Rejs kapitańsko-stażowy na morsa
10 czerwca 2004  o godz. 19:01:14 +0200,  Kuba Tabędzki  zamieścił na grupie relacje ze swojego "kapitańsko-stażowego" rejsu będącego ostatnią "przeszkodą" przed egzaminem na morsa. 

     Po długim czasie oczekiwania w końcu w zeszłym tygodniu udało mi się zrealizować mój pierwszy zupełnie samodzielny rejs. Troszkę mi się  naskrobało, lecz jako że nie dla wszystkich jest to tak ważne wydarzenie jak dla mnie, ostrzegam że długaśne i informuję że letko nudnawe.. ;)
Jako, że do wymaganego na morsa stażu brakowało mi 100 godzin kapitańskich bo pozostałych ponad 1000, ale przecież i poprowadzić rejs trzeba, pojawiła się koncepcja rejsu "jak niemieccy emeryci" czyli:
a)wstaję rano w porcie i o 10 po śniadaniu wypatruję na mapie portu w promieniu 40 mil i z wiatrem w dobrą stronę.
b) wypływamy, stawiamy żagle, otwieramy jednego browarka (bo więcej to już na morzu niebezpiecznie - ortodoksom dziękuję), ustalamy kurs na znaleziony port i w zależności od opcji ustawiamy autopilota bądź sadzamy chętnego do sterowania zaloganta.
c) dopływamy koło 19, kąpiemy się i idziemy na obiad do resteuracji
d) go to a 
co jest zaprzeczeniem popularnego wciąż w Polsce niestety pływania "a la sardynka w puszce, dookoła Bornholmu bez zawijania do portu bo godziny lecą".

Do organizacji zabierałem się z "pewną taką dozą nieśmiałości", bo jak już pisałem, mimo że już jako kapitan płynąłem, to jednak w tamtym czasie była na pokładzie osoba bardziej doświadczona i zawsze było kogo prosić o pomoc. A tu człowiek zdany sam na siebie..
Z etapu przygotowań można większość pominąć. Udało się znaleźć odpowiedni jacht i odpowiednią ilość ludzi. Ostatecznie załoga składała się z 5 osób. A w zasadzie z 4. Ani którą kilka lat temu osobiście szkoliłem na żeglarza, Tomka który jest "nieopływanym sternikiem", Oli która o żeglarstwie wiedziała tyle, że się liny ciągnie i Wojtka który był najdzielniejszym i najtwardszym sternikiem jakiego znam (może dlatego że jest autopilotem) no i mnie.

Na etapie przygotowań okazało się też, że warto załatwić sobie wsparcie zewnętrzne. I tu czas na uchylanie głowy przed:
- JurMakiem i Jarkiem Czyszkiem - którzy słali mi prognozy wtedy kiedy trzeba i co najważniejsze takie jak trzeba ;)
- Tomkiem Chodnikiem, który wspierał mnie duchowo i smsowo przez cały czas trwania rejsu, a płynął troszkę przede mną mimo, iż wypłynął troszkę po mnie.. :D
- Adasiem Sulewskim który wspierał mnie moralnie przed i to bardzo.
- Bartem, Jackiem Kijewskim, Zwierzęciem, Krysią i wieloma innymi, którzy tłumaczyli mi "bierzesz łódkę i płyniesz. Przecież nie ma się czego bać.."
- Januszem Drozdem który zaufał mi na tyle, że powierzył mi Ambasadora.

No ale dość już o przedrejsowych zmaganiach. Pora do konkretów.

W piątek 28.05.2004 stawiłem się w marinie w Szczecinie wraz z dwoma załogantkami celem przygotowania jachtu do wypłynięcia, bo przecież w piątek nie można, chwilkę po północy.
Początek okazał się trudny, bo w jachcie przerabiana byla koja i z tego względu wszędzie bylo pełno pyłu który trzeba było zmyć (czyli pełne mycie całości). Po otwarciu bakist okazało się że pełno w nich wody do wybrania (na razie nie wzbudziło to moich podejrzeń a jak się okaże niesłusznie). No i jeszcze zakupy trzeba zrobić, pokład umyć...
Swoją drogą nie przypuszczałem że zatankowanie małej butli z gazem jest takie kłopotliwe.. jak ktoś będzie szukał w Szczecinie to na przeciwko Reala jest taka mała stacja..
Czas zleciał do wieczora, ostatni załogant dobił, a tu nagle przed 22 prąd się skończył. Okazało się że mądra głowa Docent czegoś tam nie przełączył i kabel z brzegu owszem był, ale ładnowania to już nie.. :D. No więc zapada decyzja że się ładujemy i ruszamy rano. 
Jak zrobiliśmy tak uczyniliśmy i żeścy wypłynęliśmy raniutko ze Szczecina, tak że o 11 byliśmy w Trzebieży. Odprawa, pytanie którędy przekraczać granicę na Zalewie, tankowanie i wio. Chwila wspinania się halsując i równiótko fordziel na motyla w stronę Niemiec. Trochę główkowania miałem jak spinakera postawić, jak bomu nie ma gdzie przymocować, ale środki zastępcze się sprawdziły i płynąc o 1,5 knota szybciej zamierzaliśmy dostać się do Wolfgastu do wieczora.
No i pierwszy błąd, mianowicie przy odprawie powiedzieli nam, że kuter sobie stoi, ale już mu powiedzą, że my odprawieni, a tu nagle mijając graniczników widzę że motorówa pędzi w moją stronę. Szybki chwyt za radio i motorówka robi 180 stopni i pędząc w stronę kuterka życzy miłego dnia. (nauka - nie ufać pogranicznikom)

Pływanie po Zalewie jest pełne nie spodziewanek w postaci tyczkowisk, które na szczęście w dzień są widoczne. Dobrze że nie płynąłem tędy w nocy.. Na końcu zalewu dziwna konstrukcja a za nią kable. i kawałek dalej most zwodzony, którego godziny otwarcia na szczęście opisane są na mapie a ja naszczęście przypływam 20 min przed ostatnim otwarciem (nauka - jak się potem dowiedziałem gadanie z tym mostem przez radio mimo podanego na mapie kanału jest niemożliwa, bo radio ma tylko drugi most w Wolgascie). Przed samym wyjściem z Zalewu dogania nas jeszcze motorówka z napisem Zoll i pyta. Ile jest osób i ile mamy papierosów. A my na to "4 osoby i ani jednego papierosa (bo nikt nie palił". A oni na to "no to dziękujemy" i popłynęli.. ;)
W Wolgascie marina po przeciwnej stronie zamknietego mostu. Prad przy kei za 0,50E i na godziny.. Do tego nigdzie nie możemy znaleźć prysznicy, no i ta marina z drugiej strony to coś daleko bo na piechotę się jej zlokalizować nie dało. Za to postój za darmo. I kolejna nauka (jesli chce sie poprosic most w Wolgascie o otwarcie poza godzinami wyznaczonymi wieczorem, trzeba im to zglosic do 21:00). W bakiście znów dużo wody. Ciekawe skąd się bierze.. wybrana, kartony z mlekiem wyglądają mało apetycznie, ale jeszcze się nie rozpadły. Puszki nie mają etykietek, ale na szczęście wiadomo co gdzie jest..

Niedzila rano pobudka o 7:30 (most otwierany jest o 7:50 wg rozpiski a unosi się o 7:40 żeby o 7:50 być już zamkniętym - nauka - zawsze kręcić się koło mostu 20 minut wcześniej ;). Coś nam nie idzie to pływanie jak niemiecy emeryci bo pływamy od świtu do zmierzchu, ale i tak nocujemy w portach. Godzinny przeskok do Peenemunde gdzie sobie obejrzelismy muzeum i jakiegos ruskiego U-boota. Po przypłynięciu, tak ze dwie minuty później przyjeżdża pod keje radiowóz i wysiada dwóch Policjantów. To ja do nich z paszportami. A oni do mnie "czy jest jakiś problem?" Jako że nie miałem problemu to mówię, że nie. A oni na to "to co ich zaczepiam". Nie to nie.. Żeby nie było że nie chciałem... ;)
No i potem cały dzień na żagielkach w stronę Stralsundu, tak żeby na 1720 zdążyć na otwarcie. Przed Stralsundem mój "pierwszy" postanawia "letko" przyciąć tor za jakimś "miejscowym"  i słyszę jak dno lekko ociera o kadłub. (nauka - jak jest napisane że koło toru jest płytko, to tam jest płytko, a jak płynie tamtędy "miejscowy" to znaczy że nie tylko zna miejsce, ale i do tego pewnie ma "płycej"). 
O 17:18 przed mostem tłumy niemieckich emerytów i innych dziwnych pływadeł. Na szczęście Ambasadorowi udaje się zająć "pole position" i po otwarciu gnamy co Penta wyskoczy do mariny (a za nami dokładnie wyscigi po miejsce, zeby nie trzeba było daleko do kibelka chodzić ;)
Marina ładniejsza niż dwa lata temu bo polowe kibelki zastąpiono pływającym budyneczkiem w którym są prysznice bez limitu czasu, kibelek i Hafenkantor w którym siedzi Hafenmajster nie mówiący ni w ząb w języku innym niż niemiecki, cechujący sie do tego dziwną znajomością matematyki, bo pobrał od nas opłaty za prysznic jedynie za jedną osobę mimo że widział cztery osoby i to z ręcznikami i innymi duperelami. Poza opłatą 1 EUR za prysznic trzeba było zapłacić 10 EUR kaucji za kartę co to prysznic otwierała. Jako że kartę można było oddać za 10 EUR tylko do 20 nastąpił szybki prysznic z dodaktami a następnie zwiedzianie miasta. No i oczywiście żeby zdążyć do Kopenhagi nici z iemieckoemeryckiego plywania i już o 22 oddajemy cumy mając w perspektywie kilkadziesiąt mil płynięcia bez zawijania do portu, co z załogą, delikatnie mówiąc "zieloną" frajdą dla mnie nie będzie bo się pewnie nie wyśpię. (Nauka - wodę tankuj wszędzie gdzie się da za darmo, bo w niektórych miejscach może być płatna tak jak w Stralsundzie po 0,5E za kilkadziesiąt litrów - obstawiam że za 50l)

Uświadomiłem wszystkich, że zaraz będzie tor a obok będzie płytko i tak sobie płyniemy. Pierwszy nabieżnik, drugi nabieżnik. No i już ostatni zakręt przed wyjściem na morze, a tu nagle z naprzeciwka coś dużego płynie i buczy że mam sie odsunąć. No to zalogantowi mówię że lekko z toru w prawo i idę na mapę zobaczyć jak źle jest. Jako że już byłem za ostatnią bramką, to byłem i za boją zmiany kursu. (Nauka - jak jest nabieżnik to bardziej niż bardzo uważać na ostatnią bramkę gdzie się kurs zmienia...). Włażę na górę żeby powiedzieć, że natychmiast na lewo do toru bo on się w lewo oddala, ale już nie zdążyłem powiedzieć. Grrrhrr i siedzę.. Niewesoło. Po godzinie walki silnikiem, żaglami, przechyłach, pomysłach włażenia do wody i takich tam, stwierdzam, że zostawiamy światełko i załoganta, reszta spać i czekamy... kilka metrów od toru... ;) 54st. 25,674N 013st.03.030E

Po 20 minutach ok 2:30 nad ranem coś koło nas przepływa i coś tam gada przez radio do kogoś tam. W sumie to mogłem sam gadać, ale jakoś tak się zdałem na łaskę i niełaskę losu. Co ja będę po nocach o pomoc wołał, jeszcze płacić każą.. ;)
O 2:20 do burty przybija mi mała jednostka SARu. Widzieliśmy przez lornetkę jak ściągali kogoś na drugim końcu tego przejścia. Podpływają i pytają "czy potrzebuję pomocy" jakbym tam stał dla przyjemności. Ja im na to ze tak i mówię pierwszemu "sprawdź ile za to chcą" jakbym miał jakieś wyjście inne i mógł im powiedzieć "za drogo ;)". Okazuje się że Panowie nic nie chcą, poza podpisaniem oświadczenia, że jak coś się uszkodzi, to nie będę się na nich gniewał.. Pociągnęli zasysczał muł pod dnem, położyło lekko na bok i kilka metrów dalej bylem na torze. Jeszcze chwila "lekkiej schizy" czy nic nie cienknie, czy nas aby nie znosi i tak dalej. Kontrola w naszej ulubionej cieknącej od początku bakiście celem wyjęcia mleka na poranne kakao i pomyślałem sobie że to koniec niedzielno-poniedziałkowych przygód jako że jacht idzie dobrze, przedzedłem w 20 minut resztę toru i postawiliśmy żagle. Ok 5 postanowiłem iść spać a jacht zostawiony pod opieką załogi szedł sobie na północ. 

Poniedzialek rano. Budzę się o 7:30. Wieje piątka ze wschodu. Jacht ładnie idzie, tylko załoga mi nieco zmalała, bo Anka leży w koi i nie wie jak się nazywa. Tomek ostro pracuje na pokładzie, Ola śpi. Sprawdzam pozycję i idę dalej spać, bo jak będzie gorzej i się reszta zalogi wyłączy to muszę mieć choć trochę sił.. Wstaję o 9:25. Widzę grocha siedzacego w kingstonie. Gdzie są kurde drzwi skoro ja go z dziobu widzę.. No i coś mi chlupoce lekko. Ubieram się, wypełzam z dzioby a tam Ola po pas mokra, stoi po kostki w wodzie z wiadrem. Pytam "Dzieci, dlaczego mnie nie obudziliście" a na to słyszę
"bo myśleliśmy że w dużym przechyle przy takim wietrze to normalne". Dobrze że chociał Wojtek jeszcze działa i nie wyskakuje co mu się przy 5tce zdarza. No więc biegnę do mapy. "Maluję" pozycję. Jestem 17 min na wschód od wyspy Mon. Lekko na północ od niej. No i robi mi się na przemian ciepło i chłodno, ciepło i chłodno. Wychodzę do załogi i mówię "dzieci wy wiecie że jacht tonie??" co spowodowało dwa razy szybsze ruchy wiadrem. Szybka decyzja. Do Kopenhagi 35 mil, do Klintholmu 20. Ania nie działa, Groszek ledwie działa wyłączając się co chwilę na "przeburcenie", Ola działa doskonale ale jest mokra i nie ma pojęcia o pływaniu. Szybki zwrot i baksztagiem do Klintholmu. Na szczęście po zwrocie moja "ulubiona" bakista opróżniła się z powodu przelania i zobaczyłem wężyk odprowadzający wodę ze zlewu w kambuzie który "spadł sobie" z zaworu. No i z zaworu zrobiła się mała fontanna "Di Trevi czy jakaś inna". Generalnie działało to jakby mi ktoś do jachtu wsadził wąż z wodą i odkręcil na pełną parę. Co przestawali wiadrować (a w kabinie wiadro nabierało się do pełna przy zaczerpnięciu) to stan się podnosil.. Na szczęście zawór dało się zamknąć (też ciekło ale mniej jak się potem okazało). Jako, że załoga padła więc płynąłem sobie te kilka godzin sam, a w zasadzie z Groszkiem, który śpiąc co chwilę wstawał celem podtrzymania konwersacji z Neptunem.

Klintholm to piękny mały porcik. Jest sauna, jest basen, jest prysznic za darmo.. Tylko opłata za dobę postoju mnie powaliła bo wynosi 2 EUR za metr długości jachtu. No i jest różnica w stosunku do niemiec. Jak zresztą w całej Skandynawii nie trzeba pytać się nikogo czy mówi po angielsku tylko wystarczy wejść do Hafenkantora i zacząć po angielsku się komunikować.. :D Pani widząc szpeje wylatujące z jachtu na keję (piękne słońce i silny wiatr, którego na szczęście w marinie w ogóle nie było czuć) dała mi pompę elektryczną, którą potem przez kilka godzin pracowicie wybieraliśmy wodę z jachtu. Ogólnie z Kopenhagi to nici. Mieliśmy być wieczorem w poniedziałek, ale teraz to juz na pewno się nie uda z Tomkiem Chodnikiem spotkać.. Oczywiście telefon do armatora z informacją co się stało. Obiecał jakąś rekompensatę za stracone dni i stracone zielsko i inne artykuły ktore w duńskich sklepach warzywnych są drooogie!! :D Obiecał też że zabije osobę która koję poprawiała, bo to podobno juz nie pierwszy raz się podtopiło tamtędy.. :D

Załoga wysauniona i wykąpana zjadła kolację. O 20 wszsycy zwalili się na koje i spali jedyne 13 godzin. (Nauka - kapitan powinien zawsze mówić o której go obudzić, bo inaczej może się zdarzyć że nikt nie nastawi budzika ;)

Wtorek od rana dosuszamy się, żegnamy sie z anglikami którzy dzień wcześniej widząc nasz stan odrazu po przypłynięciu zrobili nam kawę i popołudniem ruszamy w stronę Szwecji. Kurs - Trelleborg (ach te Szwedzkie nazwy). Znów nam nie wychodzi pływanie "niemieckoemeryckie" bo dopływamy pod Trelleborg tak w okolicach 0300, ale przynajmniej spaliśmy  12h. Oczywiście żeby nie było za prosto na pławie wejściowej wyprzedza nas jakiś wielki prom (Nauka - jeśli na mapie jest napisane "Fast Ferries" to należy się spodziewać potu na czole) wyglądający jak niegdysiejszy Boomerang. W główkach mijamy się z dwoma wielkimi promami jadącymi jeden za drugim o kilka metrów (bo te główki naprawde za szerokie nie są). No i oczywiście okazalo się, że w porcie mariny jachtowej nie ma. Przybijam "gdziebądź" i znajduję jakiegoś pracowitego Szweda o 3:30 nad ranem (a w zasadzie rano, bo już jasno jest), który łączy mnie z kapitanatem gdzie miły Swen mówi mi że sobie mogę stać do rana tam gdzie kutry jachtowe. Szybkie przestawienie się na drugi koniec portu i do spania. (Nauka dla kapitana - jak na niemieckiej mapie Serie jest narysowana kotwica, ale nie ma napisane np. Hvn 2,5m to znaczy że portu jachtowego tam ni ma).

Sroda. O dziewiątej rano (znów nie udaje się być niemieckim emerytem i spać 8h) przestawiamy się kilka mil na wschód do Gustovs Lage, bo wyszło że mamy jeden dzień zapasu do powrotu, a do Kopenhai żeby choć na piwo to trzeba dwa dni liczyć. Piękna marina. Kameralna, ale dużo jachcików. Są prysznice z ciepłą wodą (z termy chyba bo się kończy). Nie ma Hafenmajstra i nie ma komu zapłacić. Dwa dni szukałem. Słowo! Jako że jest jeden dzień zapasu, a plan obejmował Kopenhagę i Helsinborg załoga postanawia glosami 4:0  (Wojtek wstrzymał się) wypożyczyć samochód. Mily pracownik komunalny naprawiający właśnie murek w Marinie zaoferowal podwiezienie mnie spowrotem do Trelleborga. Zawiózł mnie wprost pod stację Statoil mieszczącą się na Północno-Zachodnim krańcu miasta w której znajdowała się wypożyczalnia Europcar. Tak że o 12:30 byłem pod jachtem nowym VW Polo. W związku z ograniczeniem czasowym postanowiliśmy pojechać do Lund, Landskrony i do Helsingborga, który jak sie dowiedzieliśmy mając 110 tys mieszkańców jest w 10 największych miast Szwedzkich. I to niedawno był w okolicach piątego miejsca. Ładne miasto, ładna marina z nowym deptakiem zaraz obok. Obiad w knajpie (no nareszcie jesteśmy jak niemieccy emeryci!!) no i wracamy. Szybko do
spania "bo jutro od rana wypływamy". 

Czwartek od rana czyli o 11 pojechaliśmy oddać samochód. okazało się że przejeżdżając 242 kilometry spaliliśmy 11.4 litra paliwa.. Oszczędnie, nie powiem, ale chyba tylko przez ograniczenia prędkości.. Cały samochód kosztował nas 800 SEK czyli coś koło 400 PLN razem z paliwem. Potem powrót stopem do Gustovs Lage. Ostatni prysznic, ostatni obiad... no i się 15 zrobiła.. Po ostatniej próbie znalezienia kogoś chętnego na pobranie opłaty wypływamy w stronę Sassnitz. Trochę flauci ok północy więc żeby nie tracić czasu płyniemy na silniku. O świętej już 0300 (jakoś tak zawsze mijam o niej główki) wchodzimy do Sassnitz i parkujemy tyłemdoprzodu czyli odwrotnie niż cała reszta. Jakoś tak wyszło, ale idziemy spać bo nam się już po prostu nie cche przestawiać.

Piątek. Rejs zbliża się ku końcowi. O 9 rano budzi mnie pan co to chce 10 EUR za postój a następnie 5 min później znów mnie budzi inny pan co to jest Celnikiem. Przez cały rejs poza dwoma niezainteresowanymi stróżami porządku nikt nic nie chciał.. Ale no cóż. Sassnitz. Jestem w Sassnitz..!! Po szybkim prysznicu co to kiedyś był za dwie marki a teraz jest za sic!! dwa euro (Nauka dla męskiej części załogi - prysznic ostatni pod oknem nie wyłącza się po 5 minutach. Razem pryskał 40 minut, ale już nam się dłużej stać nie chciało). Kierujemy kroki do sklepu żeglarskiego. Po angielsku nie mówią, ale na "prajsliste" machają glową twierdząco. Zamówiliśmy co chcieliśmy i na klify na spacer. Po powrocie dostawa ale jakos tak więcej kasy chcą. No i tu hint dla kupujących. Jak się im powie że sie płynie poza Unię (Norwegia, Rosja, nie wiem czy dadzą się nabrać na Szwajcarię) to nie doliczają 16% Vaty. Ale i tak się opłaca. Nawet jak doliczą. A jako że zabraklo nam 8 EUR na jachcie bo nas Melwersztoje zaskoczył to mnie pan zawiózł do Bańkomatu. Mily Pan.. :D

Popołudniem czas wychodzić. Gdy my zapalamy silnik przypływa dwóch braci, Polaków pod banderą Bahama. Jacht konstrukcji "Teligi". Podobno tylko 5 takich zbudowano. Ładny. Pogaworzyliśmy 10 minut i nas nie ma. Zanosi się na to, że Świniowo dopiero ok mojej ulubionej godziny będzie.. Płyniemy koło "wyspy księcia Monte Christo" jak ochrzciła moja załoga GrejswalderOje ;). No i rzeczywiście. Główki portu o 0305. Po prostu niemieckoemeryckei pływanie sprawdziło nam się od rana, ale nocami to nie bardzo .. ;) Pan granicznik widząc mnie w deszczu skaczącego z paszportami mówi "Później się nie dało. Mi tu strażnicę o 3 budzicie.. ;)". Na Odrze nic ciekawego. Ładnie oświetlone. Poszedłem spać kawałek za Świniowem i obudzili na dojście do Trzebieży o 7. Tankowanie i oczywiście najbardziej oczekiwany moment rejsu. Świeże bułeczki!! Pomachała nam fajna "pogranicznica" w spódniczce zamiast w spodniach.. :D O 11:00 zgodnie z umową cumowałem do kei w Szczecinie a około 13 przekazałem jacht następnej załodze, która i tak musiała czekać do poniedziałku na wypłynięcie w związku z jakąś awarią która wystąpiła w czasie naprawy.

Minęlo 5 dni. A mnie nadal śnią sie główki Świniowa... Fajnie jest być kapitanem. :D Kapitan nie musi gotować (ale może na szczęście), kapitan nie musi zmywać (też może, ale się nie garnąłem), kapitan może sobie czasem pospać, ale jak jest tak że inni nie mogą to pływa, kapitan je pierwszy ;), kapitan wycisza (bo ja rozbrykany jestem, a nawet mi sie nie chcialo krzyczec na zaloge.. ;).. 

Generalnie 
Chcę na morze!!!! Aaaaa. Do końca lipca za daleko!!! Oooo!!! No i jeszcze dziękuję Wojtkowi za to, że tak dzielnie sterował. 

Pzodr
Docent

PEES. Jeśli to ktoś doczytał do końca to gratuluję, bo widzę teraz, że
mi się ładne kilkanaście kilo tekstu nastukało. Ale tak się cieszę z
tego, że w końcu mam kompletny staż na morsa (do tego 1000h wreszcie
dorobiłem brakujące kapitańskie)... :D A hinty są od serca pisane.. :D

Kuba