spać, bo jak będzie gorzej i się reszta zalogi wyłączy
to muszę mieć choć trochę sił.. Wstaję o 9:25. Widzę grocha siedzacego
w kingstonie. Gdzie są kurde drzwi skoro ja go z dziobu widzę.. No i coś
mi chlupoce lekko. Ubieram się, wypełzam z dzioby a tam Ola po pas mokra,
stoi po kostki w wodzie z wiadrem. Pytam "Dzieci, dlaczego mnie nie obudziliście"
a na to słyszę
Klintholm to piękny mały porcik. Jest sauna, jest basen, jest prysznic za darmo.. Tylko opłata za dobę postoju mnie powaliła bo wynosi 2 EUR za metr długości jachtu. No i jest różnica w stosunku do niemiec. Jak zresztą w całej Skandynawii nie trzeba pytać się nikogo czy mówi po angielsku tylko wystarczy wejść do Hafenkantora i zacząć po angielsku się komunikować.. :D Pani widząc szpeje wylatujące z jachtu na keję (piękne słońce i silny wiatr, którego na szczęście w marinie w ogóle nie było czuć) dała mi pompę elektryczną, którą potem przez kilka godzin pracowicie wybieraliśmy wodę z jachtu. Ogólnie z Kopenhagi to nici. Mieliśmy być wieczorem w poniedziałek, ale teraz to juz na pewno się nie uda z Tomkiem Chodnikiem spotkać.. Oczywiście telefon do armatora z informacją co się stało. Obiecał jakąś rekompensatę za stracone dni i stracone zielsko i inne artykuły ktore w duńskich sklepach warzywnych są drooogie!! :D Obiecał też że zabije osobę która koję poprawiała, bo to podobno juz nie pierwszy raz się podtopiło tamtędy.. :D Załoga wysauniona i wykąpana zjadła kolację. O 20 wszsycy zwalili się na koje i spali jedyne 13 godzin. (Nauka - kapitan powinien zawsze mówić o której go obudzić, bo inaczej może się zdarzyć że nikt nie nastawi budzika ;) Wtorek od rana dosuszamy się, żegnamy sie z anglikami którzy dzień wcześniej widząc nasz stan odrazu po przypłynięciu zrobili nam kawę i popołudniem ruszamy w stronę Szwecji. Kurs - Trelleborg (ach te Szwedzkie nazwy). Znów nam nie wychodzi pływanie "niemieckoemeryckie" bo dopływamy pod Trelleborg tak w okolicach 0300, ale przynajmniej spaliśmy 12h. Oczywiście żeby nie było za prosto na pławie wejściowej wyprzedza nas jakiś wielki prom (Nauka - jeśli na mapie jest napisane "Fast Ferries" to należy się spodziewać potu na czole) wyglądający jak niegdysiejszy Boomerang. W główkach mijamy się z dwoma wielkimi promami jadącymi jeden za drugim o kilka metrów (bo te główki naprawde za szerokie nie są). No i oczywiście okazalo się, że w porcie mariny jachtowej nie ma. Przybijam "gdziebądź" i znajduję jakiegoś pracowitego Szweda o 3:30 nad ranem (a w zasadzie rano, bo już jasno jest), który łączy mnie z kapitanatem gdzie miły Swen mówi mi że sobie mogę stać do rana tam gdzie kutry jachtowe. Szybkie przestawienie się na drugi koniec portu i do spania. (Nauka dla kapitana - jak na niemieckiej mapie Serie jest narysowana kotwica, ale nie ma napisane np. Hvn 2,5m to znaczy że portu jachtowego tam ni ma). Sroda. O dziewiątej rano (znów nie udaje się być niemieckim
emerytem i spać 8h) przestawiamy się kilka mil na wschód do Gustovs Lage,
bo wyszło że mamy jeden dzień zapasu do powrotu, a do Kopenhai żeby choć
na piwo to trzeba dwa dni liczyć. Piękna marina. Kameralna, ale dużo jachcików.
Są prysznice z ciepłą wodą (z termy chyba bo się kończy). Nie ma Hafenmajstra
i nie ma komu zapłacić. Dwa dni szukałem. Słowo! Jako że jest jeden dzień
zapasu, a plan obejmował Kopenhagę i Helsinborg załoga postanawia glosami
4:0 (Wojtek wstrzymał się) wypożyczyć samochód. Mily pracownik komunalny
naprawiający właśnie murek w Marinie zaoferowal podwiezienie mnie spowrotem
do Trelleborga. Zawiózł mnie wprost pod stację Statoil mieszczącą się na
Północno-Zachodnim krańcu miasta w której znajdowała się wypożyczalnia
Europcar. Tak że o 12:30 byłem pod jachtem nowym VW Polo. W związku z ograniczeniem
czasowym postanowiliśmy pojechać do Lund, Landskrony i do Helsingborga,
który jak sie dowiedzieliśmy mając 110 tys mieszkańców jest w 10 największych
miast Szwedzkich. I to niedawno był w okolicach piątego miejsca. Ładne
miasto, ładna marina z nowym deptakiem zaraz obok. Obiad w knajpie (no
nareszcie jesteśmy jak niemieccy emeryci!!) no i wracamy. Szybko do
Czwartek od rana czyli o 11 pojechaliśmy oddać samochód. okazało się że przejeżdżając 242 kilometry spaliliśmy 11.4 litra paliwa.. Oszczędnie, nie powiem, ale chyba tylko przez ograniczenia prędkości.. Cały samochód kosztował nas 800 SEK czyli coś koło 400 PLN razem z paliwem. Potem powrót stopem do Gustovs Lage. Ostatni prysznic, ostatni obiad... no i się 15 zrobiła.. Po ostatniej próbie znalezienia kogoś chętnego na pobranie opłaty wypływamy w stronę Sassnitz. Trochę flauci ok północy więc żeby nie tracić czasu płyniemy na silniku. O świętej już 0300 (jakoś tak zawsze mijam o niej główki) wchodzimy do Sassnitz i parkujemy tyłemdoprzodu czyli odwrotnie niż cała reszta. Jakoś tak wyszło, ale idziemy spać bo nam się już po prostu nie cche przestawiać. Piątek. Rejs zbliża się ku końcowi. O 9 rano budzi mnie pan co to chce 10 EUR za postój a następnie 5 min później znów mnie budzi inny pan co to jest Celnikiem. Przez cały rejs poza dwoma niezainteresowanymi stróżami porządku nikt nic nie chciał.. Ale no cóż. Sassnitz. Jestem w Sassnitz..!! Po szybkim prysznicu co to kiedyś był za dwie marki a teraz jest za sic!! dwa euro (Nauka dla męskiej części załogi - prysznic ostatni pod oknem nie wyłącza się po 5 minutach. Razem pryskał 40 minut, ale już nam się dłużej stać nie chciało). Kierujemy kroki do sklepu żeglarskiego. Po angielsku nie mówią, ale na "prajsliste" machają glową twierdząco. Zamówiliśmy co chcieliśmy i na klify na spacer. Po powrocie dostawa ale jakos tak więcej kasy chcą. No i tu hint dla kupujących. Jak się im powie że sie płynie poza Unię (Norwegia, Rosja, nie wiem czy dadzą się nabrać na Szwajcarię) to nie doliczają 16% Vaty. Ale i tak się opłaca. Nawet jak doliczą. A jako że zabraklo nam 8 EUR na jachcie bo nas Melwersztoje zaskoczył to mnie pan zawiózł do Bańkomatu. Mily Pan.. :D Popołudniem czas wychodzić. Gdy my zapalamy silnik przypływa dwóch braci, Polaków pod banderą Bahama. Jacht konstrukcji "Teligi". Podobno tylko 5 takich zbudowano. Ładny. Pogaworzyliśmy 10 minut i nas nie ma. Zanosi się na to, że Świniowo dopiero ok mojej ulubionej godziny będzie.. Płyniemy koło "wyspy księcia Monte Christo" jak ochrzciła moja załoga GrejswalderOje ;). No i rzeczywiście. Główki portu o 0305. Po prostu niemieckoemeryckei pływanie sprawdziło nam się od rana, ale nocami to nie bardzo .. ;) Pan granicznik widząc mnie w deszczu skaczącego z paszportami mówi "Później się nie dało. Mi tu strażnicę o 3 budzicie.. ;)". Na Odrze nic ciekawego. Ładnie oświetlone. Poszedłem spać kawałek za Świniowem i obudzili na dojście do Trzebieży o 7. Tankowanie i oczywiście najbardziej oczekiwany moment rejsu. Świeże bułeczki!! Pomachała nam fajna "pogranicznica" w spódniczce zamiast w spodniach.. :D O 11:00 zgodnie z umową cumowałem do kei w Szczecinie a około 13 przekazałem jacht następnej załodze, która i tak musiała czekać do poniedziałku na wypłynięcie w związku z jakąś awarią która wystąpiła w czasie naprawy. Minęlo 5 dni. A mnie nadal śnią sie główki Świniowa... Fajnie jest być kapitanem. :D Kapitan nie musi gotować (ale może na szczęście), kapitan nie musi zmywać (też może, ale się nie garnąłem), kapitan może sobie czasem pospać, ale jak jest tak że inni nie mogą to pływa, kapitan je pierwszy ;), kapitan wycisza (bo ja rozbrykany jestem, a nawet mi sie nie chcialo krzyczec na zaloge.. ;).. Generalnie
Pzodr
PEES. Jeśli to ktoś doczytał do końca to gratuluję, bo
widzę teraz, że
Kuba
|