W dzieciństwie, leżąc beznadziejnie na nadbałtyckich plażach lub chlapiąc się w wodzie do granicy bojek i nie dalej, marzyłem, żeby te same brzegi zobaczyć od drugiej strony; żeby do dwóch możliwych kierunków nadmorskich wędrówek - w prawo i w lewo - dodać trzeci, przed siebie, w stronę horyzontu.
Rozmyślałem też o dalekich oceanach, o wyspach Pacyfiku i
smukłych, polinezyjskich
wielokadłubowcach. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że te dwa marzenia
zostaną
po latach w naturalny sposób połączone...
Rok temu Janusz Ostrowski, kolega z Warszawy, zakończył budowę pierwszego w Polsce, tradycyjnego proa, wzorowanego na konstrukcjach z wysp Mikronezji. Uczestniczyłem w całym przedsięwzięciu od samego początku, brałem udział w pierwszych próbach i w późniejszych, gdy osiągnęliśmy prędkość 14 węzłów i złamaliśmy maszt. Bardzo się więc ucieszyłem, gdy Janusz zaproponował mi udział w tygodniowym rejsie plażowym wzdłuż wybrzeża Bałtyku na jego Pjoa. Urlop udało się załatwić, rodziny uspokoić (moja "lepsza połowa" była przekonana, że Janusz się mną zaopiekuje - i na odwrót...), w sobotę załadowaliśmy łódź na przyczepkę i ruszyliśmy do Międzyzdrojów, na miejsce startu.
Przejechaliśmy przez całą miejscowość w tę i z powrotem, coraz
bardziej zaniepokojeni. Tłumy ludzi, żadnych szans na dostęp do plaży,
brak miejsca
do zaparkowania, z noclegiem tez jakby krucho. W końcu wylądowaliśmy na
parkingu leśnym za miastem i ruszyliśmy na rekonesans pieszo. Całkiem
niedaleko znaleźliśmy dogodne, płaskie przejście na plażę, naprzeciwko
ośrodka Lasów Państwowych. W ośrodku jednak nikt nie chciał
słyszeć o przenocowaniu
obcych ludzi i przechowaniu samochodu. Wróciliśmy do
pojazdu, z zamiarem pojechania na pobliski, okropnie zatłoczony
camping. Po drodze brama - ośrodek
"Społem".
-Wchodzimy?
-A co nam szkodzi?...
Okazuje się - żadnych problemów. Strzeżony parking za 10zł
dziennie, pokoik też
po 10 od osoby, sympatyczne panie recepcjonistki, urzeczone widokiem
proa, udostępniły nam nawet służbowe prysznice. Największy problem
organizacyjny został rozwiązany.
W niedzielę o świcie przetransportowaliśmy kadłub, pływak i
pomost na plażę.
Rozpoczęło się żmudne montowanie łodzi, taklowanie, mocowanie żagla
i ładowanie bagaży. Przed rejsem uszyliśmy nowy żagiel, z mlecznobiałej
tkaniny plandekowej. Jak się okazało, nie leżał on idealnie,
później jednak spisywał się zupełnie dobrze. Przy okazji
wypróbowaliśmy system refowania.
Wbrew polinezyjskim tradycjom, Janusz naszył na nowym żaglu refbantę.
Po zmniejszeniu powierzchni łódź wyglądała niezwykle
romantycznie, jak
na starych rycinach - ale bardzo obawialiśmy się o
zrównoważenie żaglowe.
Wydaje się, że pod zarefowanym żaglem dałoby się płynąć tylko z
wiatrem,
a przy takim kursie prostszym i wygodniejszym sposobem zmniejszenia
mocy pędnika jest wybranie gejtawy.

Cały dzień zajęły nam przygotowania. Mocowanie szczelnych klap skrajników, sporządzenie z plastikowej siatki sakw na drobniejsze przedmioty, ustalenie najlepszego pochylenia masztu za pomocą wanty wybieranej talią, wreszcie spakowanie wszystkich bagaży w wodoszczelne worki. Zmieściły się ledwo-ledwo, na jedzenie nie starczyło już miejsca. Załadowaliśmy je więc do dużej torby i przywiązali po prostu do pomostu w okolicy pływaka. W ostatniej chwili wzięliśmy jeszcze płachtę z resztki materiału żaglowego (oddała nam wielkie usługi jako podłoga namiotu) i moją kamizelkę asekuracyjną (przydała się raz, a i to niezupełnie zgodnie z przeznaczeniem). Nie zapomnieliśmy też o banderze. Janusz uszył ją własnoręcznie, zamocowaliśmy biało-czerwoną na topie masztu. Nieważne, że nie całkiem zgodnie z zasadami. Ważne, żeby wszyscy - od plażowiczów, przed którymi chcieliśmy się pochwalić, do administracji, której zamierzaliśmy zagrać na nosie, wiedzieli, z kim maja do czynienia.
Nie śpieszyliśmy się, bo wiało dość solidnie 3-4B, i do tego
"w mordę".
W następnych dniach uważalibyśmy to za świetne warunki, ale na pierwsze
pływanie woleliśmy coś łagodniejszego. Dopinaliśmy więc przygotowania
na ostatni guzik, podziwialiśmy wyczyny kite-surferów i
"żaglowiec", wożący
wczasowiczów na przejażdżki po morzu.
Każdy z mijanych przez nas portów miał taką jednostkę. Są to
prawdopodobnie
stare kutry rybackie, przebudowane z mniejszym lub większym smakiem na
wzór
łodzi wikingów, śródziemnomorskich galer czy
starych karawel. Efekt jest
zazwyczaj dość komiczny, wyjątek stanowi właśnie "Unicus"
w Międzyzdrojach.
Ładnie, z dbałością o szczegóły wystylizowany na XVII-wieczny galeon, bardzo pasował do krajobrazu i do naszej wyprawy. Błękitne niebo, zatoka otoczona białymi plażami, w dali sosny imitowały palmy, a brzozy - lasy bambusowe. Na falach kołysał się statek... aż się prosiło, żeby podpłynęła do niego tubylcza łódź z żaglem "kleszcze kraba", aby wymienić tropikalne owoce na szklane paciorki...
Na razie jednak wiało wciąż zbyt mocno. Spotkany na plaży kite-surfer pocieszał, że to głównie wiatr termiczny, wieczorem osłabnie. Rzeczywiście, pod wieczór przycichło. Zepchnęliśmy proa na wodę i rozpoczęliśmy rejs. Galeon ominęliśmy w przyzwoitej odległości, czuliśmy się na razie zbyt nieswojo, żeby podpływać blisko. Siedzący na rufie cały czas dzierżył wiosło sterowe, dziobowy co chwile zerkał na banderkę, wypatrując oznak przeostrzenia. Po kilku halsach zaczęliśmy czuć się coraz swobodniej. Pjoa zachowywał się bez zarzutu na bałtyckiej fali, bez pomocy steru płynął we właściwym kierunku.
Zwroty szły nam coraz lepiej. Już w zeszłym roku Janusz wyposażył sztagi w gumowe napinacze, co rozwiązało problemy z pochylaniem masztu. Rano założyliśmy jeszcze na róg halsowy gąbkową osłonę, dzięki której nie kaleczył on dziobu w czasie żeglugi, a przy zwrocie - głów żeglarzy. Sternik odknagowywał halslinę i przesiadał się na ławeczkę, szotmen luzował szot, a następnie przenosiliśmy róg halsowy żagla za masztem. Potem szotmen przesiadał się na rufę, wybierał hals i pełnił rolę sternika (czyli: oddawał się błogiemu lenistwu), drugi zaś członek załogi wybierał szot i "powoził" łódką. Po nabraniu wprawy, cała operacja zajmowała nam zaledwie kilkanaście sekund. Proa obracało się w tym czasie samo.
O zachodzie słońca osiągnęliśmy brzeg u stóp
wysokich klifów Świętej Kępy.
Jednak o lądowaniu nie było mowy. Wszędzie na dnie, na plaży, na kursie
i po bokach roiło się od kamieni. Szkoda byłoby pierwszego wieczora
podziurawić dno! Pociągnęliśmy więc dalej wzdłuż brzegu, wspomagając
słabnący wiatr pracą pagaja. Po lewej minęliśmy zaznaczony na mapie
wrak.
Nigdy wcześniej żaden z nas nie miał okazji płynąć między taką
przeszkodą a brzegiem! Wtedy po raz pierwszy dostrzegliśmy uroki
żeglugi plażowej.
Za wrakiem klif zaczął się obniżać, a plaża zachęcała do
lądowania.
W ostatnich promieniach słońca wciągnęliśmy łódź na piasek,
rozbiliśmy namiot.
Już po zmroku obejrzeliśmy okolicę - obok na plażę schodziły schody, na
górze kończyły się jednak zamkniętą bramą. Na bramie
tabliczka:
Mili goście,
w trosce o Wasze dobro
prosimy o niewpuszczanie obcych osób
na teren ośrodka.
Dalej dojrzeliśmy jeszcze jeden napis:
Ośrodek wypoczynkowy KPRM (kancelaria premiera)
Nieupoważnionym wstęp wzbroniony.
Noc pod opieką wysokich władz minęła zupełnie spokojnie.
Na północy już od paru godzin gromadziły się ciemne
chmury. Obserwowaliśmy
uderzające w dół błyskawice z lekkim niepokojem, ale i
nadzieją - wał
chmur wyraźnie oddalał się na pełne morze. Uspokojeni, poszliśmy spać.
Obudziłem się na chwilę w środku nocy. "Niech ktoś wyłączy tę zmywarkę!" - przemknęło mi przez półprzytomny umysł. Nic z tego - przypominający pracę zmywarki odgłos przyboju będzie nam towarzyszył przez resztę rejsu.
Rano po chmurach nie zostało ani śladu, morze było zupełnie gładkie i wiał słabiutki wiaterek z pełnego baksztagu. Idealna pogoda na pierwszy dłuższy przelot! Prowadziliśmy łódkę wzdłuż brzegu, tuż za granicą rew, a czasami wręcz pomiędzy dwiema rewami. Omijaliśmy kąpieliska niedaleko za linią bojek, machaliśmy plażowiczom i (szczególnie) plażowiczkom...
Na obiad zatrzymaliśmy się w Dziwnowie. Dobytek pozostał pod
opieką ludzi na plaży,
my zaś zrobiliśmy zakupy (wśród nich kilo czereśni i 3 litry
maślanki na kolację,
a także nieodzowny krem z filtrem przeciwsłonecznym) i przekąsiliśmy
małe conieco.
Zamieniliśmy też parę słów z kajakarzami, których
"okręty" stały tuż obok.
Byli to jedyni na całej trasie ludzie, poza nami, uprawiający żeglugę
plażową.
Po południu ruszyliśmy w dalszą drogę, minęliśmy długą plażę w Pobierowie i zbliżyliśmy się do klifów Trzęsacza. Nigdy nie byłem w tej miejscowości, znałem tylko z opisów ruiny tutejszego kościoła, podmytego przez morze. Warto byłoby je obejrzeć, dopóki coś jeszcze zostało.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że u stóp klifu może leżeć sporo niebezpiecznych kamieni, a nawet fragmentów muru z podmytych budynków. Patrzyliśmy więc uważnie przed siebie i w dół, nie widzieliśmy jednak nic podejrzanego. Ładna, piaszczysta plaża, czyste, gładkie dno. Bez przeszkód przybiliśmy do brzegu, wciągnęliśmy Pjoa na piasek. Rzut oka za rufę - i włos nam się zjeżył. Tuż przy brzegu, na naszym kursie, fale omywały dwumetrowej wielkości kamień. Musieliśmy przepłynąć nad nim "okrakiem", biorąc go między kadłub a pływak. Obok z prawej dwa jeszcze większe głazy, całkiem sporo wystające nad powierzchnię wody, z lewej dno pokryte kamieniami nieco mniejszymi, ale równie nieprzyjemnymi dla naszego poszycia. Jakim cudem przeszliśmy miedzy tymi wszystkimi przeszkodami, nawet ich nie zauważając? - musiał tu zadziałać Duch Proa. W każdym razie obiecaliśmy sobie nie podchodzić więcej do takich "podejrzanych" miejsc.
Po chwili podszedł do nas ratownik.
-Panowie przepłynęli za blisko kąpieliska strzeżonego.
-A w jakiej odległości powinniśmy przepływać?
-200 metrów. Tyle obowiązuje motorówki i skutery
wodne.
A potem ominęli panowie kąpiącego się człowieka. Panowie go widzieli?
-Oczywiście żeśmy go widzieli, dlatego go ominęliśmy!
Pouczenie przyjęliśmy do wiadomości, choć nie wiem, czy potraktowanie
jak
skuter wodny było dla Pjoa komplementem czy obelgą.
Z kościoła w Trzęsaczu została już tylko jedna ściana. Szkoda,
bo sądząc
z zachowanych resztek była to ciekawa budowla. Po ostatnim zawaleniu
się
kolejnego fragmentu murów umocniono w tym miejscu klif
kamiennymi tarasami.
Nie wiem, jak długo wytrzyma - już teraz widać, że wzmocniony odcinek
utworzył
wysunięty cypel, reszta brzegu powoli znika w morzu.
Przed wyruszeniem w dalszą drogę ujrzeliśmy ponownie
ratownika. Coś sobie
przypomniał:
-A panowie to w ogóle mają jakieś uprawnienia?
Tego było już za wiele. Zamiast patrzeć, czy mu się ktoś nie
topi, będzie
zajmował się kontrolami, do których nie ma najmniejszego
prawa!
-...bo kiedyś paru pijanych gości wywróciło tu
motorówkę, trzeba było ich ratować i jeszcze do sądu nas
wzywano...
Janusz, powiedziawszy uprzednio co o tym myśli, mignął mu na odczepnego
przed oczami patentem. Na przyszłość postanowiliśmy trzymać się wersji,
że w myśl postanowień konwencji STCW i SOLAS "statki
drewniane o prymitywnej
konstrukcji" zwolnione są z wymagań technicznych i tych
związanych z kwalifikacjami
załogi. Jednak więcej nadgorliwców nie spotkaliśmy aż do
Ustki.
Cypel z latarnią w Niechorzu ominęliśmy już w słusznej
odległości.
Nie tyle ze względu na pretensje ratownika, ile z powodu groźnie
szczerzących zęby
gwiazdobloków. Za cyplem wiatr osłabł do zera, natomiast
pojawiła się spora martwa
fala. Zrzuciliśmy więc tłukący się żagiel i powiosłowaliśmy jeszcze
kilka kilometrów, żeby zatrzymać się na noc w jakimś
bardziej ustronnym miejscu.
Zaraz za ośrodkami w Pogorzelicy dostrzegliśmy na plaży stojący namiot. Ktoś obozuje, możemy i my. Trzeba tylko przejść przez przybój... Martwa fala miała około 80 centymetrów wysokości, niekiedy dochodziła do metra. Widocznie chmury burzowe, widziane przez nas poprzedniego dnia, rozhuśtały morze gdzieś na północy. Z lekka tremą powiosłowaliśmy w stronę plaży, w poprzek załamujących się na płyciznach fal.
Poczułem, jak rufa proa unosi się do góry, a
łódź nabiera prędkości.
Po chwili jednak grzbiet fali dogonił nas.
-Wiosłuj, wiosłuj! - usłyszałem wołanie Janusza zza
pleców. Łatwo powiedzieć - od dziobu do powierzchni wody
było w tym momencie dobre półtora metra, zbyt
daleko, aby sięgnąć wiosłem. Kadłub lekko obrócił się, tak
że następna fala
podbiła najpierw pływak. Nic groźnego - zjeżdżający w dół
pływak skierował
nas ponownie rufą do fali, znowu przyśpieszyliśmy, przez chwilę
przytarliśmy
dnem o piasek... i już byliśmy za rewą. Jeszcze chwila wiosłowania,
następna
fala wyniosła nas na samą plażę. Nie darowałem sobie - odczekałem, aż
woda się cofnie i wyszedłem na piasek suchą nogą. Był to oczywiście
gest czysto symboliczny, zaraz trzeba było
wejść do morza z powrotem i wyciągnąć łódź na plażę. Okazało
się, że
ostatnia fala zostawiła nam w środku parę litrów wody.
Innych strat nie było,
Pjoa udowodnił, że potrafi bez trudu przejść przez
przybój.
Nie skorzystaliśmy rano z zaproszenia od ludzi z łódzkiej szkoły filmowej, prowadzących wakacyjne zajęcia z dziećmi. Wiało tak słabo, że nie chcieliśmy dalej zwlekać. W dodatku wiało wprost "w mordę", a nie ma nic bardziej deprymującego dla żeglarza niż halsowanie pod nieistniejący wiatr.
Tyle dobrego, że fala również się uspokoiła i nie
musieliśmy martwić się
pokonywaniem przyboju. Po kilku halsach zobaczyliśmy na horyzoncie
przed dziobem
falochron w Mrzeżynie, a na morzu, całkiem blisko - jacht żaglowy.
Akurat
kurs wypadał dokładnie w jego kierunku, wystarczyło zaczekać ze
zrobieniem
zwrotu. Niewielki jachcik szedł pod samym fokiem, niósł
niemiecką banderę.
Okazało się, że płynie nim samotny żeglarz - starszy, brodaty "wilk
morski".
Wybrał się widać w dalekie kraje i proszę - zobaczył nawet
łódź tubylców!
Byliśmy bardzo zadowoleni, że pamiętaliśmy o naszej biało-czerwonej
fladze.
Przynajmniej zagraniczny gość nie miał wątpliwości co do narodowości
mijanej pirogi.
Zaraz potem wiatr ucichł. Wierni zasadzie, że nie orzemy morza i jeśli warunki nie pozwalają żeglować, nie żeglujemy, przybiliśmy do brzegu. Zdrzemnęliśmy się godzinkę obok plażującej rodziny z psem, a gdy wiatr znowu się przebudził, popłynęliśmy w dalszą drogę.
Obiad zjedliśmy w Dźwirzynie - kolejnej miejscowości znanej mi
z dzieciństwa. Przedtem jednak doznaliśmy lekkiego szoku. Po przybiciu
do plaży
obskoczyła nas gromadka dzieci. Nie byłoby to nic dziwnego, Pjoa
budziło zwykle największe zainteresowanie właśnie w dzieciach i osobach
w poważnym wieku. Czasem trafiła się jakaś rodzina, natomiast młodzież
płci obojga pozostawała obojętna. Czyżby już nie marzyli?...
Jednak nie obecność dzieci była szokująca, ale pierwsze pytanie, jakie
padło z ich strony:
-Ile kosztuje przejażdżka tą łódką?
Po prostu potraktowali nas jak jedną więcej atrakcję
turystyczną.
Odbiliśmy czym prędzej od brzegu i powiosłowali kilkaset
metrów dalej.
Tam jednak zrobiliśmy "interes": pozostawiliśmy Pjoa
pod opieką sympatycznej
rodziny, w zamian pozwalając dzieciom na zabawę w łódce.
Sami zaś udaliśmy
się do baru, gdzie do obiadu zażyczyliśmy sobie KONIECZNIE HERBATĘ.
Mieliśmy co prawda na pokładzie turystyczną kuchenkę, ale akurat
herbaty
ciągle zapominaliśmy kupić. W końcu kuchenka pozostała nieużywana przez
cały rejs, herbaty nie kupiliśmy do końca, a ciepłe posiłki jedliśmy
zawsze w barach i smażalniach, których bez liku jest na
polskim wybrzeżu.
Wróciliśmy nieco później niż zamierzaliśmy,
"opiekunowie" Pjoa
trochę zmarzli i wykorzystali naszą kamizelkę asekuracyjną jako ciepłą
sukienkę dla jednej z dziewczynek. Widok był malowniczy - i był to
jedyny
przypadek, kiedy kamizelka przydała się do czegoś.
Wieczór zastał nas jeszcze przed Kołobrzegiem. W
ciągu całego dnia, piłując pod wiatr, zrobiliśmy zaledwie 20
kilometrów. W dodatku na niebie zebrały się chmury... po
chwili jednak na zachodzie wyjrzał
zza nich rąbek słońca. Dobra nasza - warstwa chmur nie jest gruba, na
pewno da się płynąć.
Noc była koszmarna. W czasie halsówki słońce co chwila zaglądało do wnętrza Pjoa. Całe ciało można było wysmarować kremem, ramiona przez większość czasu okrywaliśmy sztormiakami, najgorzej chronione były stopy. Oj, bardzo przydałyby się egzotyczne mini-spódniczki z trawy, jakie nosiła niegdyś na kostkach Josephine Baker... Przez pół nocy spalone słońcem stopy piekły i bolały. Nad ranem trochę przeszło, następnego zaś dnia paradowałem w spodniach od sztormiaka i obowiązkowo w skarpetkach. Ot, kolejna nauczka.
Było dość pochmurno, za to wiatr z dużo lepszego kierunku - pełny bajdewind. Zaskakująco silny przybój nie znajdywał wytłumaczenia w warunkach wiatrowych. Widocznie z północy znowu nadciągnęła martwa fala...
Postanowiliśmy odejść na żaglu, wykorzystując siłę wiatru. Pomysł był dobry, tylko wybraliśmy niewłaściwy hals. Wiatr przeważnie - i w tym wypadku też tak było - nie wieje idealnie z tego samego kierunku, z którego nadciągają fale. Na jednym z halsów można gładko przejść przybój pod żaglem. Co innego na drugim halsie - albo nie pracuje żagiel, albo płyniemy burtą do fali. Namęczyliśmy się więc trochę, zupełnie niepotrzebnie, z pokonywaniem niewielkiego w sumie przyboju. Potem zaś pociągnęliśmy w stronę bliskiego falochronu w Kołobrzegu.
Pjoa nie chciał płynąć ani szybko, ani ostro. Martwa fala z baksztagu nakładała się ze świeżą, krótką z bajdewindu, do tego dochodziły interferencje zza falochronu - a wiatr nie był na tyle silny, żeby zapewnić nam w tych warunkach dość szybkości. Janusz musiał sięgnąć po "broń ostateczną" czyli pagaj. Trochę sterował, trochę wiosłował, żeby dodać nam nieco szybkości.
Za falochronem łódź odzyskała trochę wigoru i sterowności. Nieco więcej wiatru, nieco mniej nakładających się fal, to wystarczyło dla normalnej żeglugi. Opłynęliśmy plaże w Kołobrzegu i Ustroniu Morskim, tym razem zamiast plażowiczom, machaliśmy lecącemu nisko nad wodą sportowemu samolotowi. W pewnym momencie żagiel przestał pracować, jego róg halsowy uniósł się wysoko. Odwiązał się hals! Najwidoczniej szarpanie na falach poluzowało węzeł. Ściągnięcie żagla do osi kadłuba, stanięcie w dryfie, zabranie luźnej halsliny z dziobu i przywiązanie jej na miejsce, ponowne wybranie żagla - wszystko to trwało może kilka minut. Innych awarii w czasie rejsu nie odnotowano.
Zbliżaliśmy się do cypla w Gąskach. Znowu powtórzyła się, ze szczegółami, historia sprzed Kołobrzegu: rozkołys przyhamował nas na tyle, że Pjoa bez pomocy wiosła sterowego nie było w stanie iść ostrzej niż półwiatrem. Inna była tylko skala zjawiska - w międzyczasie urósł zarówno wiatr jak i fala. To, co widzieliśmy przed dziobem, również nie wyglądało zbyt przyjemnie. Przybój zaczynał się daleko przed cyplem, widać było wiele rzędów łamiących się fal.
W końcu było już pewne, że tym halsem nie ominiemy Gąsek w bezpiecznej odległości. Pozostawało dobić do brzegu i przeczekać, lub po prostu zrobić zwrot i nabrać wysokości. Wybraliśmy oczywiście to drugie. Na drugim halsie siedziałem na rufie z wiosłem sterowym i na własnej skórze czułem krnąbrność Pjoa na tej fali. Trzeba było użyć całkiem sporej siły, żeby skłonić łódź do wyostrzenia.
Wreszcie jednak mieliśmy dość wysokości, żeby minąć cypel. I
znowu
historia się powtórzyła: bez interferujących fal i z nieco
silniejszym
wiatrem proa zmieniło się w żwawą, posłuszną i sterowną
łódkę. Janusz
mógł schować pagaj, łódź pięknie "chodziła za
ręką" trzymającego szot.
Można było pracować nim jak rumplem - ściągnięcie szota powodowało
ostrzenie,
a luzując go odpadało się od wiadru.
Przed dziobem kusiły do przybicia zabudowania Sarbinowa, z
niespotykanym na polskim
wybrzeżu bulwarem pełnym budynków, my jednak ciągnęliśmy
dalej.
Janusz już przed wyruszeniem starał się zainteresować naszą eskapadą
lokalną
prasę i stacje telewizyjne. W końcu udało się umówić z ekipą
telewizji Koszalin,
wieczorem w Mielnie. Mieliśmy wszelkie szanse nie spóźnić
się na spotkanie.
Mielno osiągnęliśmy szybko. Przemknęliśmy wzdłuż plaży, wypatrując jakiegoś względnie wolnego miejsca do lądowania. Jednak poranne chmury dawno przeszły, dzień zrobił się piękny i na brzeg wyległy tłumy plażowiczów. Wreszcie, po kilku kilometrach dotarliśmy do nieco mniej zatłoczonego obszaru. Skierowaliśmy Pjoa w stronę brzegu, przechodząc tym razem przybój pod żaglem. Fala była tylko odrobinę niższa niż dwa dni temu, mimo to przejście przyboju okazało się zupełnie łatwe. Żagiel zapewniał nam prędkość wystarczającą do pełnej sterowności, nic nas nie zalało, nie uderzyliśmy w dno, nie zostaliśmy obróceni burtą do fali... nawet nie rozjechaliśmy nikogo z ciekawskich.
Sklarowanie łódki, zakupy, jedzenie, ładowanie komórki, przepłukanie (zupełnie bezskuteczne) włosów słodką wodą. No i nawigacja - okazało się, że nasz wolny kącik do lądowania znaleźliśmy dopiero za Unieściem. Trudno, przecież nas znajdą.
Pozostały czas wykorzystaliśmy do naprawy wiązań pływaka.
Uderzenia fal
spowodowały, że przesunął się on na rurach łączących o kilka
centymetrów.
Nie było to groźne, ale dla porządku rozwiązaliśmy linki, łączące
pływak z rurami, przesunęliśmy go na miejsce i związaliśmy ponownie.
Taka rutynowa
konserwacja wiązań nie jest niczym dziwnym w polinezyjskiej praktyce
morskiej,
czasem wykonuje się ją nawet na wodzie.
O umówionej godzinie postawiliśmy żagiel. Po chwili witali nas reporterzy z telewizji. Zaproponowali, żebyśmy pokazali Pjoa w akcji. Hm, przybój trochę zmalał, czemu nie? W najgorszym wypadku będą mieli bardziej efektowny materiał niżbyśmy chcieli.
Zarówno odejście, jak i dojście przez przybój na żaglach poszło perfekcyjnie. Zwrot prawie perfekcyjnie. Janusz nabił sobie co prawda siniaka przy szybkim wsiadaniu z wody na łódkę, ale cóż to jest wobec pięknych ujęć w telewizji! Potem był wywiad, a kamerzysta zrobił jeszcze kilka zdjęć. W ten sposób Pjoa stał się gwiazdą srebrnego ekranu. A my przy okazji...
Pomyślny wiatr utrzymał się następnego dnia, tyle że znacznie osłabł.
Osłabła też fala, nie mieliśmy więc już takich kłopotów ze
sterownością
jak poprzedniego dnia. Ruszyliśmy w dalszą drogę powoli, ale jak się
okazało, skutecznie pokonując kolejne mile.

Niewielka szybkość troszkę nas irytowała. Ten, który siedział na rufie, nie mógł się powstrzymać od wiosłowania. Z początku był to Janusz, później zamieniliśmy się miejscami. Z początku nie rozumiałem jego ochoty do przemęczania się, po chwili jednak sam chwyciłem za pagaj. Pomaganie łódce wiosłem było bardzo przyjemne - nie kosztowało zbyt wiele wysiłku, a zyskiwaliśmy na prędkości dobry węzeł, głównie dzięki dużo płynniejszemu ruchowi na fali.
W pewnym momencie zadzwonił telefon Janusza. Jakaś nie
cierpiąca zwłoki sprawa zawodowa... Słyszę jak mówi do
rozmówcy po angielsku:
-I'll call you later. Now I am in the middle of nowhere!
To było doskonałe określenie na naszą leniwą żeglugę. Byliśmy
IN THE MIDDLE OF NOWHERE.
Kilkoma halsami obeszliśmy port w Darłówku. Za
falochronem wiatr
troszkę się rozdmuchał, wiosłowanie przestało być potrzebne.
-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może w Jarosławcu?...
Nie zbliżając się więc zanadto do brzegu, wzięliśmy kurs
bezpośrednio
na cypel w Jarosławcu. Nauczeni doświadczeniem, opłynęliśmy go
w przyzwoitej odległości od umacniających brzeg
gwiazdobloków.
Za cyplem dialog się powtórzył:
-Zatrzymujemy się na obiad?
-E, płyńmy dalej. Może zjemy herbatniki?...
Przejąłem szot, Janusz położył się na pomoście i wydostał paczkę
ciasteczek
z torby z zapasami. Po chwili byliśmy już pokrzepieni i gotowi do
dalszej
żeglugi.
Na słabnącym wietrze ciągnęliśmy w stronę Ustki. Ten etap musieliśmy pokonać bez przystanków, gdyż poligon wojskowy - chociaż otwarty dla żeglugi przez cały lipiec - nie stanowił zachęcającego miejsca do lądowania. Spojrzeliśmy na mapę - przed Ustką brzeg wyginał się na kształt płytkiej zatoczki. Istotnie, plaża oddalała się wklęsłym łukiem, a na horyzoncie majaczył ląd. Popłynęliśmy więc po cięciwie, osiągając (albo i przekraczając) przepisową granicę 2 mil.
W głębi zatoki dostrzegliśmy żagiel. Czyżby ktoś jeszcze oprócz nas bawił się w żeglugę plażową? Skręciliśmy nieco w kierunku brzegu, minęliśmy jacht dozyć blisko. To nie była plażowa łupinka, tylko całkiem spora i bardzo ładna łódź, najwyraźniej z drewna i sklejki. Pomachaliśmy, pochwaliliśmy ich ładny wygląd i skręciliśmy w swoją stronę, zastanawiając przez chwilę, skąd i dokąd płyną o tej porze, tak blisko brzegu.
Byliśmy gdzieś w połowie zatoki, kiedy nadszedł wieczór i wiatr zdechł zupełnie. Trudno, nie było sensu ciągnąć dalej. Na plaży niemal naprzeciwko zauważyliśmy jakieś budki, dalej większe zabudowania, coś dużego i czerwonego... wyglądało to dość cywilnie, postanowiliśmy więc dobić tam do brzegu. Płyniemy na pagajach, obaj dosyć zmęczeni i trochę przegrzani po całym dniu na wodzie i słońcu. Minęła chyba godzina, zanim dobiliśmy do plaży.
Do plaży tuż obok główek portu.
Do plaży obok portu w USTCE...
Wystarczyło bardziej krytycznie popatrzeć na mapę, żeby
zobaczyć, że
zatoczka ciągnie się dalej aż do Rowów, na które
właśnie, przybliżone
przez refrakcję, kierowaliśmy się. Cóż, nie popisaliśmy się
jako
nawigatorzy. Dobrze że Duch Proa uciszył wiatr we właściwym momencie.
Tak czy inaczej, przebyliśmy dobre 60 kilometrów. Jeszcze dwa takie dni i dotrzemy na Hel - ta myśl kołatała nam się obu po głowach, ale żaden z nas nie śmiał wypowiedzieć jej głośno.
Nie było "dwóch takich dni" jak poprzedni. Rankiem zastał
nas wiatr
co prawda z idealnego kierunku, ale wiejący z siłą dobrych 4B, a fala
przyboju przekraczała metr wysokości. Co gorsza, dalej od brzegu
widać było stanowczo zbyt dużo białych grzywek. Gdybyśmy - z pewnością
cali mokrzy - przebyli przybój, nadal co druga fala
lokowałaby nam
w kadłubie parę wiader wody.
Zupełnie nie uśmiechała nam się żegluga w takich warunkach. Zastosowaliśmy więc naczelną zasadę pływania plażowego: kiedy nie ma warunków, przesiadamy się na ŁÓDKĘ BOLS. Zostaliśmy więc w Ustce. Janusz pojechał do Międzyzdrojów po samochód i przyczepkę, ja zaś pilnowałem dobytku.
Już poprzedniego wieczora na plaży przywitali nas przyjaciele. Tego mi chyba najbardziej brakowało przez cały rejs - spotkań z podobnymi do nas, żeglarskimi włóczęgami. Plażowicze, choćby najbardziej zainteresowani, to jednak nie było to.
W Ustce od razu dostaliśmy się pod opiekę Edwarda i Romka, z którymi Janusz już wcześniej nawiązał kontakt przez internet. Zaprosili nas na swoje jachty na herbatę (a jakże, z rumem), rozmowa ciągnęła się do późna. W piątek przed południem byli jednak zajęci swoimi sprawami, ja zaś mogłem liczyć tylko na to, że ktoś z rozłożonych obok plażowiczów zgodzi się przypilnować Pjoa na czas posiłku i zakupów.
Nie było to jednak takie łatwe. Plaża zapełniała się powoli, jednak nasza łódź i stojący obok namiot były przez wszystkich omijane szerokim łukiem. Ani chybi, z takimi wariatami nikt nie chciał mieć nic wspólnego... Znaleźli się w końcu odważni. Małżeństwo z dzieckiem i szwagierką, szczerze zainteresowało się naszym okrętem. Zrobili kilka zdjęć, rozłożyli tuż obok swoje koce. Postanowiłem na ich cześć postawić żagiel, który rano na wszelki wypadek zarefowaliśmy. Chyba się podobało - a widok stojących ku górze "kleszczy kraba" przyciągnął także innych gości.
Pierwszy był ratownik.
-Czy chcecie teraz wypływać?
-Nieeeee, w taką pogodę nie będziemy się wygłupiać! Żagiel postawiłem
tylko dla reklamy...
Ratownik był niezwykle życzliwy. Okazało się, że zna Arka
Pawełka i odnosi
się ze zrozumieniem do wszelkich żeglarskich wariactw. Spojrzał na moje
palce, popękane od słonej wody.
-Proszę przyjść tam do nas, opatrzymy.
Propozycję przyjąłem z wdzięcznością, ale nie mogłem zrealizować od razu. W tej samej chwili podeszło bowiem do łódki dwoje dziennikarzy z "Głosu Słupskiego". Zdjęcia, krótki wywiad... i następnego dnia artykulik na pierwszej stronie gazety! "Proa pruje Bałtyk".
Wreszcie mogłem wybrać się do miasta. Najpierw ratownicy i fachowe opatrzenie palców. Tym sposobem nasza wyprawa nie obeszła się bez interwencji ratowników i udzielenia pomocy medycznej. Na odchodnym dostałem "sześciopak" ampułek soli fizjologicznej.
Potem obiad w zaprzyjaźnionej smażalni - nieśmiertelny dorsz (Janusz dokładał sobie do niego jeszcze golonkę) i do sklepu po zakupy. W drodze powrotnej rzut oka na port. Przy nabrzeżu kołysze się drugi w Ustce niezwykły statek - tratwa Andrzeja Urbańczyka, czekająca na sprzyjającą pogodę do wypłynięcia. Robi bardzo solidne wrażenie, chociaż chyba wolę naszą łódkę... Załoga wyglądała na zbyt zajętą przygotowaniami, żeby zawracać im głowę.
Obok natomiast stał ten właśnie sklejkowy jacht "Guliwer",
który spotkaliśmy
w drodze poprzedniego dnia. Z bliska wygląda jeszcze ładniej, z
drewnianym
masztem i pokładem. Zejściówka jest otwarta.
-Puk puk! Dzień dobry, spotkaliśmy się wczoraj na morzu.
-O, witam! Właśnie wybierałem się na plażę, żeby zobaczyć waszą
łódź.
W ten sposób zyskaliśmy kolejnego zaprzyjaźnionego
żeglarza.
Nad plażą tymczasem zaczęły unosić się latawce. Takie duże,
napędzające
deski kite-surferów. Wielki postęp w porównaniu z
tym, co było widać
jeszcze parę lat temu. Skrzydła o powierzchni kilkunastu
metrów kwadratowych,
o pięknym, gładkim profilu, bardzo stateczne i idealnie sterowne.
Deskarze pędzili na złamanie karku w stronę betonowych
gwiazdobloków,
na kilka metrów przed przeszkodą przekładali po prostu
latawiec na drugi
hals i ruszali z powrotem. Patrzyłem na nich z zazdrością, ale i
sympatia - w pewnym sensie deski kite-surfingowe mają sporo
wspólnego z tradycją proa.
Zbliżał się wieczór, rozmawiałem właśnie z bardzo sympatyczną rodziną, która spacerowała na plaży i zainteresowała się naszą łodzią. Wymieniamy się adresami, wpisują mi autograf do zeszytu... wtem od strony falochronu zbliża się dwóch umundurowanych pograniczników. "Będzie zabawa..." - pomyslałem.
Rzeczywiście - spojrzeli na nasz namiot i oskarżyli o BIWAKOWANIE NA PLAŻY. Czym różnił się on od setek namiocików, parawanów i innych zasłonek, rozstawionych wokół przez cały wietrzny dzień, nie zdołałem się dowiedzieć. Widok śpiworów i innych bagaży w środku stał się koronnym dowodem: BIWAKOWALIŚMY Z PREMEDYTACJĄ, łamiąc tym samym zarządzenie porządkowe Dyrektora Urzędu Morskiego w Słupsku. Pogranicznik nakazał natychmiastowe zwinięcie namiotu i wystawił mandat na całe 100 złotych. Nie mógł postąpić inaczej, bo - jak twierdził - było już kilka telefonów od obywateli, zgorszonych naszym występkiem...
Mandat sprawił mi niekłamaną radość. Oczyma duszy widziałem go
już
na kilku stronach internetowych, a może i w prasie. Mundurowy trochę
się dziwił mojemu uśmiechowi:
-To pański pierwszy mandat w życiu?
-Tak.
-Nawet od drogówki pan nie dostał?
-Nie.
-Acha. - to wyjaśnienie chyba go usatysfakcjonowało.
Historia ma swój ciąg dalszy i ciekawą pointę. Po
powrocie do domu sprawdziłem bowiem, co mówi o biwakowaniu
rzeczone zarządzenie. Otóż zabrania ono obozowania
na wydmach, ale najwyraźniej nie na plaży...
Resztę wieczoru spędziłem jednak bez namiotu (który
trudno jest rozstawić jednej osobie), podziwiając gwiazdy nad głową,
"białe noce" na północy
i wał kłębiastych chmur na zachodzie. Janusz wrócił dopiero
po drugiej w nocy. On także nie kwapił się do rozbijania namiotu,
przykryliśmy
tylko pomost proa tropikiem i rozłożyliśmy śpiwory pod spodem. Trochę
chłodniej, ale też przyjemnie.
Rano wyjrzeliśmy z nadzieją spod plandeki. Wiatr jednak wiał równie silnie jak poprzedniego dnia, tyle że bardziej "w mordę". Fale były wprawdzie łagodniejsze, sklepione, ale z całą pewnością nie była to pogoda na dalszą turystykę plażową. Nie dopłyniemy do Łeby, że o Helu nie wspomnę. Koniec urlopu, koniec rejsu.
Czekało nas jeszcze mozolne przenoszenie łódki do samochodu, kilkusetmetrowej długości przejściem. Najpierw przetransportowaliśmy bagaże, później zaś poszliśmy sobie do portu odwiedzić znajomych żeglarzy. Po drodze mijamy w awanporcie piękną pochylnię, zbudowaną ponoć dla okrętów desantowych, a obecnie używaną, jak się zdaje, przez miejscowy klub żeglarski. Szeroki slip, pokryty piaskiem, z dogodnym dojazdem z parkingu - wymarzone miejsce do wyciągnięcia proa.
Spojrzeliśmy na siebie, potem na główki portu. Wiało dokładnie w główki, fala gładko wchodziła pomiędzy nimi. Powinno dać się wejść... Przejście przyboju przy plaży także wydawało się możliwe, przy sporej różnicy między kierunkami wiatru i fali.
Trzeba tylko załatwić formalności. Telefon do Edwarda,
wspólna wizyta
w kapitanacie portu u dyżurnego bosmana. Nie widzi
przeszkód, spisał tylko dane łodzi.
-Jaki port macierzysty?
-Rejestrowana w Warszawie.
-Yyyy... ale tutaj, nad morzem, jaki port?...
-Gdziekolwiek, na każdej plaży, gdzie ją zwodujemy.
-Dobrze, wpisujemy "żegluga plażowa". Tylko zameldujcie się w GPK.
-Po co, przecież to rejs krajowy.
-No tak, ale mogą się czepiać.
Oczywiście nie zameldowaliśmy się i nikt się nie czepiał. W
każdym razie
ze strony administracji morskiej mieliśmy błogosławieństwo.
Po drodze zawiadomiliśmy jeszcze sympatycznego ratownika, że
wypływamy,
że tylko do portu i że wiemy co robimy. Później zaś Edward
ustawił się
z kamerą, a my - do roboty!
Miejsce naszego lądowania wypadało nieco zbyt blisko kamiennego mola, postanowiliśmy więc przepchnąć proa wzdłuż brzegu nieco pod wiatr. Wspólnie przeciągnęliśmy łódź przez pierwszą falę przyboju, potem w nieco spokojniejszym obszarze Janusz zaczął holować ją wzdłuż plaży. Mnie przypadło w udziale ciągłe wylewanie wody z kadłuba, bo nawet w dobrze wybranej odległości od brzegu przybojowe fale od czasu do czasu łamały się o naszą burtę.
W końcu osiągnęliśmy bezpieczną, jak się wydawało, wysokość. Zaknagowaliśmy koniec szota, tak żeby żagiel choć trochę ciągnął bez pomocy załogi, i wykręciliśmy na wodę. Janusz, doświadczony windsurfista, po mistrzowsku wybrał drogę przez przybój - z pięciu łamiących się jedna za drugą fal trafiła nas tylko ostatnia. W chwilę potem wypłynęliśmy już poza straszące po zawietrznej molo.
Odprężyłem się zupełnie, wydawało się, że najgorsze przed nami. Siedziałem sobie na pierwszej ławeczce, Janusz na rufie, Pjoa płynął raźnie do przodu, płynnie wspiął się na nadciągającą fale... i oczywiście dostał silny podmuch wiatru w żagiel, podbity przez falę pływak podniósł się wysoko...
Zdążyłem tylko położyć się na pomoście, co niewiele dało, i
puścić szot,
co nie dało już nic. Łódka wywróciła się. Leżała
na burcie, zatrzymana
w swym obrocie przez opór żagla i wypór
drewnianych rejek. Pływak sterczał pionowo do góry. Janusz,
wychowany na Finnie, już w czasie
wywrotki przeszedł na burtę i balansował teraz, trzymając się rur
pomostu.
Ja miałem trochę dalej, zsunąłem się ze swojej ławeczki do wody i
dołączyłem
do balastowania nurkując pod kadłubem. Łódź
próbowała wstać, ale wyraźnie
przeszkadzał jej ciężki żagiel.
-Zrzućmy żagiel, będzie lżej!
Po odknagowaniu fału proa natychmiast wróciło do
pionu, pozostawiając
żagiel w wodzie. Wdrapałem się do środka i zacząłem wybierać wodę,
podczas gdy Janusz wciągał nasz żagiel wraz z rejkami na pokład.
W tym czasie fala obróciła łódź o 180 stopni, pływakiem na zawietrzną. Od strony portu zbliżał się natomiast kuter rybacki. Czyżby chciał nas ratować? Trochę się tego obawialiśmy, ale nie - widocznie wyczyny kite-surferów przytępiły wrażliwość tutejszych rybaków na wodne wariactwa. Kuter po prostu zaczął wydawać sieci, wprost w poprzek naszego kursu.
Cóż, w takim razie my też będziemy bezczelni. Na wiosłach przepłynęliśmy przez sieć, biorąc chorągiewkę "okrakiem" między kadłub a pływak. Po raz kolejny cieszyliśmy się z zupełnie gładkiego dna, które pozwalało na takie przejścia. Zaraz za siecią postawiliśmy ponownie żagiel, wylewając przedtem z jego fałdów sporo wody. Zrobiliśmy też klar wszystkich lin - i obaj zaklęliśmy w duchu szpetnie. Szot był nadal zaknagowany. Mogłem go sobie puszczać do woli...
Tym razem usiadłem już ostrożniej - na drugiej ławeczce, a po chwili przesiadłem się na trzecią. Wiatr stężał, chwilami dochodził do "piątki". Proa wspinało się bez trudu na półtorametrowe, łagodne fale. Co jakiś czas zdarzała się jednak fala ostrzej zakończona, z której spadaliśmy dość energicznie. Za każdym razem łapaliśmy wtedy kilka wiader wody do kokpitu, Janusz więc przez cały czas wybierał ją czerpakiem. Ja zaś "powoziłem".
Prawdę mówiąc, zdecydowanie wolałem swoją robotę. Pomost proa jest dość stabilną platformą, balastowanie na trzeciej ławce okazało się wystarczająco efektywne, łódka pięknie reagowała na pracę szotem, którą łatwo było zgrać z rytmem fali. Co innego na rufie - poczucie prędkości jest dużo silniejsze, koniec kadłuba miota się na falach we wszystkie strony, trzeba mocno się trzymać żeby nie wypaść... i pracować czerpakiem, walcząc z przemożną chętką porzucenia stanowiska i wyjścia na balast. To stanowisko wymaga stalowych nerwów.
Byłem więc wdzięczny Januszowi, że po zwrocie przeszedł
ponownie
na rufę, zamiast zluzować mnie na balaście. Co prawda coraz mocniej
odczuwałem zakwasy w przedramionach od pracy szotem, ale do portu
powinno wystarczyć sił. Następny hals prowadził w kierunku nasady
portowego falochronu, dopiero po dwu kolejnych zwrotach wyglądało na
to, że znajdziemy się powyżej główek. Jednak Pjoa
szedł na wiatr
dość tępo i leniwie. Co się dzieje? - rzut oka za rufę, ciągnęła się
tam końcówka szota.
-Janusz, zbierz szot z wody!
Łódź natychmiast wyostrzyła i odzyskała wigor.
Okazało się, że opór
kilku metrów liny przy prędkości rzędu 10 węzłów
zaczyna mieć istotne
znaczenie.
Dokładnie przed główkami Janusz wyciągnął pagaj i
przy jego pomocy
odpadliśmy do fordewindu. Wymagało to dodatkowo podebrania
gejtawy, żeby zmniejszyć efektywną powierzchnię żagla i wywoływaną
przezeń nawietrzność. Łamiąca się fala pchnęła nas lekko w lewo,
następna troszkę w prawo... i już byliśmy w awanporcie.
Ktoś z zebranych na główce ludzi zaczął nawet bić brawo.
Fakt, przejście przez falę na pełnych żaglach, wśród
rozbryzgów
wody, musiał wyglądać efektownie. Byliśmy w każdym razie zadowoleni -
rejs skończył się bez niedosytu.
No i wreszcie - po udanym postawieniu proa - przestaliśmy bać się wywrotki!
Polska nie ma zbyt wielu bezpiecznych portów, za to ma wspaniały, 200-milowy pas plaży. Z wyjątkiem kilku łatwo rozpoznawalnych miejsc, wszędzie można dobić bezpiecznie na odpowiedniej łódce.
Nasze porty mają dość kiepską infrastrukturę dla żeglarzy -
sanitariaty,
sklepy, gastronomię. Tymczasem co kilka kilometrów wzdłuż
wybrzeża
spotykamy miejscowości wypoczynkowe, doskonale wyposażone na użytek
plażowiczów.
W portach nie sposób uniknąć kontaktu, mniej lub bardziej nieprzyjemnego, z administracją morską. Na plażach (pomijając pożałowania godny incydent w Ustce) panuje, jak dotąd, wolność.
Dziwi więc, że tak mało ludzi próbuje żeglugi plażowej i plażowej turystyki morskiej. Wbrew praktyce, nabytej na dużych jachtach, pływanie małą jednostką, zdolną do sztrandowania, blisko brzegu jest bardzo bezpiecznym rodzajem żeglugi. W razie kłopotów można w ciągu kilku minut znaleźć się na plaży. Decyzję o wypłynięciu bądź pozostaniu możemy podjąć w każdej chwili i w dowolnym momencie zmienić.
Do pływań plażowych potrzebny jest oczywiście odpowiedni sprzęt. Dawno już odkryto na świecie, że doskonale nadają się do tego wielokadłubowce - funkcjonuje wszak pojecie "katamaran plażowy". Lekkość, umożliwiająca wyciągnięcie na brzeg siłami załogi, wąskie kadłuby dobrze radzące sobie z falą i duża stateczność, powiększająca margines bezpieczeństwa w przyboju, to niezaprzeczalne zalety katamaranów.
Nasz rejs pokazał, że proa nadaje się na plażę równie dobrze, jeśli nie lepiej. Obszerny kadłub mieścił wszystkie bagaże dla dwóch osób, jego kształty zapewniały wygodną i suchą żeglugę. Układ z małym pływakiem wydaje się lepiej od katamarana dostosowany do spokojnej turystyki: pływak stawia niewielki opór i żegluga "na krawędzi", z wynurzonym zawietrznym kadłubem, nie jest konieczna do uzyskiwania przyzwoitej prędkości. Należy się jednak wystrzegać nadmiernego przeciążania pływaka, gdyż powoduje to nieprzyjemne, nerwowe ruchy proa na fali.
Bardzo dobrze sprawdziła się w żegludze elastyczna konstrukcja
łodzi, której elementy są powiązane ze sobą za pomocą lin.
Na fali pływak pracuje w dużym stopniu niezależnie od kadłuba, dzięki
czemu proa płynie dość gładko i bez gwałtownych ruchów.
Wiązania wytrzymały bez zarzutu. W czasie rejsu pływak i ławeczka
podmasztowa przesunęły się o ok. 2cm, co zostało skorygowane
na najbliższym postoju.
Znakomicie zachowywał się na morzu kadłub o przekrojach typu "głębokie V". Zapewnia on dość oporu bocznego do żeglugi ostrym bajdewindem, brak wystających części ułatwia wychodzenie na plażę, ale także np. przechodzenie przez rybackie sieci. Fala od dziobu nie stanowiła dla Pjoa większej przeszkody. Dopiero przy ponad metrowej wysokości fali braliśmy czasami wodę przez dziób - prawdopodobnie pomogłoby tu większe rozchylenie burt i niewielkie falochrony na półpokładach. Pływak, o kształcie przypominającym stare u-booty, sprawnie roztrącał na boki mniejsze fale, czasem nurkował w większych. Przydawał się wówczas jego wypukły pokład.
Przyjemną cechą proa jest też symetria dziób-rufa. Jeżeli odejście od brzegu następuje tym samym halsem co podejście, nie trzeba obracać łodzi na plaży. Sam obrót, jeżeli zachodzi taka potrzeba, jest zresztą łatwy - wysięgnik pływaka stanowi długą, wygodną dźwignię.
W czasie żeglugi bardzo chwaliliśmy sobie samosterowność Pjoa. Na każdym kursie, z wyjątkiem fordewindu, łódź dawała się - przy odpowiednim usytuowaniu załogi - prowadzić bez użycia wiosła sterowego. Siedzący na rufie "sternik" nie miał więc zbyt wiele pracy. Bieżące korekty kursu wykonywał szotmen, pracując szotem jak rumplem - wybranie żagla powoduje odpadanie od wiatru, poluzowanie zwiększa nawietrzność. Oczywiście dobrze jest tak rozmieścić załogę, żeby żagiel mógł być prowadzony optymalnie dla danego kursu. Przy bajdewindzie szotmen siedział na przodzie ławeczki, sternik na półpokładzie rufowym lub bliżej dziobu. W czasie żeglugi baksztagiem załogant przesiadał się bliżej rufy, za maszt. Jedyny poważniejszy przypadek "nieposłuszeństwa" proa miał miejsce przy sporej martwej fali i dość słabym wietrze. W tych warunkach łódź miała trudności z utrzymaniem ostrego kursu na wiatr.
Nie mieliśmy żadnych problemów ze statecznością proa. Przy słabych wiatrach, dominujących w czasie rejsu, cała załoga siedziała w kadłubie - dla utrzymania równowagi wystarczał ciężar pływaka. Gdy wiatr osiągał 2-3B, szotmen przesiadał się na ławeczkę podmasztową. Dopiero przy 4-5B potrzebne było intensywniejsze balastowanie.
Podczas rejsu napotkaliśmy różne warunki, wiatr z rozmaitych kierunków o sile od zera do 5B, fale od zupełnie niskich do półtorametrowych. Żegluga turystyczna jest w pełni możliwa do 3-4B, krótkie przejażdżki dla przyjemności nawet przy 4-5B. Kilkudziesięciokilometrowe przeloty dzienne są całkiem realne, chyba że trafi nam się całodzienne halsowanie pod wiatr.
Prognozy pogody, zarówno te ściągane z ICM, jak i rybackie, nie sprawdzały się zbyt dobrze, zwłaszcza jeśli chodzi o kierunek i siłę wiatru. Dużo więcej można było wyczytać z wyglądu nieba, kierunku przesuwania się chmur, wielkości fali. "Czytając niebo" czuliśmy się jak prawdziwi, polinezyjscy żeglarze. Zawsze przy tym pamiętaliśmy o podstawowej zasadzie: NIE ŻEGLOWAĆ, JEŻELI WARUNKI NA TO NIE POZWALAJĄ.
Żagiel typu "kleszcze kraba" to temat na osobne opracowanie, a jak twierdzi Janusz, co najmniej na doktorat. Jest on doskonale dostosowany do użytkowania na proa, takielunek stanowi wraz z łodzią mocną, stabilną konstrukcję. Zwroty, choć wyglądają na dość skomplikowane, przy odrobinie wprawy zajmują nie więcej niż kilkanaście sekund. Nasz żagiel uszyty był samodzielnie, z białej tkaniny plandekowej. Ten niezbyt mocny materiał w zupełności wystarcza do wykonania "kleszczy", które charakteryzują się niewielkimi obciążeniami tkaniny.
Przy słabych wiatrach bardzo często wykorzystywaliśmy gejtawy
(liny biegnące od topu masztu do bomu; geometrycznie bardziej
przypominają
dirki, nazywamy je gejtawami, jako że używane są do "skracania" żagla).
Wybranie gejtawy znacznie zwiększa wybrzuszenie żagla, a więc i jego
wydajność. Gejtawa przydaje się również na kursach z
wiatrem, kiedy
jej wybranie nadaje żaglowi kształt "postawionego na głowie" spinakera,
a przy okazji zmniejsza tendencję łodzi do ostrzenia. Nigdy nie
wykorzystywaliśmy refbanty, naszytej na żaglu. Nieużywana
przez ludy Pacyfiku, nie wydaje się i u nas zbyt szczęśliwym
rozwiązaniem.

Łódź, ważąca razem z dobytkiem ok. 200kg, to chyba
górna granica
możliwości wyciągania na plażę przez dwuosobową załogę bez dodatkowego
sprzętu. Wąski kadłub ma przy tym tendencję do zakopywania się w mokrym
piasku. Pomaga obrócenie go o kilkanaście stopni, ciągnąc za
pływak.
Wówczas można przesunąć kadłub o dalsze kilkadziesiąt
centymetrów...
i powtórzyć operację do chwili osiągnięcia granicy suchego
piasku.
Wtedy idzie już gładko.
Po tygodniu dość intensywnego użytkowania nie widać na stępce
śladów
obtarcia. Jest ona wzmocniona sześcioma warstwami laminatu
epoksydowo-szklanego
i powinna wystarczyć na wiele sezonów.
Wszystkie ubrania i sprzęt kempingowy trzymaliśmy w szczelnych komorach, dla pewności zawinięte w workach foliowych. Śpiwory i ciepłe polary chronił fabryczny worek wodoszczelny, umieszczony pod ławką. Różne wrażliwe drobiazgi (jak telefony komórkowe czy aparat fotograficzny) miały swoje miejsce w sakwach, zawieszonych pod ławkami w kadłubie, uprzednio starannie zapakowane w woreczki strunowe. Nie warto oszczędzać na workach foliowych, suche ubrania i sprzęt to nieoceniony komfort.
Jeśli chodzi o nawigację, to była ona w stu procentach terrestryczna, w oparciu o ogólnie dostępne mapy wojskowe. Janusz naniósł na nie przed wyjazdem informacje o latarniach morskich, wrakach i znakach nawigacyjnych. Z wyjątkiem przygody na podejściu do Ustki, nie mieliśmy żadnych kłopotów z określeniem położenia i kursu. GPS służył nam głównie jako szybkościomierz, przymocowany do masztu kompas urwał się już drugiego dnia i spoczywał bezpiecznie w sakwie.
Obozowaliśmy na plaży, pod namiotem. Legalność naszego
postępowania
jest dyskusyjna, jest to jednak jedyna możliwość, jeśli nie chce
się pozostawić dobytku bez nadzoru. Do lądowania wybieraliśmy miejsca
"na skraju cywilizacji", gdzie nikomu nie przeszkadzaliśmy, a dało się
spotkać życzliwe osoby na plaży. Nie spotkaliśmy się z agresją ze
strony
tubylców bądź plażowiczów, owszem, częste były
przypadki życzliwego
zainteresowania. Mogliśmy więc łatwo pozostawić Pjoa
pod czyjąś opieką,
wychodząc na obiad czy po zakupy.
W ciągu całego rejsu nie zmoczył nas deszcz, nie mieliśmy więc kłopotów z suszeniem ubrań czy namiotu. Problemem było za to słońce. Niezbędny na taką wyprawę jest dobry krem z filtrem, szczególnie zaś narażone są - oprócz nosa i ramion - kolana, stopy i grzbiety dłoni. Upał na plaży nie oznacza, że i na wodzie będzie równie ciepło. Góra od sztormiaka przydaje się w czasie pływania nawet w najgorętsze dni, powinna więc być zawsze pod ręką. Obaj z Januszem używaliśmy dobrze trzymających się stopy klapek-sandałków, a po plaży z przyjemnością chodziło się boso. Do miasta miło jest jednak założyć suche, wygodne sandały.
Jedzenie jest w rejsie plażowym rzeczą najprostszą. Codziennie, z wyjątkiem długiego przelotu do Ustki, zatrzymywaliśmy się w jakiejś miejscowości wypoczynkowej, gdzie czekało na nas mnóstwo sklepów, barów i smażalni. Po solidnym obiedzie nie odczuwaliśmy potrzeby zjedzenia jakiejś obfitej kolacji, zadowalaliśmy się paczką herbatników lub owocami. Śniadania były za to solidne, z dużą ilością pomidorów, które obaj lubimy. Nigdy jednak nie uruchamialiśmy naszej kuchenki, nie gotowaliśmy herbaty ani ciepłych posiłków. Zadowalaliśmy się wodą mineralną z butelki i ciepłym obiadem.
Pewną niedogodność stanowiło mycie w morskiej wodzie. Brud, owszem, schodził, ale pozlepiane solą włosy stanowiły widok, hm... niecodzienny i chyba niezbyt estetyczny. Może kiedyś doczekamy się na wybrzeżu stanic żeglarskich, gdzie można będzie zostawić łódź, przenocować i wziąć porządny prysznic. Na razie trzeba się liczyć z dość spartańskimi warunkami higienicznymi.
Na koniec parę słów o stosunkach w załodze. Specyfika żeglugi na proa sprawia, że nie ma tu sztywno ustalonych funkcji. Po każdym zwrocie żeglarze zazwyczaj zamieniają się rolami, poza tym każdy z nich może - choćby przesiadając się bliżej dziobu czy rufy - wpłynąć na kurs i sposób żeglugi.
Janusz nie uważał się więc za kapitana, tylko za "toliwagę"
- czyli armatora i organizatora wyprawy. Nie zmieniało to faktu, że to
Janusz
miał większe doświadczenie, zarówno morskie jak i na samym Pjoa,
do niego więc należało ostatnie słowo w kwestiach żeglarskich. Ja z
kolei odwiedziłem przed laty sporą część polskich plaż, pełniłem
więc rolę pilota. Tak się też składało, że chyba więcej pracowałem
jako szotmen - Janusz zaś, ze swoją siłą i wprawą wioślarską, był
niezastąpiony, gdy przyszło pracować pagajem. Namiotem zajmował się
przeważnie Janusz (również ze względu na większe
doświadczenie
z jego dość skomplikowaną konstrukcją), wyżywieniem zwykle ja.
Kosztami dzieliliśmy się "mniej więcej", na zasadzie "teraz
moja kolej płacenia".
Nieporozumień było kilka, co nieuniknione.
Konfliktów żadnych.
Dziękuję Ci, Toliwago!