Alandzki rejs 

06 września 2007 13:45:30 +0200 Jerzy Buczak  <buczakj@zetokatowice.pl>  na grupie p.r.z w wątku "Alandzki rejs - relacja [długie]" opisał rejs na Alandy gdzie miał się odbyć I Alandzki SIZ.

          Do tego rejsu przygotowywałem się rok. Internet, locje, mapy, wywiad środowiskowy, wybór odpowiedniego jachtu pochłonęły mój cały wolny czas.  Nic nie pozostawiłem przypadkowi. Nawet w maju przetestowałem jacht w krótkim rejsie Puck-Nexo.
Ale od początku. Po ubiegłorocznym rejsie na s/y Damar, zasmakowałem samodzielnego prowadzenia jachtu po morzu. W planach pojawiły się Alandy i Archipelag Sztokholmski. To dużo czy mało, jak na drugi samodzielnie prowadzony rejs, nie wiem. Niech ocenią fachowcy. Rejs miał być w flotylli, ale na wskutek awarii i nieszczęśliwego wypadku flotylla z czterch jachtów zredukowała się do dwóch. Andrzej Remiszewski na s/y Awentura i ja na s/y Morskie Oko.
         Plan rejsu zakładał skok do Visby na Gotlandii, potem drugi do Mariehamn na Alandach, a następnie przez Archpelag Sztokholmski (szkiery) powrót do Polski. Trzy tygodnie żeglowania. Moja załoga składała się tradycyjnie z rodzinki tzn żona, dwóch synów i przyszła synowa, wszyscy z bliskim zerowego, doświadczeniem morskim. Jedyne co potrafili,  to budzić mnie, gdy jakiś statek za blisko podpływał.
         Rejs zaczął się z dużym opóźnieniem. Musieliśmy w Pucku czekać na grota, który był w naprawie. Tak, że o 1700 wypłynęliśmy z portu rybackiego na Hel. Tam czekał już na nas s/y Awentura. Następnego dnia Andrzej wypłynął rano, a my podeszliśmy jeszcze pod hydrant zatankować wodę. Niestety w miejscu gdzie leją wodę, zacumował stateczek z nurkami i musieliśmy czekać parę godzin, zanim zwolnił miejsce. Po odprawie granicznej ok 1400,  ruszyliśmy w morze. Wiatr wiał wiał NW 4-5B,  więc w pełnym bajdewindzie ruszyliśmy w kierunku Visby. Piękna jazda na pełnych żąglach, na 1, 5 metrowej fali. Momentami szybkość przekraczała 8kn. Tak było do 0200. Potem wiatr odkręcił na W i osłabł do 1-2B.  Trzaskanie żagli na martwej, fali było wkurzające.  Włączyłem silnik.
Po paru godzinach wiatr wzrósł do 3-4B, niestety odkręcił na północ.  Visby jednym halsem stało się problematyczne.  Albo piłować ostro do wiatru 2kn,  albo pójść pełniej z szybkością 5kn,  ale stracić z 20 mil.  Decyzja: pełniej. Był to dobry wybór. W wieczorem wiatr odkręcił znowu na zachód, zaczęła wiać zdrowa piątka.  O 2300 zobaczyliśmy światła latarni Hoburg. Dało mi to okazję skontrolować jakość pracy GPS. Deklinacja, dewiacja, określenie na oko dryfu i znosu,  jeden namiar,  jazda na kompas,  bez autopilota, namier drugi w końcu,  wykreślenie pozycji z dwóch niejednoczesnych namiarów na jeden obiekt. Błąd 5 kabli. No nie jest żle. Napełniło mnie to dumą, i upewniło, że mój poziom cholesterolu nie spowodował już nieodwracalnych zmian w mózgu i jeszcze coś niecoś pamiętam z nawigacji.
          Rano o 0600 wchodziliśmy do Visby.  Andrzej już tam czekał.  Weszli o 0400.  Prysznic, zwiedzanie miasta. O 1300 policjant pojawił przy jachcie i poprosił o przyjście do punktu kontroli celnej i granicznej.  Poszedłem z paszportami i listami załogi. Formalność trwała 2 minuty, Z radością dowiedział się, że może zatrzymać kopię listy załogi a na mojej przybił pieczątkę. Granica Szengenlandii została przekroczona.  Następnego dnia o 0730 wyszliśmy do Mariehamn. W tym czasie żaglowce z operacji Tall Ships Race szły ze Sztokholmu do Szczecina cieśniną pomiędzy Gotlandią i Olandią. Odeszliśmy trochę dalej w morze, by na nie zapolować z aparatem fotograficznym. Udało się sfotografować tylko jakiś szkuner.
         Wiatr w tym czasie ustabilizował się na 4B i wiał z SW. Dokładnie w kierunku stolicy Alandów. Płynąć na motyla na fali. Nie bardzo mnie cieszyła taka perspektywa. No cóż, pozostało halsować baksztagami.  Andrzej chyba też podjął taką decyzję. My poszliśny na wschód a Awentura na północ. Po dwóch godzinach straciliśmy się z oczu. W nocy wiatr wzrósł do 6B i niesieni falą gnaliśmy momentami 10kn (SOG) w kierunku wysp szczęśliwych. Przed świtem, który trwał bardzo długo, na trawersie przyjaźnie migało światło latarni Svenska Hogarna, a potem w blasku słońca zobaczyliśny wynurzające się z morza wysepki Alandów. O 1000 stajemy w Mariehamn. Kolejny etap za nami.
         Około 1600 staje obok nas Andrzej. Wieczorem pogoda się totalnie spieprzyła 0B w porywach i mżawka. Tak było przez cały następny dzień.  Katować silników nie było sensu, więc dzielnie staliśmy w Wasterhamn.
Przy okazji załoga zwiedziła stolicę Alandów.  Zrobiliśmy zaopatrzenie.  Odkryliśmy piwo Kariala, które w smaku nieco przypominało naszego Lecha. Oczywiście była też sauna.
         Następnego dnia przywitało na słońce. Zrobiło się ciepło. Wiał co prawda słaby wiatr, ale zdecydowaliśmy się popłynąć do Degerby. Trochę na żaglach, więcej na silniku, przeciskając się pomiędzy wysepkami dotarliśmy do Foglo Marina w Degerby. Miejsce ciche i spokojne. Urocza piwniczka z piwem, a przed wejściem do niej miska z napisem „Woda dla psów”. Chłopaki z załogi Andrzeja wypożyczyli rowery i pojechali na zwiedzanie rejonu Foglo. U nas pełny relaks.
         Po dniu postoju, ruszyliśmy dalej. Celem naszym było Kastelholm. Wiał  niezły wiatr, więc na samej genui spokojnie płynęliśmy pomiędzy wysepkami, racząc się widokami i nie tylko. Początkowo po torze wodnym, a potem na skróty pomiędzy skałami. Momentami adrenalina trochę się podnosiła,  gdy z niepokojem patrzyłem na wskazania echosondy:  4m,  3, 5m,  3m,  2, 8m,  2, 4m,  2, 2m,  2, 1m,  a zanurzenie Morskiego Oka to 1.95m.  Na logu 5kn, a na dnie skały. Potem ulga: 3m,  3, 5m,  5m,  8m, 1 2m). Potem znowu wąski tor wodny i wreszcie rozlewisko Lumparn.  Trochę przypominało wielkością nasze Śniardwy. Skaliste porośnięte lasem brzegi, skaliste wysepki i latarnie (a w zasadzie latarenki) morskie.  Mijamy maleńką wysepkę na końcu Lumparn i wchodzimy do fiordu, którego wodami dopływamy do cichutkiej przystani w Kastelholm. Stoi tu parę jachtów. Jeden mały budynek z portową infrastrukturą.  Sklepik, toalety, przysznice no i oczywiście sauna. Była też stacja paliw. A wszystko to obsługiwał jeden człowiek. Hafenmajster, sprzedawca, łaziebny i operator dystrybutora w jednej osobie.
         Następnego dnia, króciutki spacer w okolicach zamku, i wyjście do Mariehamn, ale z drugiej strony, do Osterhamn. Przeszliśmy fiord , a potem skrajem rozlewiska Lumparn, przez kanał z mostem obrotowym do zatoki nad którą leży Mariehamn.  Andrzej usilnie namawiał nas do stanięcia na dziko,  gdzieś przy jakiejś wysepce,  ale mając o pół metra większe zanurzenie niż Awentura nie zaryzykowałem walenia kilem o skały.  Morskie Oko zostało w porcie a Andrzej popłynął na dziki popas. Późnym popołudniem obok nas zacumował Carter z łotewską załogą. Przywitali nas, widząc polską banderę,  po polsku słowami „Jeszcze Polska nie zginęła. .  „ , co odebrałem z ulgą, bo nie miałem od tygodnia,  żadnych wieści z kraju. Upewniłem się jeszcze, czy to jest dalej prawda.
        Ranek następnego dnia zeszedł nam na zakupach, uzupełnieniu procentowego prowiantu, bo czekała nas ciężka przeprawa w Vaxholm, gdzie umówiliśmy się Mareczkiem Grzywą na spotkanie. Ale o tym później.  O 1100 oddaliśmy cumy i pożeglowaliśmy do Furusund. Pogoda była doskonała do opalania, ale nie do żeglugi. Słaby wiatr i upał. Na silniku w towarzystwie promów, płynęliśmy w stronę szkierów. Wieczorem ujrzeliśmy pierwsze wysepki Archipelagu Sztokholmskiego i o 2000 cumowaliśmy do pomostu w Furusund. Postaliśmy przez noc i rano o 0900 w tężejącym wietrze na żaglach ruszyliśmy wśród wysepek do Vaxholm.
O 1540 zza skał wyłoniła się twierdza Vaxholm i o 1600 staliśmy przycumowani w porcie. S/y Elizabeth cierpliwie na nas czekała.
         Wieczorem na Morskim Oku imprezka. SIZ Vaxholmski. Muszę powiedzieć, że mam spore luki w pamięci, więc szczegółowo nie opiszę. Wiem tylko, że puste butelki stanowiły ¾ pojemności 60l wora na śmieci. Dziarsko na drugi dzień zerwaliśmy się z koi i po krótkim przelocie od 0800 do 1200 zacumowaliśmy w Vasahamn w Sztokholmie. Załoga zwiedziła muzeum największego bubla w budownictwie okrętowym w dziejach ludzkości (Muzeum statku Vasa), a ja oddałem się procesowi regeneracji, czyli spaniu. Muszę przyznać, że duże miasta mnie męczą, więc z radością wyruszyliśmy z portu o 1600 do przystani w Finkarudd. Droga wiodła pomiędzy wysepkami, wiał słaby wiatr, tak, że o 2000 stanęliśmy w gospodarstwie Jurka Sychuta w Finkarudd. Niestety pogoda nie dopisała.  Zaczęło lać i lało całą noc. Ranek obudził nas zimny, mglisty i mokry. O 1200 oddaliśmy cumy i ruszyliśmy do Nynashamn. Znowu wysepki, dziesiatki wysepek. Woda spokojna. Takie nasze Mazury.
        Godzina 1700 keja w Nynashamn. Na szczęście rozpogodziło się. Zakupy z sklepie z owocami morza, pozwoliły nam przygotować na kolację wędzonego łososia w pikantnym sosie,  sałatkę z krewetek, świeżutkie bagietki w towarzystwie białego wytrawnego wina. Humory trochę się poprawiły.  Przecież to był już trzynasty dzień rejsu. Dawało się już wyczuć znużenie. Tym bardziej, że warunki żeglugi przypominały pływanie po Mazurach. Dodatkowym kłopotem był całkowity brak rozrywek w portach.  Wszędzie cisza, spokój. Młoda część załogi zaczynała się nudzić. W planach miałem jeszcze Vaestervick, ale doszedłem do wniosku, że miałbym już wtedy bardzo apatyczną załogę bliską spastyczności. Więc powrót do Polski. Awentura  też zdecydowała się wracać. O 1400 następnego dnia, po uzupełnieniu zapasów żarcia, napitków i paliwa, wyruszyliśmyw stronę Gotlandii. Andrzej namówił mnie, by na Gotlandii wejść jeszcze do jakiegoś portu na wyspie Faros. Wybraliśmy Lauterhorn. I to była najgłupsza decyzja w tym rejsie. Nie dość, że mieliśmy wiatr w pysk, to w nocy zlał nas deszcz i jesczcze dopadła burza ze szkwałami do 36kn.  Damską część załogi, sparaliżował strach gdy naokoło waliły pioruny, a jacht w szaleńczym przechyle rozbijał fale,  a na koniec się uspokoiło i nad ranem wiało już dokładnie 0B. Na kilka mil przed portem dogoniliśmy Awenturę, która wyszła parę godzin przed nami z Nynashamn.
          Widok portu mnie załamał. To chyba największa dziura w Szwecji.  Jeden budynek w porcie, sławojka, dwa jachty zapełniały cały port i dookoła mielizny. Postaliśmy w tym „uroczym” miejscu dwie godziny i o 1400 zwialiśmy w morze. Cel Visby. Wiatr wiał z południa. Początkowo jechaliśmy półwiatrem, a potem to już w pysk. Na domiar złego dopadła nas mgła i gdzieś w okolicy pałętały się promy i kutry. Dobrze, że na jachcie był radar. Wiatr w końcu zdechł by wieczorem powrócić i wiać dokładnie z SW. No cóż halsówka. Na domiar złego Navtex przestał podawać prognozy pogody a ściślej mówiąc podawał pogodę w postaci samych gwiazdek i jakichś robaków. Cholera wie, co w takich warunkach robić.
          Byliśmy w zasięgu komórek, więc zadzwoniłem do Maćka Sobolewskiego po poradę, jak to będzie z tą pogodą. Dostałem sms-a z prognozą i według niej zacząłem przygotowywać się do gry w szachy z wiatrem.
          O 0100 weszliśmy po cichutku do Visby. Widać było, że załoga okrzepła.  Bez jednego słowa komendy, każdy wiedział co ma robić, stanęliśmy przy kei. Parę godzin snu, zakupy, obiadek w restauracji. I o 1645 po zatankowaniu paliwa wyszliśmy w morze. Celem naszym była Łeba. Z Maćka prognozy wynikało, że wiatr ma wiać z SW potem S a potem SE. Na razie wiało z  W. Ustaliłem, że pojedziemy jak najdalej na zachód, gdy wiatr odkręci na SW odbijemy na południe, gdy wiatr będzie wiał z S pojedziemy na wschód i gdy wzrośnie do 6B,  odkręcając na SE,  będziemy na podejściu do Łeby pełnym bajdewindem. Pomyliłem się o jedną godzinę w szacowaniu zmian kursu i zabrakło mi 7 mil,  by jednym halsem dojechać do Łeby. Po przepisowym zgłoszeniu wejścia prze UKF, odprawie granicznej, po 44 godzinach żeglugi, o 1230 stanęliśmy w marinie. Trochę martwiło mnie wskazanie echosondy 0.  9m, co przy prawie dwumetrowym zanurzeniu jachtu sugerowałoby dosyć skuteczne stanie na mieliźnie. Ale jacht poprawnie reagował na ster, a manewrowanie przypominało troszkę jazdę w budyniu. Widocznie tyle mułu jest w porcie. Załoga odżyła. Wszędzie mówią po polsku. Łeba w środku sezonu jest zatłoczona, wszystko pootwierane. Wkurzał tylko deszcz. Wieczorem przyszedł sms od Maćka Kotasa, że o 2200 Tequila będzie wpływać do Łeby. Cierpliwie czekałem, ale niestety sen mnie wcześniej zmorzył. Rano przeczytałem wiadomość z Awentury, że utracili ster i czekają na hol koło Petro Balticu.  Następnego dnia słyszę w UKF-ce, że do Łeby melduje wejście „Bury Kocur”, budząc niejaką konsternację w SG. Szwedzka bandera, a port macierzysty Gdańsk. Nie mogli kompletnie tego zrozumieć. Natomiast mnie naszły wspomnienia z Vaxholm, a w zasadzie brak wspomnień. Tequila i Bury Kocur i ja w jednym porcie.  Poczułem jak moja wątroba wywiesza białą flagę. Ale nie było tak źle.  Miłe spotkanie, nocne rozmowy Polaków. Na drugi dzień o 1400 wyszliśmy z Łeby,  by wieczorem o 1930 stanąć w Władysławowie. Jeszcze tylko pożegnalna flaszeczka z kapitanem Tequili i następnego dnia powrót do domu. Tym razem samochodem. Nasz prawie 1000 milowy rejs się skończył.
          Przed odjazdem do portu przyjechał Andrzej. Zdał relację z awarii.  Ster się rozsypał ze starości. Na szczęście mieli z czego zrobić awaryjny i na nim dotarli w zasięg komórek by załatwić holowanie. No coż, doświadczenie.
          Na koniec chciałbym podziękować Andrzejowi Remiszewskiemu za nieocenione rady, Maćkowi Sobolewskiemu za trafną prognozę pogody, Jurkowi Kulińskiemu za jego locje, Jurkowi Sychutowi za ugoszczenie nas w Szwecji. 
Żyjcie wiecznie.
Jurek

Alandy z oddali

Furusund

Vaxholm

Imprezka z Vaxholm

Vasahamn w Sztokholmie

Krajobraz szkierów

Finkarudd u Jurka Sychuta

Nynashamn

Visby

Mariehamn

Degerby

SIZ i Alandy

Morskie Oko w drodze do Kastelholm

Kastelholm

Poranek w porcie

Mariehamn - Osterhamn

Łeba

Łeba