Porty są do niczego - statki gniją, ludzie schodzą na psy. Po dwóch dniach w Ustce byliśmy gotowi na wszelkie niewygody, byle tylko wyrwać się stamtąd. Łódka otaklowana, czekała na decyzję o wypłynięciu. Urlop uciekał. Jednak widok pióropuszy bryzgów, wykwitających nad główką falochronu, skutecznie zniechęcał do rozpoczęcia rejsu.
Rok temu w tym samym miejscu zatrzymały nas podobne warunki - pogoda zadecydowała wtedy za nas o zakończeniu wspaniałego, wakacyjnego rejsu z Międzyzdrojów. Obiecaliśmy sobie, że dokończymy go za rok w tym samym składzie: Janusz Ostrowski (Toliwaga, czyli Pan Łodzi), ja (czarny kanaka) i polinezyjskie proa o nazwie PJOA.
Tym razem problemy z pogodą zdawały się mieć ciąg dalszy - szóstka z północnego wschodu, wysoka fala, przelotne deszcze. Proa stało na tej samej pochylni w porcie, do której dobiliśmy na zakończenie poprzedniego etapu, załoga klęła. Cóż z tego że port przyjazny, że ugościli nas serdecznie koledzy - Edward Zając i Waldek zwany Trzy Sztagi, że załatwili nam przechowanie samochodu i dostęp do przyzwoitych sanitariatów w klubie, że ryby w smażalni znakomite. Miejsce żeglarza jest na morzu, nie tu. Tymczasem wszystkie prognozy były zniechęcające, zapowiadały jeszcze silniejszy wiatr i paskudną pogodę.
Nie traciliśmy jednak nadziei - prognozy wszak czasem się mylą. Po południu wiatr nieco zelżał i zaczął wiać z południowego zachodu. Rozkołys od wschodu przybrał postać wspaniałych, pojedynczych fal o zmarszczonych grzbietach, sunących majestatycznie ku brzegowi. Kiedy załamywały się na płyciźnie, wiatr od czoła zdmuchiwał pojawiające się grzywy, tworząc efektowne pióropusze. Obserwowaliśmy morze zachwyceni i z wiatromierzem w dłoni. Jeżeli się jeszcze trochę uspokoi... Nie uspokoiło się. Wiatr zaczął dmuchać coraz silniej, długie grzbiety fal ustąpiły miejsca zwykłym grzywkom. Pod wieczór trzeba już było wciągnąć proa nieco wyżej na pochylnię, dalej od fal przyboju. Tak - fale wzbudzone wiatrem od lądu były na tyle silne, że, ugięte o prawie 180 stopni, tworzyły zauważalny przybój w osłoniętym porcie! Plany wypłynięcia w niedzielę stały się nieaktualne.
Noc spędziliśmy w samochodzie Janusza, dużym Fordzie kombi. Za oknami wiatr dochodził do przewidzianej w prognozach jedenastki. W nocy przycumowaliśmy na wszelki wypadek proa do haka holowniczego w stojącym tuż obok aucie - jak nas zmyje, to razem...
Nazajutrz kolejna pielgrzymka z wiatromierzem na główki - podmuchy dochodziły "tylko" do 18m/s czyli 7-8B. Oczywiście za dużo żeby myśleć o wyjściu z portu. Mieliśmy na szczęście robotę przy naprawie przyczepki. W drodze odkręciło się od niej jedno z kół, po czym na znak solidarności popękały wsporniki błotników. Koło zostało naprawione jeszcze w drodze, natomiast błotniki, prowizorycznie przywiązane sznurkiem, wymagały więcej robót warsztatowych. Spędziliśmy kilka godzin w gościnie u bosmana usteckiego klubu, tnąc, piłując i wiercąc metalowe kątowniki z jakiejś niepotrzebnej ramy. Wreszcie przyczepka odzyskała pełną sprawność, a my znowu zaczęliśmy nerwowo rozglądać się w poszukiwaniu oznak poprawy pogody.
Było jednak pewne, że tego dnia nie wyruszymy. Prognozy na wtorek były już bardziej optymistyczne, chociaż zapowiadano deszcz, a w następnych dniach znowu silne wiatry. Stawało się jasne, że nasz rejs nie będzie już taką nieśpieszną, radosną włóczęgą jak w zeszłym roku. Dwa dni stracone na starcie sprawiły, że musieliśmy ograniczyć liczbę przystanków do minimum. W dodatku niepewne prognozy i chęć zakończenia rejsu w miejscu, z którego łatwo będzie wydostać się samochodem (odpadał więc Półwysep Helski z jego makabrycznymi korkami na drodze) - wszystko to sprawiało, że wbrew najlepszym chęciom i zasadom żeglugi plażowej zaczęliśmy się śpieszyć.
Wtorek powitał nas leciutkim wiaterkiem wprost z południa. Morze było gładkie, wreszcie nic nie stało na przeszkodzie, aby wyruszyć. Śniadanie w asyście rodziny portowych kotów, pakowanie łodzi z pomocą Waldka Trzy Sztagi, wreszcie długo oczekiwany start! W deszczu - tymczasem nadpłynęły chmury i zaczęło padać. A co nam tam - ważne że płyniemy. Rejs się rozpoczął.
Opatuleni w sztormiaki, w deszczu wyruszyliśmy z Ustki. Wiatr nieco wyostrzył, przez chwilę Janusz rozważał nawet płynięcie w przeciwnym kierunku - z powrotem na zachód. W końcu co za różnica... jednak chmury za plecami wyglądały wyraźnie brzydziej. Trzymaliśmy się więc pierwotnego planu i ciągnęliśmy w stronę Rowów i Łeby. Słaby wiatr i trochę fali sprawiało, że proa płynęło leniwie. Aż się prosiło o użycie pagaja i nadanie łódce nieco więcej prędkości. Już w poprzednim roku stwierdziliśmy, że nawet niewielki wysiłek wioślarza powiększa w tych warunkach szybkość o dobre półtora węzła - dzięki lepszej pracy kadłuba na fali i nieco silniejszemu wiatrowi pozornemu.
Na wysokości Rowów wypadł nam zwrot. Zbliżyliśmy się lekko do brzegu dla nabrania wysokości, lecz nie mieliśmy ochoty dobijać w deszczu do plaży. Rzuciliśmy tylko okiem na wąziutki kanał portowy i pożeglowaliśmy dalej. Przed nami rozciągał się obszar Słowińskiego Parku Narodowego. Wiele obiecywaliśmy sobie po tamtejszych widokach, na razie jednak, szare i mokre, wybrzeże nie różniło się od poprzednio przebytych odcinków. Janusz próbował, z miernym skutkiem, lokalizować na mapie widoczne za ścianą lasu wzgórza. Jedno z nich, znacznie wyższe od pozostałych, wznosiło się dalej przed nami. Wydawało się z daleka, że wznosi się na nim jakaś budowla - okazało się, że zbliżamy się do latarni morskiej Czołpino.
Po minięciu latarni niebo zaczęło się wypogadzać. Pośród chmur pojawiały się niebieskie fragmenty, na koniec zaświeciło słońce. Sztormiaki wylądowały pod ekspanderami na ławeczkach, nastrój także się poprawił. Nad brzegiem mogliśmy podziwiać coraz ciekawsze kształty wydm, robiły wrażenie, jakby ktoś pozostawił pryzmy piasku na wielkim placu budowy. Pryzmy powoli porastały roślinnością... tylko ich rozmiary były kilkakrotnie większe od tych "budowlanych".
Na brzegu pojawili się ludzie. Było zbyt chłodno dla plażowiczów, ale kilka pieszych wycieczek przemierzało plażę. Zbliżyliśmy się nieco do lądu, lecz spacerowicze szybko zostali za rufą - nic dziwnego, robiliśmy prawie 4 węzły, zdecydowanie więcej niż przeciętny piechur.
Takiej prędkości nie czuje się na PJOA. Żadnego spienionego kilwateru, żadnego pluskania wody o burty, minimalne odkosy. Jeżeli słychać plusk, to znaczy, że moczy się w wodzie koniec jakiejś liny i trzeba ją sklarować. Kiedy zaś szybkość spada poniżej 3 węzłów, żegluga wydaje się wprost denerwująco powolna.
Otóż właśnie prędkość spadła: przed dziobem jeden zwał chmur, daleko za rufą drugi, wysoki cumulonimbus, a nad nami wiatr osłabł zupełnie, żagiel obwisł pod ciężarem bomu. Stara marynarska tradycja nakazuje w takich wypadkach posadzenie dziewicy na dziobie dla przywołania wiatru. W braku lepszej kandydatury poszedłem ja, położyłem się na półpokładzie i nogą wypchnąłem bom daleko za burtę. Żagiel zaczął pracować zdecydowanie lepiej, łódka popychana leciutkim baksztagowym wiaterkiem i wiosłem Janusza popłynęła w dalszą drogę. Trudno ocenić, czyja praca była bardziej męcząca...
Wreszcie, późnym popołudniem, zobaczyliśmy falochron portu w Łebie, a przed nim na plaży wielki biały namiot. Od kolegów w Ustce wiedzieliśmy, że marina w Łebie mieści się po zachodniej stronie kanału portowego, warto więc wysztrandować przed falochronem. Poza tym byliśmy głodni i śpieszyło nam się do maleńkiego conieco, a za plecami nadciągała ciemna, rozbudowana "chmura naukowo". Wylądowaliśmy więc niedaleko dużego namiotu, pozostającego najwyraźniej ciągle w budowie - jak się dowiedzieliśmy, przygotowywano go do mającej się odbyć za kilka dni imprezy Red Bulla. Kiedy jedliśmy obiad w smażalni (ryba dość podłej jakości, za to gigantyczna ilość surówek), chmura nadciągnęła nad Łebę i zaczęła się ulewa. Rozbawieni obserwowaliśmy tłum ludzi uciekających z plaży - cumulonimbus był widoczny z daleka i krótka, ale intensywna ulewa nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem.
Boso po mokrych chodnikach, podreptaliśmy do mariny. Tam - o czym już wcześniej słyszeliśmy - odbywał się wielki zlot OK-dinghy. Łódek zatrzęsienie, wszędzie na placach, trawnikach, nabrzeżach roiło się od Okejów. Wszyscy wydawali się bardzo zaaferowani imprezą, nie pomyśleliśmy nawet, że właśnie stał w Łebie jacht internetowych znajomych. Szkoda - spędzilibyśmy noc w bardziej przyjaznej atmosferze. Sprawdziliśmy tylko prognozę pogody - chmury i silny wiatr, pocieszaliśmy się jednak, że to pewnie będą kolejne cumulonimbusy i uda się, tak jak dziś, lawirować między nimi.
Wróciwszy na plażę, zastaliśmy jakichś dwóch jegomościów, używających
PJOA w charakterze barowego stoliczka.
-To wasza łódka?
-Tak. I to nie jest stoliczek.
-Przepraszamy, ale żadnego innego stoliczka nigdzie nie było...
Zamienili jeszcze parę słów i zaczęli zbierać się do odejścia. Myśmy
również postanowili przeprowadzić łódź bliżej namiotu, który był przynajmniej
pilnowany przez kilku ochroniarzy. Wówczas nieproszeni goście zdobyli się
na uprzejmość:
-Możemy w czymś pomóc?
-Tak. Posprzątać te butelki, rzucone obok kadłuba...
Na tym też poprzestali.
Odchodząca chmura żegnała nas efektownymi błyskawicami, od zachodu nadciągała jednak następna, równie groźna tylko większa. Nocleg pod namiotem w czasie spodziewanej burzy i ulewy nie uśmiechał nam się. Może uda się wejść w komitywę z ochroniarzami i przenocować wewnątrz hali?
Ochroniarze zgodzili się niechętnie, za to młode dziewczyny, obsługujące pobliski dość obskurny bar, zaoferowały miejsce na podłodze lokalu - o ile nie będzie nam przeszkadzać fakt, że jest on czynny całą dobę. Nie wydawało nam się to problemem - na wszelki wypadek Janusz wybrał dla nas miejsce do spania pod stołem, co miało zapobiec ewentualnemu stratowaniu, wnieśliśmy do pomieszczenia nasze rzeczy, rozłożyliśmy śpiwory.
Już wtedy zaczęło nas coś wyraźnie gryźć. Spojrzeliśmy na rolety z białej tkaniny, pełniące w nocy rolę ścian lokalu - siedziały na nich setki, tysiące komarów. Do spania osłoniliśmy się więc całkowicie: ciało w śpiworze, głowa przykryta ręcznikiem, rolę rękawicy ochronnej pełnił pokrowiec na śpiwór. Dzięki tym zabezpieczeniom udało się uniknąć bąbli - co nie znaczy, że dane nam było spokojnie się wyspać. Przez większą część nocy trwały towarzyskie pogawędki między obsługą baru a ochroniarzami. Trudno się dziwić - jedni i drudzy nudzili się setnie, ale do spania nie były to najlepsze warunki. Rano, niewyspani i źli, wstaliśmy z mocnym postanowieniem jak najszybszego opuszczenia tego zakazanego miejsca.
Poranna pogoda okazała się stuprocentowo zgodna z prognozami: pochmurno, wiała "piątka" z zachodu i gnała wzdłuż brzegu ponad metrowej wysokości fale. Żegluga pod wiatr w takich warunkach to twarda, mokra przygoda, jak sprawdziliśmy w zeszłym roku w Ustce. Jak będzie z wiatrem?
Sprawnie przeprowadziliśmy PJOA przez stosunkowo niewielki, wobec siły wiatru, przybój. Żagiel, nawet wyluzowany, pociągnął nas z taką szybkością, że nie sposób było myśleć o spokojnym ubraniu się. Nie uśmiechała nam się jednak żegluga bez polarowych bluz i sztormiaków przy zimnym wietrze. Zebraliśmy więc na czas ubierania żagiel na gejtawach, przyciągając bom do rejki. Manewr ten, szybszy i łatwiejszy do wykonania od zrzucenia żagla, doskonale sprawdza się w sytuacjach awaryjnych.
Kiedy byliśmy już należycie odziani, Janusz spojrzał na wskaźnik GPS. Pod zwiniętym na gejtawach żaglem robiliśmy z wiatrem 4-5 węzłów w dobrym kierunku. Czegóż chcieć więcej? Zostawiliśmy żagiel w stanie zwiniętym, wybraliśmy tylko szot, żeby usztywnić takielunek przy ewentualnych zawiewach z drugiego halsu. Wiatr, wpływając między ściągnięte ku sobie rejki, wydymał tkaninę, tworząc kształt, do złudzenia przypominający wielką białą rzodkiew.
Sterowanie żaglem nie wchodziło w grę, cała odpowiedzialność za utrzymanie kierunku spadała na barki sternika, obsługującego wiosło sterowe. PJOA na ogół dobrze spisywał się na baksztagowej fali, kiedy wiatr nieco słabł i fale stawały się łagodniejsze, można było przez czas dłuższy nie używać wiosła. Wystarczało jednak odrobinę więcej wiatru i bardziej stroma fala, żeby łódź zaczynała ostrzyć. Gdy spóźniałem się z kontrą na sterze, następna fala potrafiła załamać się o burtę i wlać do kokpitu sporą ilość wody. Czasem też interferencja z dziobowym odkosem powodowała, że wodny garb sięgał desek pomostu, podmywał siedzącego na nim Janusza i czasami przelewał przez burtę. Najbardziej ekscytujące były momenty, gdy proa, popchnięte silniejszym podmuchem wiatru, rozpoczynało szaleńczy zjazd z nadbiegającej fali. Przez kilka sekund prędkość rosła, zdawałoby się, bez granic, po czym grzbiet fali gładko przechodził pod dnem. Jedyne ryzyko stanowiła utrata stabilności kierunkowej przy nadmiernej szybkości. Asymetryczny kadłub powodował odpadanie, podczas gdy sternik (czyli ja) na gwałt przekładał wiosło na drugą burtę, żeby utrzymać kurs. Zdarzało się, że taki surf kończył się w ostrym baksztagu drugiego halsu...
Z czasem nabrałem nieco wprawy w sterowaniu. Janusz z podziwem patrzył, jak omijam tworzące się grzywki... tymczasem nic takiego nie robiłem. Starałem się utrzymać kurs na leżący przed dziobem cypel Stilo, na tyle, na ile łódka pozwalała. Resztę zawdzięczaliśmy magii proa. Następnego dnia przy sterze siedział Janusz i sam się przekonał, że nie jest to wcale trudne.
Niebo rozchmurzyło się, pełne tylko białych cumulusów. Świeciło piękne słońce, robiliśmy 5 węzłów przy 15-węzłowym wietrze. Z żaglem "na rzodkiewkę"! Aż się prosiło podpłynąć bliżej brzegu i przedefilować wzdłuż plaży, jednak morze natychmiast zweryfikowało te zachcianki. Bliżej brzegu fala była zauważalnie bardziej stroma i łódź zaczynała być coraz trudniejsza w opanowaniu. Zdecydowanie lepiej było utrzymywać przyzwoitą odległość od rew i plaży.
Minęło południe, minęliśmy Stilo. Proa płynęło jakby mniej stabilnie, wiatr stał się wyraźnie silniejszy. Górna część żagla, powyżej ściągniętych gejtaw, zaczęła brzydko łopotać. Obawialiśmy się trochę o całość płótna, bardziej z tego niż z innych powodów zaczęliśmy rozglądać się za miejscem do lądowania. Jak na zamówienie na brzegu pojawił się jakiś bar i duża liczba plażowiczów. Lądujemy - trzeba tylko bezpiecznie przebyć przybój.
Sterowanie wprost z falą, kiedy łódka skręcała naprzemian w jedną i w drugą stronę, byłoby zbyt trudne. Przypomnieliśmy sobie jednak doświadczenie z zeszłego roku z szotem za burtą. Wtedy, na kursie ostrym, tylko przeszkadzał; tym razem bardzo ułatwił żeglugę. Wyrzuciliśmy wolny koniec szota za rufę z lewej burty. Dodatkowo Janusz dociążył nieco pływak, tak żeby proa miało tendencję do skręcania tylko w lewo. Długość liny w wodzie nie była wielka - może 4 metry - ale łódź zauważalnie zwolniła i zaczęła być dużo bardziej sterowna. Efektownym zjazdem z fali dopłynęliśmy do plaży, nie nabierając przy tym do środka ani kropli wody.
Natychmiast otoczyła nas gromadka plażowiczów. Wielki kontrast
z Łebą czy nawet (całkowicie obojętną wobec PJOA) Ustką. Tu ludzie
byli sympatyczni i szczerze zainteresowani niespodziewanymi gośćmi.
Nawet bar, przy którym się zatrzymaliśmy, był bardzo porządny
i - w przeciwieństwie do Łeby - wyposażony w czyste sanitariaty.
-Gdzie my właściwie jesteśmy?
-W Dębkach. - odpowiedział Janusz ze stuprocentową pewnością.
Okazuje się, że bywał już wcześniej w tej miejscowości, ośrodku
windsurfingu na wybrzeżu. Tym razem, mimo idealnej pogody,
tylko trzy deski żeglowały po falach, ale coś ze sportowej
atmosfery pozostało.
Z przyjemnością przespacerowaliśmy się po miejscowości, będącej jednym wielkim zbiorowiskiem kempingów, z licznymi sklepami, barami, wypożyczalniami rowerów i wszystkim, czego potrzeba do aktywnego wypoczynku.
Noc spędziliśmy - wreszcie - pod namiotem na plaży. Jednak przy ciągle "szóstkowym" wietrze rozbicie obozowiska nie było wcale łatwe. Przywiązaliśmy w końcu namiot do zawietrznej burty PJOA, tworząc dość mocną, aczkolwiek łopoczącą na wietrze, konstrukcję. Mieliśmy tylko nadzieję, że w nocy nie będzie padać i w zaklęśnięciach tropiku nie zbierze się woda. Nie padało, na niebie po raz pierwszy od początku rejsu pojawiły się gwiazdy. Nawet muzyka z pobliskiego baru, z trudem przebijająca się przez szum wiatru, nie przeszkadzała.
Tam, w Dębkach, odnaleźliśmy w końcu letnią, wakacyjną atmosferę z zeszłorocznego rejsu.
Na niebie nadal cumulusy, wiatr bez zmian - piątka z zachodu. Piasek w zębach, w oczach, w ubraniach i śpiworach, wszędzie. Żegnamy Dębki, ruszamy w dalszą drogę, jeżeli się uda to do Helu, gdzie czeka na nas Stefan Ekner ze swoją łódką.
Prognozy, nadsyłane przez niezawodnego Roberta Hoffmana, przewidują za kilka godzin osłabnięcie wiatru do 2m/s, a potem zmianę kierunku o 180 stopni. Dziwne - na niebie nie widać oznak takiej zmiany. Przygotowujemy się na warunki podobne jak poprzedniego dnia. Niepokoił nas łopot liku żagla - może zarefowany będzie mniej trzepotał? Zakładamy więc pracowicie refy, stanowiące nasz europejski dodatek do tradycyjnego polinezyjskiego ożaglowania. Próba postawienia żagla - z wysoko uniesionym, prawie pionowym bomem wpada w dzikie oscylacje, uspokaja się dopiero po lekkim wybraniu szota. Trudno, płyniemy.
Chwila "na siusiu" dała mi czas do namysłu. Jak zrobić zwrot pod tak trzepoczącym żaglem? Jak zrównoważyć żaglowo łódź? Jak utrzymać kurs w stronę brzegu, jeżeli zajdzie konieczność ucieczki na ląd? W końcu na pełnym żaglu w takich warunkach już pływaliśmy rok temu, z wiatrem umiemy żeglować "na rzodkiewkę"... czy nie lepiej zrezygnować z refów?
Po powrocie oświadczam:
-Wiesz, intuicyjnie nie podoba mi się to refowanie. Na pełnym żaglu
będziemy mieli chyba większe pole manewru.
Janusz miał w tym samym czasie identyczne przemyślenia.
Zdjęcie sejzingów trwało może dwie minuty. Potem już bez dalszych
dywagacji ruszyliśmy w morze.
Płynęliśmy oczywiście pod żaglem zwiniętym "w rzodkiewkę", robiąc bez trudu 4-5 węzłów. Sterował tym razem Janusz, przy fali wysokiej na 1.2m żeglowaliśmy sucho i pewnie. Mijaliśmy zatłoczone plaże w Karwii, potem zbliżyliśmy się do tarasów Jastrzębiej Góry.
Trochę obawiałem się "polskiego Hornu" czyli Rozewia, którego kamienie i gwiazdobloki pamiętałem z dzieciństwa. Nie byłem też pewien, czy uda nam się utrzymać bez żagli kurs wzdłuż mierzei helskiej przy wietrze odpychającym od lądu. Z rozmyślań wyrwał mnie widok falochronu, wyłaniającego się zza niedużego cypelka. To było Władysławowo - właśnie minęliśmy "groźne" Rozewie i bez trudu ciągnęliśmy dalej wzdłuż brzegu.
Kiedy mijaliśmy port, spomiędzy główek wyszedł jacht, jakaś duża Mantra albo Delphia. Pod genuą i zarefowanym grotem oddalali się szybko od brzegu - nie wykluczaliśmy jednak, że oni także kierują się na Hel. Obserwowaliśmy ich przez dłuższy czas - o dziwo, kąt namiaru nie zmieniał się. Prędkość jachtu w kierunku z wiatrem była taka jak nasza - tyle że myśmy mieli zwinięty żagiel! Kolejny jacht wyszedł z portu nieco później, kierując się wprost za nami. Ten został daleko w tyle...
Żałowaliśmy straconych na początku dwóch dni - miło byłoby wysztrandować w Chałupach i spotkać Aleksandra Celarka, zawsze zainteresowanego tradycyjnymi łodziami. Jednak czas uciekał, Stefan czekał w Helu, w dodatku wiatr zaczął nieco słabnąć. Przed południem naśmiewaliśmy się z nietrafionych - jak nam się wydawało - prognoz. He he he, dwa metry na sekundę, hi hi, południowy wschód! Teraz okazywało się, że rzeczywiście wieje coraz słabiej. Po chwili rozwinęliśmy żagiel, aby utrzymać prędkość 4 węzłów.
Na wysokości Jastarni wiatr zdechł zupełnie. Nie pozostało nic innego jak zwinąć żagiel (ponownie "w rzodkiewkę") i wziąć się do wioseł. Na pagajach dotarliśmy mniej więcej do Juraty, gdy poczuliśmy wyraźny podmuch. Oczywiście - z południowego wschodu, całkowicie zgodnie z prognozą. I całkowicie "w mordę".
Halsówka wokół Helu, przy dość słabym wietrze i sporej martwej fali, dłużyła się bez końca. Każdy hals, nabierający wysokości, łudził nadzieją, że już następny wyprowadzi nas poza półwysep. I tak przez kilkanaście halsów... W międzyczasie doszły nas jachty, które widzieliśmy we Władysławowie - oba po prostu uruchomiły silniki. W końcu Janusz wziął sprawy w swoje ręce i również "uruchomił silnik". Na pagaju, przy żaglu wybranym niemal do diametralnej (o ile proa takową posiada) udało się w końcu minąć cypel. Na ominięcie (pustego) kąpieliska nie starczyło nam już wysokości, przemknęliśmy miedzy czerwonymi a żółtymi bojkami.
Na główce falochronu stał już Stefan, zapraszając do portu. Wożący wczasowiczów kuter CAPT. MORGAN zaofiarował nam miejsce przy swojej burcie, woleliśmy jednak postój w marinie. Oryginalność PJOA została tam doceniona zniżką w opłacie portowej, a załoga zyskała przyjazny "hotel" na 5-metrowym RAGTIME'ie Stefana. Osiągnęliśmy nasz cel, nazajutrz pozostało nam już tylko efektownie zakończyć rejs.
W sobotę rano pokrapiał deszcz i wiało dokładnie z południa. Rozsądnym kierunkiem żeglugi byłyby porty Zatoki Puckiej, jednak z prognozy wynikało, że wiatr niebawem zmieni kierunek na zachodni. Rzeczywiście, koło południa rozpogodziło się i powiało od zachodu. Nie było więc wątpliwości: idziemy prosto, na przełaj, do Górek Zachodnich.
Wyszliśmy z portu w ślad za RAGTIME'em. Jednak ani on, ani my nie byliśmy największą atrakcją tego dnia. Oto zza półwyspu wychynęła kanciasta sylwetka, przypominająca domek kempingowy, umieszczony na długiej, niziutkiej barce. Cóż to za dziwo? Po chwili wyjaśniło się: był to ni mniej ni więcej, tylko wynurzony okręt podwodny! CAPT. MORGAN, hucząc silnikiem na całą zatokę, zabawił się w ścigacz okrętów podwodnych (w celach, rzecz jasna, bezkrwawych), ale nie miał najmniejszych szans na dogonienie bezszelestnie sunącej jednostki.
My tymczasem - mimo najlepszych chęci i zrobienia kilku zwrotów, z których jeden miał na celu ucieczkę przed dużym kontenerowcem - uciekaliśmy coraz dalej od Stefana na RAGTIME'ie. Skotłowana początkowo fala trochę się wygładziła, wiał świeży wiaterek z połówki, słońce pozwalało na żeglugę w samych kąpielówkach... tak właśnie powinien wyglądać wakacyjny rejs. Wkrótce jednak fala z pół burty zaczęła dawać się we znaki. Wyostrzyliśmy więc, biorąc ja bardziej od dziobu. Potem mogliśmy już odpaść w kierunku, w którym spodziewaliśmy się dotrzeć do Górek.
Z odpadnięciem trzeba się było pośpieszyć: nasz kurs przecinał drogę dużego statku. Tymczasem właśnie zaczepił nas skraj ciemnego cumulonimbusa... W drodze do Łeby i do Dębek udawało nam się umykać takim "stworom", tym razem jeden nas dopadł. Najpilniejsze było jednak zejście z drogi statkowi.
Jak odpaść od wiatru, zachowując rozsądną prędkość? Janusz wpadł na genialny
pomysł:
-Wybierz zawietrzną gejtawę!
Przepołowiony liną żagiel stracił swój wypukły profil, jego tylny lik
odgiął się wyraźnie na zawietrzną. Środek ożaglowania rzecz jasna
powędrował ku przodowi i łódź posłusznie położyła się na kurs baksztagowy
- akurat w chwili, kiedy uderzyły pierwsze podmuchy spod chmury.
Kiedy zobaczyliśmy właściwą burtę statku, mając pewność, że przejdzie nam za rufą, mogliśmy zająć się warunkami atmosferycznymi. Spod chmury wiało, padało i nie zachęcało do pozostawania dłużej w jej zasięgu - tym bardziej, że widoczny za rufą RAGTIME cały czas cieszył się piękną pogodą. Cóż - tisze jediesz, dalsze budiesz. Zebraliśmy żagiel na gejtawach, ograniczając prędkość z wiatrem do 4 węzłów, i wykorzystaliśmy chwilę spokoju do ubrania się w sztormiaki. W samą porę - na pożegnanie chmura poczęstowała nas porcją gradu. Później jednak, na osłodę, uraczyła nas widokiem najpiękniejszej tęczy, jaką kiedykolwiek oglądaliśmy - wielkiej, jasnej, o wspaniale wysyconych barwach na ołowianoszarym tle.
Przeczekawszy burzę, ruszyliśmy w kierunku widocznego coraz bliżej brzegu. Mieliśmy wprawdzie dość mgliste pojęcie o tym, dokąd powinniśmy płynąć - nasze mapy kończyły się na Gdyni. Pocieszałem się, że kiedyś już byłem w Górkach i chyba trafię... Janusz postanowił pobawić się wiosłem sterowym, ja zaś bawiłem się szotem i gejtawą, próbując utrzymać przyległy opływ na całej powierzchni żagla. Udało się - wszystkie "icki" naszyte na tkaninę ułożyły się w jednym kierunku. "Kleszcze kraba" po raz kolejny wykazały, że są bardzo odporne na oderwanie opływu i utratę siły nośnej. Przy okazji okazało się, że trzymanie w ręku gejtawy znakomicie amortyzuje wstrząsy bomu i żagla na fali, również poprawiając pracę pędnika. Zabiegi te dały chyba rezultat: wyprzedziliśmy spory jacht, idący prawdopodobnie także do Górek, równie łatwo jak wcześniej RAGTIME'a.
Bawiąc się w ten sposób i rozkoszując siedmiowęzłową żeglugą, całkiem zlekceważyliśmy kolejna chmurę. Kiedy nadeszła, akurat przecinaliśmy tor podejściowy do Portu Północnego - też niedobre miejsce do zwinięcia żagla. Gnaliśmy więc dalej z wiatrem, licząc na to, że obrany poprzednio kierunek "na ostatnią suwnicę" będzie prawidłowy.
W pewnym momencie przez ścianę deszczu zobaczyłem coś, co wyglądało jak główki. Pomiędzy nimi fale tworzyły przedziwną "pralkę", przez którą PJOA przemknął jednym ślizgiem. Byliśmy w kanale portowym. Przez ramię zobaczyliśmy jeszcze kilka malutkich kilerków klasy R2.4, które jakby nigdy nic ćwiczyły zwroty za falochronem. Niezwykle dzielne łódki!
Do kei w klubie NEPTUN dobiliśmy około 1700, po 5 godzinach efektownej, emocjonującej żeglugi. Zaledwie w godzinę później do portu wpłynął RAGTIME. Stefan miał przez większość czasu piękną pogodę, raz tylko na skraju drugiej chmury burzowej zrzucił na chwilę bezan. To daje do myślenia...
W Górkach Zachodnich zakończyliśmy nasz rejs wzdłuż polskiego wybrzeża. Pierwszy, zeszłoroczny etap był cudowną, wakacyjną przygodą. Tegoroczny stanowił kawał rzetelnej, żeglarskiej roboty. Może dobrze się stało, że pogoda nie dopisała tym razem tak dobrze jak poprzednio: przekonaliśmy się, że zarówno nasza łódź jak i sama idea żeglugi plażowej sprawdza się nie tylko w idealnych warunkach.
Pozostało nam do zagospodarowania niedzielne przedpołudnie - nie darowaliśmy sobie pokazania Stefanowi specyfiki pływania na proa. Najpierw kilka halsów na rozlewisku, sterowanie wyważeniem i żaglem na różnych kursach, bez użycia wiosła sterowego. Później przeszliśmy kanał portowy i wydostaliśmy się na zatokę. Jeszcze na osłoniętych wodach przyszedł szkwał. Łódka przyśpieszyła, pływak uniósł się do góry na dobre pół metra. Zdążyłem przesiąść się na następną ławeczkę, ale i tak trzeba było poluzować nieco szot. Pływak posłusznie opadł - ale w końcu także sobie trochę polatał.
Za główkami wysztrandowaliśmy na plaży. Spacerująca obok rodzina była zachwycona, żeńska część została ubrana w stroje organizacyjne (czyli spódniczki z pasków zielonego materiału) i odtańczyła na pokładzie zaimprowizowany taniec hula. Jeszcze długo po odpłynięciu żegnały nas okrzyki Aloha!.
W drodze powrotnej, na leciutkim wietrze i gładkiej wodzie w portowym
kanale, wypróbowaliśmy samosterowność proa. Cała załoga rozłożyła się
leniwie na pokładzie, wiosło sterowe schowane głęboko, szot wprawdzie nie
w knadze, ale przydepnięty do burty. Łódka idealnie trzymała bajdewindowy
kurs, reagując na drobne odkrętki wiatru. Stefan był zaskoczony:
-Mówiliście o samosterowności proa, ale brałem to za "morskie opowieści".
Ta łódka jest naprawdę magiczna! Łódka z krainy Oz!
Co zrobić, żeby wyslipować morski jacht na brzeg? Ależ nic prostszego: trzech chłopa łapie za kadłub i podnosi go na keję. Potem można odwiązać pływak, załadować wszystko na przyczepkę i ruszyć z powrotem. Do domu, do pracy, do codziennej monotonii z daleka od plaż, wiatru i morza...
Na morzu spędziliśmy w tym roku 22 godziny, przepływając łącznie 90 mil. Średnia prędkość wynosiła więc 4 węzły - może niewiele jak na szybki wielokadłubowiec, ale całkiem wystarczająco w nieśpiesznej turystyce. Co ciekawe, rok temu przeciętna prędkość była z dużą dokładnością taka sama mimo zupełnie innych warunków pogodowych.
Warunki te były zdecydowanie trudniejsze niż poprzednio, jednak okazało się, że zarówno konstrukcja proa jak i sposób żeglugi blisko plaży pozwalają na ich dobre wykorzystanie. Dla przykładu - Waldek "Trzy Sztagi" na swoim 5.5-metrowym PIPie, specjalnie przystosowanym do morskiej żeglugi, nie zdołał w ciągu tego tygodnia wyruszyć z Ustki na Bornholm. Byłoby to zbyt ryzykowne przy niestabilnej pogodzie. Mając komfortową możliwość błyskawicznej ucieczki do brzegu, mogliśmy w tym czasie dotrzeć do Górek Zachodnich.
PJOA sprawdziło się nie gorzej niż rok temu - a nawet lepiej, bo załoga miała więcej wprawy w posługiwaniu się nim. Cały nasz dobytek dowieźliśmy do celu sucho i bez narażania na niebezpieczeństwo. Wiele nowego nauczył nas żagiel, zwłaszcza jeśli chodzi o pracę gejtawami: refowanie "na rzodkiewkę", zmiana profilu w celu odpadnięcia od wiatru czy utrzymywanie gładkiego opływu na fali, było bardzo pożytecznymi doświadczeniami. Natomiast po raz kolejny okazało się, że refowanie "kleszczy kraba" nie jest dobrym pomysłem.
Końcową próbę dzielności PJOA stanowił przelot z Helu do Górek. Łódka zdała egzamin doskonale - tak dobrze, że jej załoga mogła sobie pozwolić na pewną niefrasobliwość we wpływaniu pod chmury burzowe. Nie znaczy to, że nasza taktyka jest godna polecenia - mogliśmy z powodzeniem płynąć spokojniej i bezstresowo, przybywając do celu - jak Stefan - zaledwie godzinę później. To również dobra nauczka, ponownie przypominająca o tym, że warto patrzeć w niebo i przewidywać zmiany w pogodzie. Niemniej, prognozy, przesyłane nam przez Roberta Hoffmana (podziękowania!) w tym roku sprawdzały się bardzo dobrze i niezwykle pomogły w planowaniu poszczególnych etapów rejsu.
Polskie wybrzeże jest piękne - aż szkoda, że w tak niewielu miejscach zatrzymywaliśmy się, że tak mało czasu poświęcaliśmy na zwiedzanie ciekawych miejsc. Przydałoby się więcej niż tydzień urlopu... i więcej łódek do towarzystwa. Nieco mniej piękna jest nadbrzeżna cywilizacja - zeszłoroczna decyzja, żeby obozować na jej skraju, w okolicach niewielkich miejscowości wypoczynkowych, była ze wszech miar słuszna. Doświadczenia z Łeby i zasłyszane wieści z Ustki zniechęcają raczej do odwiedzania plaż w większych miastach. W takich miejscowościach lepiej zatrzymać się w porcie jachtowym - jak w Helu. Dodatkową zaletą są sanitariaty i prysznice - w tym roku zimna woda w Bałtyku zupełnie nie zachęcała do kąpieli.
Co dalej? Nowe, większe proa, pozwalające na wygodniejszą żeglugę w trudniejszych warunkach, wyposażone w kabinkę dla załogi. Nowe działania, propagujące małą żeglugę po polskim morzu. I nowe rejsy - bo tyle jeszcze ciekawych miejsc do zobaczenia!