|
19 sierpnia 2007 o godz. 01:13:19 +0200, Bogdan Sobilo <chiron3WYTNIJTO@poczta.onet.pl> na grupie p.r.z w wątku "Kemi- wrocilismy z rejsu" opisał rejs do Świętego Mikołaja. Witam! Krotko przed północą wróciliśmy z rejsu. Oto kilka szczegółów podanych na gorąco: Rejs zaczął się w 2 sierpnia w Górkach Zachodnich. Wypłynęliśmy nazajutrz. Część załogi zwyczajowo składała hołdy Neptunowi. W niedziele po południu morze się uspokoiło i ujrzeliśmy Hoburg. Kilka godzin później zacumowaliśmy w Visby. Trwał tam właśnie Tydzień Średniowiecza. Obok stoją już Kmicic i Wołodyjowski. Przez cały dzień spacerujemy wąskimi uliczkami hanzeatyckiego miasteczka pośród barwnego korowodu wszelakiej maści przebierańców. Wieczorem składam wizytę kapitanowi Wolodyjowskiego, który radzi mi jaka trasa popłynąć do Sztokholmu. Wcześniej jeden z kolegów z tego jachtu pomógł nam w usunięciu awarii przekładni- raz jeszcze dziękujemy! O zmierzchu opuszczamy gościnne Visby. Najpierw idziemy na silniku, a kiedy po północy zrywa się wiatr stawiamy żagle. Wtorkowy wieczór zastaje nas już w szkierach. Musimy iść na silniku pod prąd przeciwny, słaby na szczęście wiatr. Kontrkursem idzie na żaglach pięknie odrestaurowany Zamonit. Miesiąc wcześniej spotkałem tą łódkę przy Rozewiu. Robimy zdjęcia i kontaktujemy się przez radio. Kiedy okazuje się, ze nie dotrzemy przed północą na popas do Dalaro, stajemy na kotwicy. Rano czujemy się niemal jak na Mazurach- lekka mgiełka, łabędzie i brzeg tuż tuż. Podnosimy kotwice i przez następnych 12 godzin znów na silniku prujemy przez szkiery na podbój stolicy Królestwa Szwecji. Nieco emocji nastręcza przejście przez wąski przesmyk, gdzie głębokości niewiele przewyższają zanurzenie naszej Freyi... Nieoceniona staje się locja Papy Kulinskiego. Wczesnym popołudniem w środę cumujemy w marinie przy okręcie Waza. Po kąpieli wszyscy idziemy zwiedzać ten nietypowy wrak. Na całej załodze okręt i cala ekspozycja robi niezatarte wrażenie. Wieczorem integrujemy się na małym party w kokpicie. Zastanawiamy się na ile realne jest nasze marzenie o dotarciu do Kemi. Rankiem mgła niweczy nasze plany wczesnego wyjścia. Korzystając z czasu idę na Wolodyjowskiego. Doświadczony kapitan niczym Kasandra wieszczy ze nie mamy szans dotarcia do Kemi mimo, ze mamy jeszcze 7 dni rejsu. Zachęca do odwiedzanie Kłajpedy, gdzie - jak powiada-są dwa ciekawe zamki do obejrzenia. Hm ...cóż pożyjemy zobaczymy -myślę sobie. Wreszcie po 10 rano w czwartek na silniku opuszczamy Sztokholm. Do północy płyniemy na silniku, żegluga wśród szkierów z czasem staje się nieco monotonna. Potem stawiamy żagle, ale wieje słabo i oczywiście w dziob. W tej sytuacji porzucamy plan wejścia na Alandy i kierujemy się bezpośrednio w głąb Zatoki Botnickiej. Piątkowy poranek nie przynosi niespodzianek: mgła, deszcz i całkiem silny przeciwny wiatr. Wreszcie po niemal dobie halsowania mijamy Kwarki Południowe. W sobotę wiatr przestaje wiać. Mimo zakusów załogi nie pozwalam włączyć maszyny. Tłumacze, ze musimy oszczędzać paliwo. Przez dwie doby niemal stoimy w miejscu. Załoga odreagowuje, impreza w kokpicie, oczywiście bez udziału kapitana... W poniedziałek znowu zaczyna wiać, a we wtorek wieczorem wieje już 6 i to z dobrego kierunku. Po pełnym emocji podejściu w środę wieczorem cumujemy w Kemi. Cel osiągnięty! Udało nam się umknąć przed sztormem, który rozhulał się na morzu. Dzielna 3 wachta zmaga się w strugach deszczu z awaria sterociągu, który pękł podczas manewrów portowych. Po południu jedziemy do Rovanniemi, by złożyć wizytę św. Mikołajowi. Empirycznie przekonujemy się o istnieniu tego dobrotliwego człowieka. Kiedy dowiaduje się, ze jesteśmy z Polski, wykonuje ręka charakterystyczny gest podnoszenia kieliszka. Hm... bestia zna się na ludziach i sama nie wylewa za kołnierz, bo niby skąd ten czerwony nos?! ;-) Wieczorem kompletnie przemoczeni wracamy obładowani wszelakimi prezentami na jacht i integrujemy się z nowa załogą. W piątek rano wyruszamy w dłuuuga drogę powrotna. Po 36 godzinach jazdy, przeprawie promowej Helsinki-Tallin docieramy do Polski. Podsumowując: dzielna załoga i krzepka Freya przebyli w drodze do krańca Bałtyku 890 Mm w czasie 260 h. Jacht i załoga spisali się znakomicie. Korzystając z okazji pragnę podziękować Adamowi opiekunowi Legii i Krystianowi Listewnikowi, bez pomocy których rejs nie byłby możliwy. Tradycyjnie słowa wdzięczności kieruje do Bogdana „Guru” Łojowskiego, który znalazł dość czasu i cierpliwości by wtajemniczać mnie, „Wyspę oporu edukacyjnego”, w arkana elektronicznej nawigacji. Osobne słowa uznania należą się Marianowi Smialkowskiemu, armatorowi Freyi. Uratował ten jacht oraz bliźniaczego Mestwina przed całkowitą „śmiercią techniczna”. Z roku na rok jachty są w coraz lepszym stanie i coraz więcej pływają. Wszystko to zasługa umiejętności, uporu i samozaparcia jednego człowieka. Kolejny rejs się skończył. Dotarliśmy do krańca Bałtyku. Zrealizowaliśmy swoje dziecięce marzenia. Teraz czas na realizacje innych marzeń. Pozdrawiam wszystkich serdecznie padający ze zmęczenia Bogdan Sobiło |