"Free. Dom"  w Szwecji 
17 Sierpnia  2005 o godz.  22:42:19 +0200, Wiesław Cybulski  na grupie  p.r.z  w  wątku  "Free. Dom" w Szwecji (b. długie opowiadanie)"  opisał swoje rodzinne pływanie po Bałtyku.

 Witam,

Może kogoś zainteresuje opis mojego dwutygodniowego rejsu. W tym roku postanowiliśmy zwiedzić Kalmarsund. Załoga „Free. Dom’a” trzyosobowa - moja żona Teresa, syn Marcin(15 lat) i ja. Wyruszyliśmy w sobotę 30.07.05 o 1257 z zamiarem dotarcia do Władysławowa. Wiało dość korzystnie z SW i później z W więc w pobliżu Helu byliśmy przed 1500. Tu nastąpiła „akcja ratownicza”.  Wypadła za burtę gąbka do mycia kokpitu (moja ulubiona!!!). Postanowiłem ja wyłowić trenując przy okazji alarm MOB!! Dzięki GPS’owi udało się ją odnaleźć i „uratować”. W tym czasie wiatr zmienił się na W, więc do Władka dotarlibyśmy przed północą, a zamierzaliśmy się dobrze wyspać aby wyruszyć rano i do Kalmarsundu dotrzeć w dzień. Wchodzimy więc do Helu. Wieczorem na Hel przypływa również J. Sychut.

Rano o 0600 odprawa u Bosmana (sprawdził KB) i w GPK ( sprawdził paszporty, a załogę na odległość bo trochę popadywało) i wypływamy oczywiście tradycyjnie do Sasnitz .Wieje z W bardzo marnie więc podpieram się silnikiem.  Około 1100 na wysokości Kuźnic podpłynął do nas kuter Straży Granicznej wypytując z burty o stan załogi i port docelowy. Wszystko OK. Prognozy z Witowa ostrzegają przed silnym wiatrem. W odległości ok. 25 Mm od brzegu ściągam jeszcze prognozę ICM na laptopa ( to niesamowite ponad 40 km od brzegu a Nokia 6310i z dodatkową zewnętrzną antenką łapała kontakt z lądem!?!) i rzeczywiście w rejonie, w który płyniemy ma jutro wiać ponad 40km/h. Pod wieczór zaczynają się gromadzić burzowe chmury. Przezornie refuję grota aby potem w silniejszych szkwałach nie szarpać się niepotrzebnie. Pierwsze błyskawice, zmiana kierunku wiatru na N i NE. Zaczęło padać ok. 1800. Burza!!! Wg. amerykańskich zaleceń schodzimy wszyscy do kabiny, włączam autopilota (można wtedy np. pograć w karty). Od czasu do czasu wyglądam na zewnątrz, sprawdzam kurs i ustawienie żagli. Dobrze, że grot jest zarefowany. Prędkość 5 ; 6 kn. Po 2030 burza przechodzi, wiatr zmienia się na E ok. 2B i powoli ale stale rośnie skręcając na SE. Po zapadnięciu zmroku wieje już dobre 4 ; 5 B, wybudowuje się fala. Pełnym baksztagiem idziemy 6  7 kn. Fala od rufy powoduje dość znaczne przechyły boczne, trzeba sterować bardzo czujnie aby nie zrobić niekontrolowanej rufki. Robi się bardzo ciemno. Wieje coraz mocniej. Postanawiam zrzucić grota i to była dobra decyzja (zerwanej wiatrem z głowy, w czasie zrzucania grota, nie przypiętej czapki nie ratuję właściwie to jej nie lubiłem, wolę zawiązaną chustkę). Na samej genule zasuwamy nadal 6 7 kn ale jazda jest spokojniejsza, dużo mniejsze siły na sterze, nie ma obawy o przerzucenie bomu. Idę spać.  Wachta dostaje polecenia: budzić w przypadku zauważenia jakichkolwiek świateł, dramatycznej zmiany wiatru lub fali, innych niespodziewanych wydarzeń i ma, pod jakąś straszliwą karą, zakaz odpinania szelek!! Nad ranem wiatr SW wzrósł wg wiatromierza do 6  7 B. Wybudowała się duża fala.  Regularna ok. 2  2,5m, ale co jakiś czas zdarzają się i 4m. Roluję genuę do wielkości  foka, a nadal półwiatrem płyniemy 6kn. Wiatr skręca coraz bardziej na W. Zaczynamy walczyć z falą. Prędkość spada. Jacht radzi sobie dzielnie.  Tarmosi nas niemiłosiernie, czasami na pokład wchodzą fale ( owiewka, to jest to!!),  sterując trzymam się za kosz rufowy. W pewnym momencie przy dużym przechyle... trzask!! Urywa się śruba ( M10) mocująca przedni słupek kosza rufowego. Hmm... nie powinna!!

Od 0900 do 1600 warunki stabilne ale dość trudne. Wiatr W 6  7 B w porywach więcej, fala regularna ok. 2,5m, czasami grubo ponad 4m!! Muszę napisać o dwóch zdarzeniach, które nas wzruszyły. Około 20 Mm od Olandii jest  10 milowej szerokości tor statków (autostrada) po którym, jak mówi mój Marcin statki zakindzialaja jeden za drugim.  Z lewej burty na kursie kolizyjnym pojawił się jakiś szwedzki statek. Już wydałem polecenia przygotować się do zwrotu, gdy zobaczyłem, że statek zmienił kurs aby przepuścić nasz ciężko pracujący na fali jacht. Dwie godziny później, z prawej burty, manewr zdecydowanego zmniejszenia prędkości zastosował statek ( rosyjski Wołga) aby nas przepuścić przed swoim dziobem. STATKI NIE ZMIENIAJĄ KURSU ANI NIE ZWALNIAJĄ... ale jednak czasami...

Wchodząc powoli w Sund fala zmniejszała się a podchodząc do lądu również wiatr. Przed 2000 zacumowaliśmy w Kristianopel. Kolacja, toast za cudowne ocalenie, kąpiel i spać. Rano pożyczyłem od bosmana wiertarkę i naprawiłem kosz, Marcin naprawił zerwaną szeklę  przy obciągaczu bomu i zniszczoną osłonę ściągacza przy babysztagu, Teresa wysuszyła wszystkie przemoczone ciuchy. Po południu kurs na port Bergkvarą - niecałe 10 Mm. Pływanie po Kalmarsundzie jest rzeczywiście dość łatwe. Trzeba oczywiście uważać i trzymać się torów podejściowych aby nie wpakować się na jakiś podwodny kamień ale oznakowanie jest bardzo dobre co w połączeniu z aktualnymi mapami daje bezpieczną żeglugę.  Zawsze jest w pobliżu jakiś zawietrzny port, fale jak na Zatoce Puckiej.  Bergkvara ma dwa podejścia  południowe łatwiejsze i północne, które zostawiliśmy sobie na jutro.

Rzeczywiście, wychodząc z Bergkvary północnym podejściem trzeba bardzo dokładnie trzymać się wyznaczonego toru powykręcanego miedzy skałami. W ramach zwiększania poziomu adrenaliny w powrotnej drodze do Polski, zaliczyliśmy ponownie to północne wejście ale w nocy. Marcin na dziobie wyszukiwał silnym reflektorem bojek(tyczek) torowych i bramek (mają one paski odblaskowe więc po oświetleniu doskonale je widać), a Teresa sprawdzała na c-mapie czy wszystko jest OK. Z Bergkvary popłynęliśmy do Faerjestaden już na Olandii. Nowiutka powiększona marina, zaplecze sanitarne, wszystko oddane do użytku pewnie w tym roku. Następnego dnia rano skok do Kalmaru na trzy godziny, tankowanie paliwa i ruszamy do Borgholmu obejrzeć rezydencję króla. Po drodze chcieliśmy odwiedzić malutki porcik Revsudden na wyspie Skaeggenaes. Podchodzimy, odpalam silnik, zrzucamy żagle, mała naprzód, dodaję gazu a silnik dalej pracuje na wolnych obrotach. Kurcze  urwała się linka gazu. Dobrze, że nie w jakichś ciężkich warunkach. Wchodzimy do portu na foku i silniku na wolnych obrotach. Naprawa trwała trzy godziny  skróciłem pancerz  linki, usztywniłem zwiniętą w rulon blaszką  miedzianą, zakułem na nowo końcówkę w nawierconym otworku i OK.  Idziemy dalej. Do Borgholmu podejście jest łatwe, podchodziliśmy prawie nocą.  Tu napiszę parę słów o dzienniku jachtowym, który prowadził Marcin. Niestety dziennik nieprzepisowy, bez złoconych na niebieskich okładkach liter. Zajrzałem do dziennika i mówię:  Marcin co Ty mi tu za pierdoły wypisujesz? Co ja później z tego będę wiedział? Ja chcę wiedzieć gdzie jest jakieś fajne miejsce, co się ciekawego wydarzyło, a Ty mi piszesz jaka jest widzialność, zachmurzenie, stan morza, jakie żagle postawione itd. Po co nam te informacje w Kalmarsundzie?. Od tego czasu Marcin zapisywał takie informacje jak np. Dzisiejsze osiągnięcia: super placki ziemniaczane na obiad.

Następny port to Sandvik z największym wiatrakiem na Olandii, super-atrakcyjną kamienistą plażą, i betonowymi umocnieniami w charakterze bunkrów.  Płynąc do Sandvik mieliśmy fordewind więc postawiliśmy dwie genuy (mam sztywny sztag z dwoma likszparami). Ster można puścić. Idzie jak lokomotywa. Pogoda się zaczęła psuć. Trochę popadało w dzień, a w nocy w Byxelkrok lało dość mocno.  Porcikiem, który nas oczarował był następny  Nabbelund. Duża spokojna zatoka na samej północy Olandii i port w którym byliśmy jedynym jachtem. Poszliśmy na 20 kilometrowy spacer do lasu TROLLI. Wyślę Jurmakowi zdjęcia tych powykręcanych niesamowicie drzew aby je umieścił na swojej stronie, ku przestrodze wszystkim trollom  tak kończą dusze wszystkich internetowych trolli, poskręcane w straszliwych cierpieniach.

Następny dzień to 41 milowy skok na Gotlandię do Visby. Akurat  7 sierpnia rozpoczął się tam festyn Wikingów. Po mieście chodzą poubierani w średniowieczne stroje mieszkańcy i przyjezdni. Atmosfera wielkiej zabawy. Visby to przeurocze miasteczko z własnym niepowtarzalnym charakterem. Wieczorem

zostaliśmy zaproszeni na jacht Helius obok którego zacumowaliśmy. Członek ich załogi Piotrek. obchodził właśnie urodziny. Wzięliśmy ze sobą gitary (mamy na jachcie dwie gitary i prawie każdego wieczora tniemy sobie bluesa i rocka) ale z szant znamy tylko nieśmiertelną Keję..., Dzikiego Wędrowca i 10 w skali B, więc nie pośpiewaliśmy zbyt długo. A propos: W czasie naszego rejsu w Szwecji spotkaliśmy trzy polskie jachty. Polski Len& w Kalmarze, Helius w Visby i Dragon pod Kalmarem. Mało!!! Za to Niemców,  Holendrów i Duńczyków  w sumie więcej niż Szwedów. I jeszcze jedno spostrzeżenie. Najszybciej nawiązuje się kontakty właśnie z Niemcami, Holendrami czy Duńczykami. W każdym porcie można było z nimi o czymś pogadać. Szwedzi są raczej chłodni i nieskorzy do takich rozmów. Następnego dnia rano w poniedziałek pani w bosmanacie pozwoliła mi przeglądnąć pogodę na http://weather.icm.edu.pl/. Musieliśmy szybko wracać na Olandię. We wtorek miało nastąpić załamanie pogody. Głęboki niż wyraźnie informował o zbliżających się silnych wiatrach. Do naszego ulubionego Nabbelund przybijaliśmy w nocy. Stały już tam dwa jachty. Jednym z nich był  EMBLA z załogą trzech bardzo sympatycznych Duńczyków. O nich to właśnie wspominał Jurek Sychut  spotkał się z nimi na Gotlandii parę dni wcześniej. Wtorek przywitał nas deszczem i bardzo silnym wiatrem. Dobrze było stać w takiej zacisznej zatoczce. Wybraliśmy się na wycieczkę do latarni Long Erik. Po drodze przez las nazbieraliśmy całą siatkę grzybów. Super.

Przy latarni mierzyłem prędkość wiatru. Przekraczała 45 km/h.  Dwa dni później dowiedziałem się, że w tym właśnie czasie Rzeszowiak przeżywał swoją tragedię.W środę wiatr zelżał  i w zupełnie dobrej pogodzie ruszyliśmy do Monsteras. Miał to być najdłuższy fiord w tym rejonie. Może i najdłuższy, bo piłowaliśmy na silniku chyba z półtora godziny, ale to nie fiord. Przecież jak byłem w Norwegii to fiordy mi z ręki jadły, więc chyba wiem! Następnego dnia chcieliśmy dojść do Gronhogen (ostatni port na południu Olandii) ale rosnący wiatr SW i coraz większa fala zniechęciła mnie do próby wejścia bardzo późnym wieczorem do nieznanego nawietrznego portu przy dużej bo już rozpędzonej z Bałtyku fali.  Wybraliśmy nocne wejście do Bergkvary, o którym pisałem powyżej. Prognozy na 12.08 wiatr W do 30 km/h pozwoliły podjąć decyzję  płyniemy jutro do Łeby (107 Mm)  Wyszliśmy z Bergkvary po 1200 a w Łebie byliśmy około 0900. Niecałe 21 godzin. Średnia prędkość powyżej 5kn. Cała droga półwiatrem prawego halsu.

Oczywiście na otwartym Bałtyku znowu pojawiły się większe fale, ale nie takie jak poprzednio. W Łebie spotkaliśmy czekającego na poprawę pogody Marcina Palacza na Lotta oraz Bożenę i Stacha  na Gieronimo 2.  Rano w niedzielę Marcin z Agatą i Krzyśkiem popłynęli na Bornholm lub do Kalmarsundu, a my do Władysławowa. W poniedziałek przy słabnącym coraz bardziej wietrze dotarliśmy do Gdyni o godz. 1800. Koniec rejsu. O jeszcze jednym chciałbym napisać.

Przypływając do Szwecji pierwszym naszym portem był Kristianopel. Nie jest to tzw port wejścia. Zgłosiłem się z tym problemem do miejscowego b. sympatycznego bosmana, który mi dobitnie oświadczył:  Ja nic o tym nie chcę wiedzieć!!. W następnym porcie poszliśmy do miasta w poszukiwaniu Policji. Gdy zapytałem w jakimś sklepie o Police office, facet zbladł i przerażony zapytał: A co się stało?. Gdy mu wyjaśniłem o co chodzi powiedział, że nie stać ich na utrzymywanie posterunku policji w tym miasteczku i najbliżej to w Kalmarze.  Można oczywiście wezwać policję telefonicznie ale kiedy przyjadą nie wiadomo. OK., pomyślałem, zrobię zgłoszenie przybycia w Kalmarze. W Kalmarze w Information office w marinie przemiły i dowcipny pracownik wyjaśnił mi, żebym sobie odpuścił kontrolę policji, bo jak teraz się do nich zgłoszę to załatwią mnie najwcześniej za 5 godzin, a jak ja nie mam zamiaru zostawać tu na dłużej to nie zawracajmy sobie nawzajem głowy. Ok. myślę, będziemy w Szwecji nielegalnie. No ale w Visby w porcie jachtowym nadzieja zalegalizowania naszej  obecności w Szwecji znowu mi zaświtała. Jest tam Passport Control Office czy coś takiego. Idę rano do nich z paszportami w ręku a tam... Office czynne od 13:00 do 14:00. Mam czekać cztery godziny aby jakiś Szwed spojrzał w nasze paszporty?? Niech mnie pocałują tam gdzie pan majster może ...itd. A więc róbta co chceta??? Znaczy, byłem ja w Szwecji czy nie byłem???

Pozdrawiam, Wiesiek Cybulski, s/y Free. Dom.