
|
Pjoa na
„Pucyfiku” (i nie tylko). Robert
Hoffman i
(trochę) Janusz Ostrowski Motto: „Wiatr
wieje z Zachodu, |
![]() |
![]() |
Ten etap stanowi kontynuację rejsu proa Pjoa wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku, zainaugurowanego w 2006 roku etapem z Międzyzdrojów do Ustki, a kontynuowanego w 2007 roku z Ustki do Górek Zachodnich. Uczestnik i autor relacji z tamtych etapów, Krzysztof Mnich, nie mógł uczestniczyć w tegorocznym rejsie, w którym zastąpiłem go (mam nadzieję, że godnie) ja.
W sobotę, 19 lipca, raniutko jesteśmy już zapakowani, Pjoa na przyczepie był przygotowany już wcześniej, więc znad Zalewu Zegrzyńskiego jedziemy prosto w kierunku Gdańska. Z przyczepą nie można jechać bardzo szybko, ale podróż przebywa sprawnie - rozpoczyna się kolejny etap bałtyckiej, plażowej wyprawy Pjoa wzdłuż polskiego wybrzeża.
Dojeżdżamy do Górek Zachodnich, do Jachtklubu „Neptun”, gdzie wita nas bosman dyżurny. Nasze przybycie było zapowiedziane wcześniej przez Stefana Eknera, więc chwilę potem jesteśmy już z przyczepą na kei. W „Neptunie” spotykamy się z życzliwą atmosferą i ciepłym zainteresowaniem.
Rozładunek i montaż (wiązanie powrozami) Pjoa odbywają się sprawnie, wodowanie również, pomimo, iż chwilowo nie ma miejsca przy kei i musimy mieścić się z naszym wielokadłubowcem pomiędzy slipem a Y-bomem – tylko dzięki sprawności Janusza, żaden z nas nie wykapał się w basenie portowym. Niestety pogoda robi się burzowa, wieje sporo, więc na pewno dziś nie uda się wypłynąć – z wdzięcznością korzystamy z gościny Jachtklubu „Neptun”, a tym razem, szczególnie, Waldka, który zaoferował nam nocleg w, wynajętym przez siebie, domku kempingowym.
Niedzielny ranek, 20 lipca, pokazuje nam, że będzie wiało (bo już wieje i to zdrowo 4 w skali Beauforta), a może też lać. To będzie mój pierwszy dzień na proa, więc szykuje się „chrzest bojowy”, ale zapewne nigdzie dalej nie popłyniemy – Janusz musi przecież być pewny, że sobie poradzę w rejsie na tej niekonwencjonalnej jednostce. Wypływamy na Wisłę Śmiałą i ćwiczymy manewry. Okazuje się, że Pjoa wymaga kociej zręczności, a osiągane prędkości oszałamiają – swobodnie robimy 7-8 węzłów bez wytwarzania fali, a chwilowo przyspieszamy do ponad 10 węzłów. Zaczynam rozumieć opowieści o latających proa i o zachowaniu Pjoa przy większych prędkościach. Kiedy prędkość przekracza 10 węzłów podniesiona przez kadłub fala dziobowa rozbija się o pomost i robi niezły prysznic – zwłaszcza sternikowi, który dostaje co jakiś czas wiadro wody „na klatę”, więc musi się nieźle trzymać, aby nie wypaść z pędzącej 14 węzłów pirogi. Być może, następna wersja Pjoa będzie miała łukowato wygięte dźwigary pomostu...
Jak sobie radzę w nowej sytuacji? Moje ruchy są kanciaste i niepewne, bo w czasie zimy straciłem sporo ze swojej, i tak niezbyt wysokiej, sprawności fizycznej, a do tego mam kontuzję prawego stawu barkowego, więc jestem trochę niepełnosprawny i przeżywam przyspieszoną rehabilitację.
Na razie pływamy i robimy w Górkach trochę zamieszania – dowiadujemy się bowiem od filmującego nas Stasia Skorego, konstruktora eksperymentalnej maleńkiej jednostki z „box keel’em” i żaglem zbliżonym do „kleszczy kraba”, że już są na lądzie komentarze, że to „coś”, bez steru, z jakimś dziwnym żaglem, powiązane powrozami - pływa za szybko!!!
Kilkakrotnie
wypływamy za główki, aby poczuć działanie bałtyckiej fali
– żegluga staje się
trochę wolniejsza, ale za to dużo bardziej mokra. Wyprzedzamy kilka
jachtów i
wracamy na gładką wodę.
Poza „dymiarzami” (określenie pochodzi z filmu K.
Kostnera
„Wodny świat”), czyli skuterami wodnymi i
motorówkami oraz deskami z żaglem,
które chodzą już w tych warunkach w ślizgu –
jesteśmy najszybszą jednostką na
wodzie, szybszą nawet od katamarana Hobie 16.
Za którymś z takich wyskoków na Zatokę widzimy
idący od
strony Gdańska regatowy jacht pod genakerem. Podziwiamy jego prędkość,
ale
przed główkami załoga jachtu zrzuca
genaker i wtedy gładko go wyprzedzamy – to s/y
POLLED Jacka Chabowskiego.
Chwilę rozmawiamy i dowiadujemy się, że kiedy nas zobaczyli, to widząc
z
daleka,
kołyszącą się na fali, dziwną sylwetkę, myśleli, że
„komuś złamał się maszt i trzeba będzie do niego
podejść z pomocą, ale coś jest nie tak, bo nie można go
dogonić”, a za chwilę:
„on nas wyprzedza!”. Potem proponują, że przesiądą
się na motorówkę i zrobią
nam kilka
fot.
Leszek Wysiecki
zdjęć i nakręcą film. W ten sposób powstaje kilka bardzo dobrych, dynamicznych zdjęć Pjoa, autorstwa Leszka Wysieckiego. Pływamy jeszcze trochę, aby się dobrze zmęczyć i wracamy do „Neptuna”. Podczas obiadokolacji w ośrodku AZS widzimy powracający z Helu jachcik Ragtime Stefana Eknera – ten wieczór spędzamy więc w towarzystwie jego i Kasi, a noc w kapitanacie „Neptuna” ...i dzięki temu nasz namiot pozostaje nadal suchy, a przecież nad nami przewalają się właśnie deszczowe chmury.
Postanawiamy
wypłynąć na zatokę w poniedziałek, 21 lipca. Prognoza
przewiduje wiatry o
sile 
Widoczne, na filmikach Jurka, chmury zwiastują to, co zdarzy się parę chwil później...


Jeszcze tylko rozmowa z ochroniarzem ostrzegającym nas, że Straż
Miejska ściga
rozstawione na plaży namioty, ale jemu nasz namiot przeszkadzał nie
będzie.
Rozpakowujemy się i rozstawiamy namiot bliziutko restauracji. Około
północy
zamiera ruch w restauracji, ale nie znaczy to, że plaża śpi. Wciąż ktoś
przechodzi,
wciąż słychać ciche lub głośne rozmowy i nawoływania, a około trzeciej
nad
ranem, powracający z jakiejś dyskoteki „balownicy”
uczą się nawzajem, „jak
powinna wyglądać kobiecość w polonezie” i prowadzą dysputę
teologiczną. Jeden z
nich, zmęczony, przystaje przy PJOA w celu załatwienia potrzeby
fizjologicznej,
co wywołuje naszą natychmiastową reakcję i zmitygowany delikwent
przeprasza i
zapewnia, że on tylko na piasek, a nie na łódkę... Chwilę
potem z jakiegoś
kolonijnego ośrodka przybywa grupa chłopców z opiekunką w
celu podziwiania
wschodu słońca. Dzielni chłopcy głośno wyrażają swój zachwyt
nad owym
zjawiskiem, a tak naprawdę – przegadują tę wyjątkową chwilę,
bo chyba jeszcze
nie potrafią się nią zachwycić. Najgorszy jest jednak zimny i
wilgotny piasek, od którego
nie izolują ani karimaty, ani śpiwory – w namiocie jest nam
po prostu zimno.
Wstaje nowy dzień 22 lipca,
ranek jest prawie
bezchmurny i prawie bezwietrzny. Daleko nad lądem widać wierzchołki
cumulonimbusów, które wolniutko odchodzą w głąb
lądu – to wspomnienie
wczorajszej pogody, która już, do końca naszego rejsu, nie
powróci. Po
śniadaniu i zapakowaniu się analizujemy krótko prognozę
dostarczoną przez
Krzysztofa Mnicha via SMS. Prognoza mówi o wietrze o sile
1-2 stopni w skali
Beauforta. Wiatr ma zupełnie zdechnąć po godzinie 1500, więc zbieramy
się
szybko (koło południa!), aby zdążyć do celu przed flautą. Nie uśmiecha
się nam
perspektywa pagajowania na środku Zatoki Puckiej. Naszym celem jest
port w
Jastarni i tam kierujemy dziób PJOA, który
szybciutko przechodzi koło
sopockiego molo i lekko podąża w zamierzonym kierunku. Sprawnie
przecinamy
farwater portu Gdyni obserwując ruch statków i trening
regatowych 470tek –
pięknie wyglądają pod spinakerami. Zmierzamy kursem wprost na Jastarnię
w słabnącym
wietrze.

fot. Anna Becher
Widząc dwa okręty wojenne zastanawiamy się, czy ochraniają może „rezerwat prezydencki” - zwłaszcza ten większy, desantowiec z wyraźnie „kaczym dziobem” bardzo by do tego celu pasował... Kiedy jesteśmy obok okrętów wiatr słabnie zupełnie i Janusz postanawia zrzucić żagiel, który tylko telepie się na pozostałościach fali. Idziemy na pagaju – prognoza sprawdza się, trochę za wcześnie... Nieoczekiwanie za chwilę wiatr powrócił, ale... z zupełnie nowego kierunku, najpierw słaby, ale zaraz coraz silniejszy. Do Jastarni będziemy mieli prosto w zęby. A czy my mamy tam, w ogóle, coś do roboty? W tym czasie Janusz rozmawia przez komórkę z przyjaciółmi przebywającymi na Półwyspie Helskim – w Kuźnicy i Chałupach – i wesoło oznajmia, że mamy zaproszenie do Kuźnicy, a także do Chałup, nawet nie będziemy musieli rozbijać namiotu! Tym kursem moglibyśmy dojść dziś nawet do Swarzewa, ale drogę zagradza nam „Wielka Rafa Koralowa”, czyli Mielizna Rybitwa (zwana kiedyś, na starych mapach, z kaszubska: Ryf Mew), która, w tym miejscu, jest za płytka nawet dla Pjoa. Musimy halsować, a nasz wybór pada na Kuźnicę. Janusz kilkakrotnie rozmawia z przebywającą w Kuźnicy Anią i żartują na temat przygotowań do powitania... kilkakrotne pytania przez komórkę, gdzie jesteśmy i za ile będziemy
Dochodzimy do Mielizny Rybitwy, blisko miejsca, gdzie jest zatopiony ORP Kujawiak – widzimy wystający z wody, przechylony kiosk tego okrętu i robimy zwrot. Jeszcze kilka zwrotów i zbliżamy się do „Przejścia Północno Wschodniego” - wytyczonego szlaku podejściowego do Portu Rybackiego w Kuźnicy. Znajdujemy ciut głębszą wodę i trafiamy na przejście do Portu Rybackiego, gdzie zamierzamy dojść.
Płyniemy po zupełnie
gładkiej wodzie , bo
rosnący już do dobrej trójki wiatr wieje wprost od
Półwyspu Helskiego, który
daje osłonę i fala na płytkiej wodzie nie podnosi się. W momencie
zbliżenia do
pirsu kutrów słyszymy megafon oznajmiający wszem i wobec, w
całej Kuźnicy,
„przybycie sławnych piratów i wilków
morskich” witanych przez „chór dziewic i
matkę karmiącą” - to Ania, Olga i Asia realizują
swój tajny plan powitania
naszego „pirackiego okrętu”. Ania robi też kilka
ciekawych zdjęć Pjoa.
Otrzymujemy pozwolenie na zatrzymanie się w
Porcie Rybackim, na piasku koło slipu, pod okiem rybaków.
Niektórzy z nich żywo
interesują się niecodzienną jednostką. Zakończyliśmy właśnie pierwszy
dłuższy
przelot – kilka godzin na „Pucyfiku”,
które dały nam wiele radości. Nocleg
spędzimy tu w cywilizowanych warunkach na przyjemnej kwaterze
– dzięki uprzejmości
witających nas Pań. Nasz namiot znów pozostanie suchy w
swoim opakowaniu. Wiatr
wzmógł się do trójki i nie zamierza osłabnąć,
więc Janusz staje się na chwilę
instruktorem windsurfingu...

Wygląda na to, że
dziś
nie odpłyniemy z Kuźnicy, ale według naszego rozeznania (i pomiaru
wiatromierzem) wynika, że ...wieje czwóreczka, a nawet ciut
mniej. Po śniadaniu
namawiamy towarzystwo na krótki rejs do Chałup i z powrotem.
Pod osłoną
Półwyspu od fal powinna to być przyjemna i bezpieczna
żegluga z możliwością
szybkiej ucieczki do brzegu w wypadku wzrostu siły wiatru. Na
wyruszenie z nami
decyduje się tylko Ania wraz ze swoim synkiem. Krótka,
półgodzinna halsówka do
Chałup daje się trochę malcowi we znaki, bo kamizelka nie chroni zbyt
dobrze
przed zimnym wiatrem. Na szczęście nie ma fali, a za chwilę jest
rozgrzana
słońcem keja w Chałupach i po
krótkim pobycie, w celu rozgrzania się,
szybki powrót jednym halsem do
Kuźnicy. Resztę czasu dzisiejszego dnia można będzie poświęcić na
wczasowe
rozrywki, wyjazd do Juraty, szkolenie w windsurfingu itp. Prognoza nie
sprawdza
się – cały czas wieje wiatr o sile 3 – 4 w skali
Beauforta, więc jeśli sytuacja
meteorologiczna utrzyma się, trzeba będzie, następnego dnia, ruszyć w
dalszą
drogę...
Nowy dzień, 24 lipca
wita nas pomyślną prognozą
przesłaną przez Krzysztofa – wiatr skręci na N i NE, ale
powinien utrzymać siłę
do 4 B. Pogoda jest rześka – na brzegu słonecznie i w
osłoniętych od wiatru
miejscach gorąco, ale wiatr wciąż bardzo zimny. Po pożegnaniu i
spakowaniu się
(udokumentowanym fotograficznie przez Anię) wyruszamy w kierunku
Swarzewa. 
W pewnej odległości po minięciu Głębinki fala robi się wyższa i z nieco innego kierunku – daje się odczuć wpływ dużej wody. Tutaj możemy mieć już dużo mniej miejsc do bezpiecznego wylądowania, bo np. locja-przewodnik M.i J. Kulińskich mówi o umocnieniach z gabionów i głazach w rejonie Mechelinek i Babich Dołów, akwenach zamkniętych w okolicach torpedowni i terenów wojskowych... Tu będziemy musieli także zwracać uwagę na ruch statków, bo będziemy przecinać tory wodne. Żegluga staje się coraz bardziej mokra, fale coraz wyższe – daje się zauważyć nakładanie fali wywołanej wiatrem z falą ugiętą Półwyspem Helskim oraz z falą odbitą od brzegu. Mamy też wrażenie, że wiatr zwiększył swą siłę, ale może to tylko wrażenie, bo wypłynęliśmy na bardziej otwarte wody? Jazda jest piękna, Pjoa znakomicie sobie radzi z falą, ani razu nie wbija się w nią dziobem podczas szaleńczych zjazdów, odcina tylko wierzchołki, zbyt niskim trochę, pomostem, robiąc nam prysznic, a spora część wody dostaje się do kokpitu, który nie jest odpływowy, więc Janusz wciąż wybiera wodę czerpakiem. Niektóre grzywacze z powodzeniem rozbija ama, czyli wysunięty na nawietrzną stronę pływak proa. Nie ma wątpliwości, że Pjoa sobie poradzi nawet i z większą falą, zachowuje się łagodnie, naturalnie układając się na skłonach i w dolinach, a szybkie, ślizgowe zjazdy nie wydają się być niebezpieczne.



Z wiatrem żeglowaliśmy zarefowani w
różnym stopniu i
na wiele różnych sposobów: „na
rogi”,, „frędzel”,
„ogórek”, Fot. Rudolf
Wasilewski
Z Gdyni wychodzi, odbywający rejsy do Helu, motorowy
katamaran Onyx, widzimy, jak idąc wprost pod wiatr rozbija fale swoimi
wysokimi
dziobami, a bryzgi sięgają dużo powyżej wypiętrzonej
sterówki. Przechodzi nam
bezpiecznie za rufą, za to, na wysokości Portu Północnego
podchodzi z morza
duży statek, a jego kurs wyraźnie koliduje z naszym. Janusz obserwując
go ze
swojej pozycji sternika mówi: „Spoko, zaraz stanie
na kotwicy, bo sam do portu
nie wejdzie.” - i tak się właśnie dzieje, widzimy jak statek
widziany przed
chwilą z prawej burty odwraca się dziobem do wiatru i widzimy jego lewą
burtę.
Fala nadal rośnie, a mimo sporej odległości od falochronów
Portu Północnego,
daje się odczuć nieprzyjemne nałożenie fali odbitej od tych
falochronów.
Żegluga jest już mniej przyjemna, a fala tak wypiętrzona, że na chwilę
znika za
wierzchołkami zarówno Port Północny, jak i
wspomniany duży statek, który
właśnie zakotwiczył na redzie. Chwilami fala dynamicznie potrafi
oderwać amę
(nawietrzny pływak przeciwwagi) od powierzchni wody, ale ciężar ciała
załoganta, czyli mój, daje wystarczający moment prostujący,
by za chwilę pływak
znalazł się na wodzie. Nieuchronnie zbliżamy się, jednak, do celu
naszej
dzisiejszej podróży. Po minięciu, w bezpiecznej odległości,
Portu Północnego,
odpadamy w kierunku Górek Zachodnich. Chwilę
później jesteśmy już w główkach
ujścia Wisły Śmiałej bezpiecznie minąwszy palisadę
„Cefeusza” i gwiazdobloki.
Jesteśmy znów na gładkiej wodzie, a za następną chwilę
cumujemy w przyjaznym
porcie Jachtklubu „Neptun”, gdzie czeka już na nas
Stefan Ekner, a Pan Gustaw,
z jachtu Gutek, pyta, czy wiemy, że wiało dziś do 6 stopni w skali
Beauforta.
Gdybyśmy wiedzieli to w Swarzewie, to pewnie byśmy tam zostali, a tak,
po
upływie trzech i pół godziny, dotarliśmy zmęczeni i
przemoczeni, ale
bezpiecznie i szczęśliwie do Górek. Średnia prędkość
osiągnięta przez Pjoa, w
tym przelocie, wyniosła około 7 węzłów, a maksymalna 14
węzłów – niezły wynik
na taką małą pirogę z przeciwwagą na stosunkowo wysokim
rozkołysie.


zarefowani: „na
rzodkiewkę”
albo wcale ;-).
Fot.
Rudolf Wasilewski
Bolą mnie wszystkie gnaty, a
najbardziej tyłek, od
siedzenia i kiwania się z falą na twardej ławeczce – w jednej
pozycji przez
tyle czasu. Trochę się trzęsę – nie wiadomo, czy bardziej z
wrażenia, czy z
przemoczenia i przemarznięcia, a może ze słonecznego udaru, bo okazuje
się, że
mam spalone słońcem kolana, łydki i stopy, które przez cały
czas rejsu miały
znakomitą ekspozycję ku słońcu i intensywne chłodzenie morską wodą.
Zastanawiamy się też, czyj śpiwór jest zapakowany w rufowej
bakiście, bo można
przewidzieć, że będzie mokry. Dziś pecha miał Janusz, to jego
śpiwór wymaga
intensywnego suszenia. Do suszenia wynosimy również, do
klubowego hangaru,
namiot. Reszta ekwipunku, za wyjątkiem mapy, która stale
była na pokładzie w
woreczku strunowym, który puścił wodę, jest raczej sucha.
Chętnie przystajemy
na zaproszenie Stefana, na nocleg, na jego pięknym jachciku Ragtime.
Wcześniej
korzystamy, w kapitanacie Jachtklubu „Neptun”, z
poczęstunku przygotowanego
przez Rudka Wasilewskiego z rodziną. Umawiamy się na jutro, na
zrobienie zdjęć
Pjoa i Ragtime’a pod żaglami. Długimi pogawędkami, o
żeglowaniu i nie tylko,
kończy się ten piękny, pełen wrażeń dzień...
25 lipca rano idziemy razem ze Stefanem na śniadanie do ośrodka, w którym rezydują Rudek z rodziną. Cały anturaż ośrodka tchnie duchem lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Czyżby czas tam stanął w miejscu? Podana ryba jest jednak świeża i smaczna, to dobrze nastraja na resztę dnia. Idziemy zobaczyć, jak wygląda morze od strony plaży. Mierzymy wiatromierzem siłę wiatru – jest jeszcze dość wcześnie, a wieje 3 – 4 Beauforta, prognoza mówi zaś o wzroście siły wiatru. Wypada więc zrobić sobie dzień odpoczynkowy. Zgodnie z wcześniejszą umową będziemy pływać dziś tylko po gładkiej wodzie Wisły Śmiałej pozując Rudkowi do zdjęć u boku stefanowego jachciku Ragtime. Wcześniej jednak trzeba załatwić punkt widokowy dla fotografów. Idziemy do Jachtklubu Stoczni Gdańskiej poprosić o pozwolenie fotografom na zajęcie strategicznej pozycji na wieży. Bosman klubu z nieprzystępną miną mówi, że nie wolno, bo wieża jest skorodowana i niebezpieczna i może dojść do wypadku. Pyta „co chcemy fotografować i po co”, więc Stefan mówi, że „dla prasy będą robione zdjęcia tej dziwnej łódki z bocznym pływakiem, która tak szybko pływa”, na co bosman natychmiast zmienia wyraz twarzy. Ze słowami „Ach wiem, wiem, widziałem!” i z uśmiechem, prowadzi fotografów, czyli Rudka z rodziną, na dach klubowego budynku, skąd rozciąga się szeroki widok na Rozlewisko Wisły. Tymczasem my i Stefan szybko idziemy do „Neptuna”, aby wypłynąć na sesję zdjęciową. Wdzięczność moja jest ogromna, gdyż Stefan pożycza mi swoje sztormowe spodnie, które ochronią moje spalone słońcem kolana i łydki – tylko stopy będą miały kolejną kąpiel słoneczną, ale „nic to”. Stefan wypływa jako pierwszy, a my chwilę po nim. Dzisiejsze pływanie po Wiśle Śmiałej jest miłą zabawą. Szybko doganiamy Ragtime ‘a i wyprzedzamy.
fot.
Rudolf
Wasilewski
Pływamy razem w polu widzenia naszych fotografów. Wiatr wyraźnie tężeje, co głównie widać po Ragtimie, gdyż Stefan zrzuca najpierw bezan i próbuje żeglować na samym grocie, a następnie stawia bezan, zrzuca grotżagiel, by za chwilę postawić zarefowany. Stefan pływa sam, więc może mieć pewne kłopoty z prowadzeniem swojego jachciku w silniejszych, nierównych podmuchach. My korzystamy z silniejszego wiatru by pobawić się szybkością – Pjoa bez trudu osiąga 10 węzłów, a w szkwałach więcej, żadnego przy tym wiszenia na trapezie i prężenia muskułów :). Uderzenia wiatru odczuwamy głównie jako przyspieszenie żeglugi. Płyniemy więc też w druga stronę, w kierunku mostu pontonowego w Sobieszewie, zwłaszcza, że Ragtime zawraca do „Neptuna”, co wskazuje, że sesja zdjęciowa zakończona. Podczas tego, krótkiego, wypadu wiatr jest nierówny, bo zakłócony i porwany lądem – są chwile zwolnienia i uderzenia wiatru, który kilkakrotnie potrafi podnieść amę (nawietrzny pływak) nad wodę. Nie pozwalam jej, jednak, zbyt długo latać w powietrzu, luzuję szot i przywieram plecami do ławeczek zwiększając moment prostujący. Na dziś wystarczy – kierujemy się z powrotem do portu Jachtklubu „Neptun”. Wieczorem, już po kolacji, widzimy efekt pracy fotografów. Szkoda tylko, że nie zrobili chociaż krótkiego filmiku z wykonania zwrotu na proa, bo w tych warunkach byłoby to ciekawe. Takich filmików jest w sumie niewiele.
W lżejszych
warunkach można by spróbować przejść bliziutko tego ujścia,
a nawet pokusić się
o wejście w głąb Wisły. Dziś chyba lepiej trzymać się z dala od tego
miejsca,
mimo iż niewielkie zanurzenie Pjoa pozwala na penetrowanie takich
płytkich
zakamarków, czego już doświadczaliśmy wcześniej np. w
bezpośredniej bliskości Półwyspu Helskiego podczas rejsu
Kuźnica – Chałupy –
Kuźnica. Robimy zwrot i oddalamy się od ujścia w głąb morza, co
wyraźnie
uspokaja załogę RIB-a z jednostki SAR, który wygląda jakby
wyszedł by dać nam
asystę, za co ma nasza wdzięczność, a teraz zawrócił.
Oddaliwszy się na
bezpieczną odległość, w okolice pławy ŚWB, wracamy na kurs w kierunku
Krynicy.
Falowanie coraz bardziej pasuje do siły wiatru. Wieje porządne 4 B.
Pjoa
pokazuje, że jest dzielną jednostką i potrafi żeglować ostro na wiatr,
tak samo
jak większość współczesnych jachtów, pomimo braku
miecza, czy innej płetwy
wystającej pod dnem. Ten brak wystającego pod dnem miecza, ani też
steru ma i
teraz konkretne znaczenie. Co pewien czas, w okolicach mijanych
rybackich
miejscowości np. Kątów Rybackich (jak również
wielu innych miejscach mijanych
wcześniej na Zatoce
Puckiej) napotykamy
sieci, które dla współczesnego jachtu mogą
stanowić konkretny problem
zaczepiając się np. o ster. Pjoa może swobodnie ignorować istnienie
tych sieci,
nawet sieci powierzchniowych, bo bez zaczepiania i szkody dla siebie
lub sieci
nad nimi przepływa. To wielka zaleta Pjoa. Żeglujemy żwawo, mijając
kolejne
nadmorskie miejscowości, które łatwo z morza zidentyfikować,
bo w kolejności
takiej jak na mapie pojawiają się skupiska plażowych jadłodajni i
piwiarni, a
wokół nich wielkie zagęszczenie ludzi, które
rozrzedza się pomiędzy tymi
miejscami. Żegluga jest mokra, bo fala idąca tu z dużej odległości
staje się
coraz wyższa. Widoczność doskonała przy bezchmurnym niebie. Po prostu
wymarzona
żegluga. W pewnym momencie spada do wody jedna z gejtaw, ta,
którą podebraliśmy
nieco do góry bom, to przewiąz z kevlarowej linki tego
obciążenia też nie
wytrzymał. „Spokojnie” - mówi Janusz -
„mamy przecież jeszcze drugą, a tę
naprawimy przy najbliższej okazji”, więc zwijamy i
zabezpieczamy opadniętą
gejtawę wraz z bloczkiem nie przerywając żeglugi. Mijamy wyniosłą wieżę
radaru
strzegącego naszego wybrzeża i identyfikujemy latarnię morską w
Krynicy. Tam, w
okolicy przystani rybackiej lądujemy bezpiecznie w przyboju,
który wzrósł już
do ponad metra. Moje pierwsze lądowanie w przyboju jest troszkę
emocjonujące,
ale Janusz pewnie prowadzi swoją pirogę do brzegu. Zmniejszamy nieco
powierzchnię żagla podbierając go na ocalałej gejtawie i ustawiwszy się
rufą do
fali wyjeżdżamy miękko na piasek. Wyskakujemy do wody i wciągamy
łódź na plażę.
W tym spontanicznie pomaga nam jeden z plażowiczów,
który potem mówi, że „teraz
to jest dobrze, bo można sobie swobodnie pływać”, bo wtedy
kiedy on był tutaj,
w czasie Stanu Wojennego w wojsku, to jak dziecko weszło z
kółkiem troszkę
dalej od brzegu, to chcieli rodziców zamykać za nielegalne
przekroczenie granicy.
O tym, że wciąż są ludzie chcący w ten sam sposób sprawować
władzę nad innymi
mieliśmy przekonać się wkrótce... Na dziś, to już koniec
rejsu. Szykujemy się
do noclegu w namiocie na plaży. Najpierw, jednak, udajemy się na
solidną
obiadokolację do jednej z pobliskich plażowych knajpek. Tam też Janusz
próbuje
się zorientować, jak będzie wyglądała sprawa wyciągnięcia
zdemontowanego Pjoa i
transport po lądzie do przyczepy. Będzie to możliwe, ale może być
uciążliwe, bo
piasek grząski, a odległość spora i dość stromy fragment do
przeniesienia.
Telefonicznie umawiamy się ze Stefanem i Rudkiem na temat ewentualnego
podjechania do Krynicy, aby Janusz mógł udać się do
„Neptuna” po samochód i
przyczepę. Demontujemy też olinowanie ruchome, aby rano już mieć je
spakowane.
Nadchodząca noc przyniesie jednak nowe, ciekawsze rozwiązanie. Po plaży
kilkakrotnie przejeżdża traktor z doczepioną broną – czyżby
nowe wraca? Nie to
zabiegi czyszczące plażę z milionów zalegających śmieci,
dziś chyba nikt już
nie zabrania ludziom odpływać od plaży, ...a jednak... W rozstawionym,
po
zawietrznej stronie Pjoa, namiocie możemy udać się na nocleg, ale plaża
nie
śpi. Jest przecież weekend, więc tłumy odwiedzają nadmorskie
miejscowości.
Wciąż ktoś przechodzi koło naszego namiotu i Pjoa, ale jest spokojnie i
cicho,
tylko błyski fleszy mówią nam o tym, że nocni plażowicze
robią sobie zdjęcia z
Pjoa w tle. Wolimy to niż prawdziwe błyskawice :). Przed zaśnięciem
postanawiamy, jednak, wcześniejszą niż zwykle pobudkę i w zależności od
warunków pogodowych decyzję na temat dalszego postępowania.
Szkoda dnia na jazdę
samochodem w tę i w tamtą stronę.Zjadamy
śniadanie i szykujemy się do wypłynięcia. Musimy też ponownie założyć
rozmontowane wczoraj olinowanie – odbywa się to sprawnie.
Kierunek wiatru
wskazuje na to, że będzie to, w zasadzie, jeden długi hals do
główek w Górkach.
Nie chcemy jednak, wypłynąć bez wypicia gorącej herbaty, a wszystkie
plażowe
budy z herbatą i innymi napojami jeszcze są pozamykane. Jesteśmy już
praktycznie gotowi, ale cierpliwie czekamy do otwarcia plażowej
„herbaciarni”.
W tym czasie na plażę przybywa drużyna ratowników WOPR,
którzy pełnią tu służbę
ratowniczą. W związku z tym, że Pjoa stoi
dość blisko oznakowanego kąpieliska,
Janusz kurtuazyjnie informuje jednego z
ratowników, że niedługo będziemy odpływać, więc żeby
zwrócili uwagę, bo
będziemy blisko skrajnej, czerwonej boi. Na to ratownik odpowiada, że
on musi o
tym zawiadomić Kierownika Plaży. W tym czasie siadamy już sobie z
zamówioną
herbatą w ogródku plażowej budki z paczkowanym jedzeniem. Po
chwili podchodzi
inny z ratowników z UKF-ką i mówi, że za chwilę
będzie rozmawiał z nami Pan
Kierownik Plaży
fot, Anna
Becher
w Krynicy Morskiej. W UKF-ce odzywa się bardzo zasadniczym
tonem Pan Kierownik: „Tutaj Kierownik Plaży w Krynicy
Morskiej Marek Xxxx,
Panowie dobiliście do plaży bez zezwolenia Urzędu Morskiego. Musicie
mieć
zezwolenie Urzędu Morskiego na dobicie i odbicie,
a tak, to jesteście
na
plaży administrowanej przez Yyyyyy nielegalnie i bez
zezwolenia....”. UKF-kę
przejmuje Janusz, a jego twarz
rozjaśnia szeroki uśmiech. Każdy kto trochę lepiej zna Janusza, od razu
rozpozna, że to nie jest ten sam uśmiech, którym obdarza
swoich przyjaciół.
Janusz rozpoznał w UKF-ce kolegę z dawnych lat, więc zaczyna tak:
„Cześć Marku,
tu Janusz Ostrowski, chciałem Cię poinformować, tak jak wcześniej
poinformowałem przed chwilą ratowników, że za chwilę
odpływamy od plaży, czy
masz z tym jakiś problem?” Pan Kierownik Plaży zmienia nieco
ton, ale
kontynuuje swój wywód: „Cześć Januszku,
ale jesteś tu bez zezwolenia Urzędu
Morskiego i powinieneś teraz przetransportować swój jacht na
dziką plażę i
stamtąd będziesz mógł dopiero odbić...”. Janusz na
to ponownie: „Marku, ja za
chwilę odpływam i chciałem Cię tylko o tym poinformować, czy masz z tym
problem?”. Pan Kierownik Plaży próbuje dalej
kontynuować, na co Janusz z
niezmąconym spokojem powtarza: „Za chwilę odpływamy, czy
naprawdę masz Marku
problem?”, aż w końcu Pan Kierownik Plaży daje za wygraną
„No to płyń
Januszku, tylko pamiętaj, że nie masz zezwolenia Urzędu
Morskiego na dobicie
do plaży i odbicie od plaży administrowanej przez...”.
Przecież „mamy
wszelkie niezbędne zezwolenia” bo są one
zagwarantowane ustawowo ale szkoda
czasu na polemiki, bo liczy się uciekający czas. Ratownik WOPR życzy
nam
pomyślnych wiatrów, mówi, że podoba mu się to co
robimy i przeprasza za
uciążliwą procedurę. Dziękujemy mu i czym prędzej odpływamy. Wiatr jest
początkowo dość słaby a z poprzedniego dnia pozostało trochę martwej
fali, więc
Janusz wspomaga szybkość Pjoa wiosłem, co łatwo oddala nas od tego
miejsca,
gdzie Pan Kierownik Plaży próbuje rządzić w stylu zupełnie
zapomnianej już
przez niektórych epoki... Rozumiemy jego obawy o
bezpieczeństwo plażowiczów,
ale w naszym wypadku nie mają one zastosowania, bo ani nie jesteśmy
masywną
motorówką z wirującymi ostrzami, ani nie poruszamy się po
kąpielisku, które
jest faktycznie jedynym akwenem zarezerwowanym wyłącznie dla ludzi bez
sprzętu.
Płyniemy żwawo, a wiatr powoli
wzrasta do 3
B. Zastanawiamy się, czy nie zatrzymać się na chwilę w
którejś z nadmorskich
miejscowości, ale jest niedziela i dziś trzeba już wracać do domu. Z
daleka
przyglądamy się ogromnym tłumom na plażach w Kątach Rybackich, a
następnie w
Sztutowie, Stegnie, Jantarze, Mikoszewie... Ciekawe, że w pewnej
odległości od
głównych wyjść na plażę tłum plażowiczów jest
dużo mniejszy – jednak jesteśmy
gatunkiem o wybitnym instynkcie stadnym... Żegluga jest przyjemna i
dość
szybka. Bez sensacji, znowu przepływamy nad wszelkimi, napotkanymi
sieciami
rybackimi. Na wysokości ujścia Przekopu Wisły do Bałtyku
znów widać przybój na
piaszczystej łasze. Obserwujemy jacht żaglowy, który halsuje
wśród płycizn
ujścia. Tym razem, bez zmiany halsu, oddalamy się w okolice pławy ŚWB.
Drugi
jacht płynący do Świbna, bliżej brzegu, zmienia hals i zaczyna płynąć w
kierunku
Górek. To są dla niego optymalne warunki do żeglugi.
Widzimy, jak
majestatycznie kiwa się na fali niosąc pełne ożaglowanie z genuą. Po
pewnej
chwili wiemy, że płyniemy dużo szybciej od niego. Jacht systematycznie
zostaje
coraz dalej za naszą rufą. Mały, powiązany powrozami, wielokadłubowiec
jest w
tych warunkach bardzo szybki. Bez wysiłku wyprzedza większość
napotkanych
żaglowych jednostek – szybsze są tylko regatowe katamarany
(ale tu takich nie
ma) i deski z żaglem (jeśli warunki pozwalają im na osiąganie ślizgu).
Po kilku
godzinach bardzo przyjemnej żeglugi wchodzimy w główki
ujścia Wisły Śmiałej w
Górkach, a chwilę później cumujemy w przyjaznym
basenie portowym Jachtklubu
„Neptun”. Na kei czeka już na nas Stefan Ekner, a
za chwilę dociera też Staszek
Skory ze swoim mikrojachcikiem „Maderka”. Teraz
pozostaje nam wyciągnąć Pjoa z
wody i zdemontować oraz załadować na przyczepę i zamocować. To już
koniec
naszego rejsu. Wyruszamy w drogę do domu. Andrzej Dziewulski z
„Neptuna”,
pokazuje nam jak ominąć najbliższe korki i wyprowadza bezpośrednio na
właściwą
szosę, ale i tak, pod Elblągiem trafiamy na koszmarny korek, z
którego nie ma
ucieczki. Do domu docieramy nad ranem...
Po zakończeniu rejsu zawsze przychodzi refleksja i
potrzeba podsumowania. W ciągu kilku dni przepłynęliśmy około
125 Mm. To
tylko mile przebyte w trasie, od punktu do punktu, nie były wliczone
krótkie
pływania po Wiśle Śmiałej i Martwej 20 i 25 lipca. Na dobę wypada
niewiele, bo
pływaliśmy tylko po kilka godzin w ciągu dnia. To miał być rekreacyjny
wypad
wakacyjny, a nie ekstremalny wyczyn żeglarski, chociaż przez
niektórych
obserwatorów, w tym również żeglarzy, tak był
określany. Głównie wynikało to z
wyobrażeń o niewygodach, jakie musimy znosić w naszym rejsie. Plażowego
pływania turystycznego małą łódką nie można
porównywać do pływania kabinowym
jachtem po Mazurach, a nawet morzu – to inne żeglowanie, ale
potrafi dać
mnóstwo emocji i satysfakcji oraz świadomość, że nie jest
się przeciętnym
zjadaczem chleba, biernie wypoczywającym w leżaku i korzystającym z
dobrodziejstw cywilizacji. Nasz rodzaj żeglugi daje poczucie bliskości
z
żywiołami i konieczności zdania się na własne siły w wypadku
nieprzewidzianych
komplikacji.
fot. Staszek Skory
Ciekawe są również moje obserwacje zachowania niecodziennej jednostki, jaką jest proa Pjoa, na morzu. Ta znakomita i szybka łódź na większości kursów obywa się bez steru. Prowadzi się ją dobierając do kursu i siły wiatru odpowiedni trym kadłuba i żagla. W niektórych wypadkach Pjoa potrafi płynąć samosterownie przez dłuższą chwilę. Sterowanie szotem przypomina mi trochę żeglowanie na samym sztakslu na zwykłym jachcie. Wybieranie szota powoduje odpadnięcie, a poluzowanie wyostrzenie. Tylko przy kursach wolnych, a głównie na fordewindzie zachodzi potrzeba sterowania wiosłem, sterowanie wiosłem jest również konieczne w celu gwałtownej zmiany kursu. Niecodzienne wykonanie zwrotu (wekslowanie, albo szantowanie), przy odrobinie wprawy, może być prawie równie szybkie, jak na zwykłym jachcie. Ostrością chodzenia na wiatr, Pjoa nie ustępuje innym jednostkom żaglowym, pomimo braku wykształconej płetwy tworzącej opór boczny (miecza lub finkila), bo asymetryczny kadłub wytwarza wystarczającą siłę nośną. Pewnej pikanterii dodaje fakt, że Pjoa nie został zaprojektowany i zbudowany, jako morska, turystyczna jednostka, a tylko jako model do zbadania w praktyce działania nieznanego u nas żagla typu kleszcze kraba, o którym krążyły mity i sprzeczne opinie. Sam żagiel, o bardzo oryginalnym kształcie, okazuje się być doskonały aerodynamicznie, w szerokim zakresie kątów natarcia zachowując przyklejony opływ (potwierdzony zachowaniem gęsto, obustronnie zamocowanych na jego powierzchni „icków”), czym przewyższa nowoczesne ożaglowanie stosowane na współczesnych jachtach. Jest przy tym łatwy w wykonaniu, bo kroi się go płasko, bez zaszewek i naddatków na wybrzuszenie, a do tego jest ekstremalnie tani, bo wykonać go można z cienkiej tkaniny używanej na plandeki i podłogi do namiotów. Znakomite jest również zachowanie Pjoa na morskiej fali, co było już wcześniej poruszane. Jedynymi mankamentami są: prosty kształt dźwigarów platformy pomostu (aka), który powoduje haczenie o wierzchołki fal i prysznic dla załogi oraz brak odpływowych kokpitów i prawdziwie wodoszczelnych bakist. Mankamenty te są prostym skutkiem tego, że Pjoa nie był projektowany do tego typu „ekstremalnej”, morskiej żeglugi, a wiem, że jeśli Janusz zdecyduje się na projektowanie i budowę kolejnej jednostki, to te mankamenty zostaną, w pierwszym rzędzie, usunięte.
Co dalej? Być może Janusz stworzy nową jednostkę do podobnej żeglugi – dzielniejszą na morzu i wygodniejszą dla załogi. Ja uzyskałem praktyczną lekcję, że warto się rzetelnie, fizycznie, psychicznie i sprzętowo przygotować do podobnej żeglugi – największym wrogiem może okazać się chłód i wyczerpanie, bo po kilku godzinach żeglugi w wietrze o sile 4-5 B, na morskiej fali, odczuwamy zarówno skutki statycznego napięcia mięśni, jak i wpływ wiatru i wszędobylskiej, morskiej wody. Warto również w tylne części spodni wszyć sobie nienasiąkliwe poduszki, które zdecydowanie powinny zwiększyć komfort siedzenia na ławeczkach pomostu. Trzeba też brać pod uwagę możliwość poparzenia słońcem. Przekonałem się, że jedyną rozsądną jednostką do takiej żeglugi jest lekki wielokadłubowiec o nisko położonym środku ożaglowania, posiadający możliwość sprawnego refowania, potrzebnego zarówno do żeglugi przy silnym wietrze, ale także do radykalnego zmniejszenia prędkości. Jednostka bez mieczy i bez wystającego poniżej stępki steru może bezpiecznie przechodzić przez sieci, a także bezpiecznie lądować w przyboju do wysokości fal rzędu 1,5 m, ale istotna jest też długość i masa jednostki oraz wysokość pomostu, który z jednej strony nie może haczyć o fale, a z drugiej, powinien być tak nisko, by załoga mogła łatwo nań wchodzić i schodzić podczas manewrów lądowania i startu z plaży. Trzeba też zapewnić załodze możliwość nocowania na łodzi, bez konieczności rozbijania namiotu na plaży. Te rozważania skłaniają mnie do rewizji założeń mojego projektu katamarana – powinien być dłuższy i lżejszy, kosztem warunków mieszkalnych, a także pozwalać na wyciąganie na plażę i start z niej. Kilkakrotnie podczas naszego rejsu Janusz powtarzał jak mantrę: „proa nie jest dla każdego”. Być może było to skierowane, jako komentarz do moich kanciastych ruchów, ale bardziej prawdopodobny jest szerszy kontekst. Proa jest jednostką szczególną m.in. ze względu na konieczność unikania „backwindu” i nietypowy sposób halsowania, a także szczupłość miejsca w jednym, głównym kadłubie. Dopiero duże jednostki, powyżej 12 m długości, mogą zapewnić należyty komfort wymagającym załogom, ale to nie są jednostki do żeglugi plażowej.
Nie ma wątpliwości, że pokochałem tego typu żeglowanie, którego przedsmak czułem wcześniej, żeglując po Zatoce Puckiej małymi, plażowymi katamaranami i łodziami typu Puck. Za to, że mogłem tego doświadczyć, gorąco dziękuję Toliwadze – Januszowi Ostrowskiemu.

Słowo od toliwagi:
Wystarczy
dotknąć Pjoa
ręką J,
by poczuć, że „Proa tradycyjne, nie
jest jednostką dla
każdego” bo w światku żeglarskim mało jest takich,
którzy wychodzą na wodę
dlatego, że bawi ich nieustanne trymowanie żagla, poszukiwanie
najlepszej drogi
między falami, uważna obserwacja otoczenia i natychmiastowa adaptacja
do tego
co przyroda zgotuje. Wielu z nas lubi zrelaksować się w kokpicie, z
jedna ręką
na sterze kontrolując sytuację, drugą kręcąc w szklance klarownym
napojem.
Pozostali szukają akcji, szybkości, adrenaliny. Natomiast proa oferuje
żeglowanie, w którym pozornie nic się nie dzieje, a efekty
osiąga się przez
uważne dostosowanie minimalnymi zmianami ustawienia załogi lub żagla do
zawsze
i stale zmieniających się warunków. Miałem to szczęście, że
Robert znakomicie
się w tym odnalazł. Czy wszystkim chce się stale uczyć ?...
Tradycyjne
proa to
cudowna, magiczna jednostka do wyrabiania w nas wyczucia wiatru i wody,
wynagradza szczodrze, ale potrafi też skarcić.