|
Niemowlaki na pokładzie.
26 czerwca 2006
o godz. 22:26:47 +0200, Krzysiek Chajęcki
zamieścił na grupie relacje z rejsu będącego pierwszym
w Polsce rejsem morskim z 10-cio miesięcznymi bliźniakami na pokładzie.
Rejs ten był jednocześnie sprowadzeniem do Polski jachtu zakupionego w
Szwecji. Niemowlaki w rejsie
pełnomorskim na małym jachcie... ;-) Witam! Chcieliście, a ja obiecałem no
to macie co chcieliście... ;-) A więc od początku: Warunki: jacht s/y Rana, długość 7,1 m, 2,25 m szerokości, balastowy (600 kg balastu, 1,11 m zanurzenie konstrukcyjne) dość niski jak na współczesne standardy (ok. 1,63 cm w kabinie). Kuchenka na kardanie, WC chemiczny. W żadnym razie nie przypomina współczesnych hotelowców podobnej długości, które zazwyczaj oferują pełną wysokość stania i większą szerokość, co jak przywieje odbywa się kosztem właściwości nautycznych w tym dzielności morskiej. Dość o jachcie; Pora pisać o dzieciach: płynęliśmy rodzinnie, wg. modelu pływania przyjętego na zachodzie, a krytykowanego lub wręcz tępionego w Polsce, gdzie władze żeglarskie twierdzą, że to sport niebezpieczny i próbują narzucać żeglarzom paramilitarne rygory. Nasza załoga składała się z ojca—skippera (czyli mnie), mającego spore doświadczenie żeglarskie, w tym pewne doświadczenie morskie, mojej żony Beaty, 14 letniej córki Ani, oraz naszych najmłodszych dzieci, czyli szalonych 10 miesięcznych bliźniaków, Jaśka i Grześka. Trasa naszego rejsu wiodła z pod Sztokholmu szkierami na południe, potem był przeskok na Gotlandię, a następnie do Władysławowa i przez Hel do Gdańska. Jak wiele osób wspominało, dzieci świetnie znoszą żeglugę na jachcie. Do wieku 3-4 lat nie wiedzą co to choroba morska, nie czują lęku przed wodą, przestrzenią, statkami... Sprawiają wrażenie jakby nie odczuwały falowania. Maluchy po przebudzeniu równie raźno wypełzały z dziobówki niezależnie czy jacht stał w porcie, czy jechał na metrowej fali. Ze względu na ograniczoną przestrzeń małego jachtu trudniej jest zapewnić im zajęcie, przez co należy zabrać ze sobą odpowiedni zapas ich zabawek. Szczególnie zdają zadanie wszelkiej maści zabawki grające i hałasujące (doprowadzając jednocześnie do szału pozostałych członków załogi) oraz spinacze do bielizny :-). Oczywiście każdy dostępny w zasięgu łapek przedmiot muszą dokładnie zbadać, również za pomocą kubków smakowych.. ;-), szczególnie atrakcyjne wydają się mapy i locje tatusia (dokładniej rzecz biorąc locje oczywiście autorstwa Jurka Kulińskiego), czy kabelek zasilający do GPS-a... ;-) Pod koniec rejsu odkryły tak fascynujący przedmiot jak UKF-ka wciśnięta w kąt jaskółki. Nie dość, że świeci, to jeszcze czasem zagada. No i ten fascynujący kabelek od mikrofonu... ;-) Tyle uwag ogólnych; reszta w grupach tematycznych: Bezpieczeństwo: Mieliśmy dla chłopców kamizelki dziecięce które powinny dla nich pasować, ale na tyle krępowały im ruchy, iż zrezygnowaliśmy z ich zakładania. W zamian za to na pokładzie cały czas przebywały w szelkach bezpieczeństwa adaptowanych z szelek wózkowych firmy campol babies (takie pierwsze wpadły w ręce). Szelki były mocowane za pomocą jednego wąsa długości ok. 1 metra (wraz z paskiem szelek dawało to ok. 1,5 metra luzu) do specjalnego ucha przytwierdzonego w tym celu pod zejściówką na ścianie kabiny. Ponieważ grubość laminatu w tym miejscu wynosiła ponad centymetr, uchwyt ten służył do wpinania wąsów również pozostałym członkom załogi. Higiena: dziecko brudne, dziecko szczęśliwe, ale bez przesady. Mieliśmy dla chłopaków spory zapas chusteczek nawilżanych pampersa. Oczywiście w portach normalnie myło się ich pod prysznicem (co wcale im sie nie podobało i powodowało głośny wrzask) Jedzenie: dzieci są jeszcze karmione piersią. Oprócz tego dostawały słoiczki (których na co dzień w domu nie jedzą) i trochę z naszych talerzy. Co prawda w domu zazwyczaj jadają to co my, ale na rejsie staraliśmy się nie ładować w nich zbyt wiele konserwantów które sami wchłanialiśmy. Jeśli akurat trafiało się coś świeżego, to oczywiście jadły z nami. Do przygotowywania kaszek używaliśmy wrzątku z termosów. Na otwartym morzu gdy raz wiało więcej, raz mniej robiliśmy wrzątek jak tylko warunki na to pozwalały. W czasie pływań w szkierach wrzątek przygotowywany rano starczał na cały dzień. Zabawy: dzieciaki uwielbiały bawić się rumplem, korbami od kabestanów, linami. Szczególne przypadła im do gustu jaskrawo żółta korba pływająca zakupiona przed rejsem w sklepie sail-ho. Oczywiście korby zazwyczaj były wpięte w kabestany, więc zabawy na ławach kokpitu musiały odbywać się pod szczególnym nadzorem mimo wpiętych szelek (jakby się przewinęły pod relingiem to do wody by doleciały, a ta ciepła to nie była... ). Chłopcy są aktualnie na etapie raczkowania i wstawania...trochę brakowało im przestrzeni do pełzania a podnosili sie łapiąc wszystko co było w zasięgu małych rączek (nawet włosy mamy—co o np. 5 rano było mało przyjemne), albo wstawali przy szafkach co czasem bywało przyczyną siniaków (mieliśmy wrażenie , że im bardziej bujało tym mieli większą radochę z podnoszenia się i stania). W efekcie przez dwa tygodnie rejsu poczynili znacznie większe postępy w nauce chodzenia niż byłoby to możliwe w normalnych warunkach lądowych. Tydzień przed rejsem Grzesiek jeszcze nie pełzał. Po dwutygodniowym rejsie stoi samodzielnie oparty o cokolwiek, bądź trzymając się jedną ręką. Jasiek podobnie, chociaż przed rejsem potrafił już pełzać po całym mieszkaniu z zawrotną prędkością. Problemy: Pomijając zapalenie spojówek u Jaśka spowodowane nadmiernym słońcem, którego nasza naprawdę wielka apteczka nie przewidziała (mieliśmy nawet antybiotyk o szerokim spektrum działania przepisany na tą okazję przez naszego pediatrę - zabrakło kropel ze świetlikiem), problemów ze zdrowiem nie było. Były za to inne problemy. Jedna osoba wyjęta z grafiku wacht, czyli Beata, okazała się niewystarczająca do opieki nad dziećmi. Powodowało to większe zmęczenie pozostałych dwóch osób prowadzących jacht. Dzieciom w tym wieku nie daje się wytłumaczyć, że tatuś właśnie zszedł dwie godziny temu z nocnej wachty (0000 -- 0400) i musi trochę odespać. Równie ciężko im wytłumaczyć, że o północy ma usiąść na parę godzin przy sterze i wcześniej musi się trochę przespać. Powodowało to u mnie znacznie większe zmęczenie niż wynikające z teoretycznych obowiązków i rozkładu wacht. Wedle mojej analizy dwóch chłopa tym jachtem może spokojnie płynąć przez Bałtyk bez zbytniego zmęczenia, natomiast żegluga z brzdącami jest męcząca na tyle, że przez parę lat będziemy unikać takich przelotów. Nie jednak na tyle, aby rezygnować z pływania. Gdy dopływaliśmy do Władysławowa humory nam dopisywały na tyle, iż po oszacowaniu zapasów żywności, prądu i wody padło hasło, aby odwinąć na Bornholm... ;-) Niestety trzeba było wracać... ;-) Rejs na Bornholm planujemy na przyszły rok. Pozdrawiam |