Pjoa na „Pucyfiku” (i nie tylko).

Robert Hoffman i (trochę) Janusz Ostrowski

Motto:

„Wiatr wieje z Zachodu,
więc nie ma powodu,
by dziób statku kierować na Zachód”

Lewis C. Caroll „Wyprawa na Żmirłacza”, tłum. Robert Stiller

Ten etap stanowi kontynuację rejsu proa Pjoa wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku, zainaugurowanego w 2006 roku etapem z Międzyzdrojów do Ustki, a kontynuowanego w 2007 roku z Ustki do Górek Zachodnich. Uczestnik i autor relacji z tamtych etapów, Krzysztof Mnich, nie mógł uczestniczyć w tegorocznym rejsie, w którym zastąpiłem go (mam nadzieję, że godnie) ja.

W sobotę, 19 lipca, raniutko jesteśmy już zapakowani, Pjoa na przyczepie był przygotowany już wcześniej, więc znad Zalewu Zegrzyńskiego jedziemy prosto w kierunku Gdańska. Z przyczepą nie można jechać bardzo szybko, ale podróż przebywa sprawnie - rozpoczyna się kolejny etap bałtyckiej, plażowej wyprawy Pjoa wzdłuż polskiego wybrzeża.

Dojeżdżamy do Górek Zachodnich, do Jachtklubu „Neptun”, gdzie wita nas bosman dyżurny. Nasze przybycie było zapowiedziane wcześniej przez Stefana Eknera, więc chwilę potem jesteśmy już z przyczepą na kei. W „Neptunie” spotykamy się z życzliwą atmosferą i ciepłym zainteresowaniem.

Rozładunek i montaż (wiązanie powrozami) Pjoa odbywają się sprawnie, wodowanie również, pomimo, iż chwilowo nie ma miejsca przy kei i musimy mieścić się z naszym wielokadłubowcem pomiędzy slipem a Y-bomem – tylko dzięki sprawności Janusza, żaden z nas nie wykapał się w basenie portowym. Niestety pogoda robi się burzowa, wieje sporo, więc na pewno dziś nie uda się wypłynąć – z wdzięcznością korzystamy z gościny Jachtklubu „Neptun”, a tym razem, szczególnie, Waldka, który zaoferował nam nocleg w, wynajętym przez siebie, domku kempingowym.

Niedzielny ranek, 20 lipca, pokazuje nam, że będzie wiało (bo już wieje i to zdrowo 4 w skali Beauforta), a może też lać. To będzie mój pierwszy dzień na proa, więc szykuje się „chrzest bojowy”, ale zapewne nigdzie dalej nie popłyniemy – Janusz musi przecież być pewny, że sobie poradzę w rejsie na tej niekonwencjonalnej jednostce. Wypływamy na Wisłę Śmiałą i ćwiczymy manewry. Okazuje się, że Pjoa wymaga kociej zręczności, a osiągane prędkości oszałamiają – swobodnie robimy 7-8 węzłów bez wytwarzania fali, a chwilowo przyspieszamy do ponad 10 węzłów. Zaczynam rozumieć opowieści o latających proa i o zachowaniu Pjoa przy większych prędkościach. Kiedy prędkość przekracza 10 węzłów podniesiona przez kadłub fala dziobowa rozbija się o pomost i robi niezły prysznic – zwłaszcza sternikowi, który dostaje co jakiś czas wiadro wody „na klatę”, więc musi się nieźle trzymać, aby nie wypaść z pędzącej 14 węzłów pirogi. Być może, następna wersja Pjoa będzie miała łukowato wygięte dźwigary pomostu...


Jak sobie radzę w nowej sytuacji? Moje ruchy są kanciaste i niepewne, bo w czasie zimy straciłem sporo ze swojej, i tak niezbyt wysokiej, sprawności fizycznej, a do tego mam kontuzję prawego stawu barkowego, więc jestem trochę niepełnosprawny i przeżywam przyspieszoną rehabilitację.

Na razie pływamy i robimy w Górkach trochę zamieszania – dowiadujemy się bowiem od filmującego nas Stasia Skorego, konstruktora eksperymentalnej maleńkiej jednostki z „box keel’em” i żaglem zbliżonym do „kleszczy kraba”,  że już są na lądzie komentarze, że to „coś”, bez steru, z jakimś dziwnym żaglem, powiązane powrozami - pływa za szybko!!!

 Kilkakrotnie wypływamy za główki, aby poczuć działanie bałtyckiej fali – żegluga staje się trochę wolniejsza, ale za to dużo bardziej mokra. Wyprzedzamy kilka jachtów i wracamy na gładką wodę. 
Poza „dymiarzami” (określenie pochodzi z filmu K. Kostnera „Wodny świat”), czyli skuterami wodnymi i motorówkami oraz deskami z żaglem, które chodzą już w tych warunkach w ślizgu – jesteśmy najszybszą jednostką na wodzie, szybszą nawet od katamarana Hobie 16.
Za którymś z takich wyskoków na Zatokę widzimy idący od strony Gdańska regatowy jacht pod genakerem. Podziwiamy jego prędkość, ale przed główkami załoga jachtu zrzuca  genaker i wtedy gładko go wyprzedzamy – to s/y POLLED Jacka Chabowskiego. Chwilę rozmawiamy i dowiadujemy się, że kiedy nas zobaczyli, to widząc z daleka, 
kołyszącą się na fali,  dziwną sylwetkę, myśleli, że „komuś złamał się maszt i trzeba będzie do niego podejść z pomocą, ale coś jest nie tak, bo nie można go dogonić”, a za chwilę: „on nas wyprzedza!”. Potem proponują, że przesiądą się na motorówkę i zrobią nam kilka
fot. Leszek Wysiecki

zdjęć i nakręcą film. W ten sposób powstaje kilka bardzo dobrych, dynamicznych zdjęć Pjoa, autorstwa Leszka Wysieckiego. Pływamy jeszcze trochę, aby się dobrze zmęczyć i wracamy do „Neptuna”. Podczas obiadokolacji w ośrodku AZS widzimy powracający z Helu jachcik Ragtime Stefana Eknera – ten wieczór spędzamy więc w towarzystwie jego i Kasi, a noc w kapitanacie „Neptuna” ...i dzięki temu nasz namiot pozostaje nadal suchy, a przecież nad nami przewalają się właśnie deszczowe chmury.

Postanawiamy wypłynąć na zatokę w poniedziałek, 21 lipca. Prognoza przewiduje wiatry o sile  2-3 w skali Beauforta z ćwiartek zachodnich, ale też burzowe zachmurzenie i silne opady, których od rana właśnie doświadczamy – bez szczególnego entuzjazmu. Korzystając z dostępu do internetu w bosmanacie jachtklubu „Neptun”, Janusz szczegółowo analizuje dostępną prognozę. Według map zachmurzenia, podawanych przez ICM, wynika, że chmury burzowe powinny wędrować nad lądem, wzdłuż brzegu Zatoki Gdańskiej, nie wychodząc nad morze i następnie, stopniowo zanikać. Wierzymy, że znajdziemy odpowiednie okno pomiędzy burzowymi chmurami i postaramy się dopłynąć najdalej jak się uda. Pakujemy się i szykujemy do wypłynięcia. Moment naszych ostatnich przygotowań, odejścia od kei i halsówki (szantowania, lub jak to woli wekslowania) na Wiśle Śmiałej fotografuje i filmuje przybyły właśnie do „Neptuna” Jurek Makieła (znany też jako „Papa Jurmak”). Dzięki temu „środowisko żeglarskie tkwiące przed ekranami komputerów” dowiaduje się o naszym wyjściu w zapowiadany rejs. 

Widoczne, na filmikach Jurka, chmury zwiastują to, co zdarzy się parę chwil później... 


fot.Leszek Wysiecki  

Po mozolnej halsówce do główek, w słabym wietrze, w końcu, udaje się nam wyjść na Zatokę – z morza nadbiega, jednak, martwa fala, która bardzo hamuje nasz bieg. Janusz pomaga swojej pirodze wiosłem, dzięki któremu udaje się nam oddalić od złowieszczych gwiazdobloków i palisady „Cefeusza”. Jeszcze trochę machnięć, aby odejść dalej od brzegu, ominąć w bezpiecznej odległości, wystający daleko w morze, Port Północny i możemy wreszcie przyjąć zamierzony kurs w głąb zatoki. Rozglądamy się bacznie, czy na torze podejściowym nie pojawi się nagle jakiś bardzo szybki statek, ale jest spokojnie. Przy wietrze o sile 2 B żegluga staje się przyjemna, z prędkością około 4-5 węzłów, jednak z niepokojem patrzymy na to, co dzieje się nad lądem. Widzimy płynące wzdłuż lądu z NW na SE czarne chmury. Mijamy płynący na silniku jacht, którego skipper pyta, czy chcemy, aby podholował nas do Górek. Przecież, chyba widać, że płyniemy w odwrotnym kierunku i że zaraz tam, w Górkach, będzie lało? Ostrzega nas przed burzami (których jesteśmy doskonale świadomi) i
odpływa.
  fot. Leszek Wysiecki  
Obserwujemy dalej rozwój sytuacji – wielka czarna chmura, zgodnie z naszymi oczekiwaniami, przesuwa się nad Port Północny i Górki Zachodnie i za chwilę widzimy, że zaczyna się tam burza z piorunami i ogromna ulewa. Cieszymy się, że jesteśmy od niej daleko – dosięga nas tylko trochę deszczu z ogona tej chmury. Płyniemy więc dalej, pilnie obserwując, rozwój wypadków. Trafia nam się gwałtowna „odkrętka” wiatru i łapiemy „backwind” -  coś, czego klasyczne, pacyficzne proa bardzo nie lubi, czyli wiatr od niewłaściwej strony, bo maszt jest owantowany tylko od strony pływaka przeciwwagi (zwanego po angielsku „outrigger”, albo po polinezyjsku „ama”), który zawsze powinien być po stronie zawietrznej. Janusz doskonale wie, co wtedy należy zrobić: żagiel i wybrany szot zachowują się jak kolejna wanta od „nowej” nawietrznej, a łódka  wykonuje cyrkulację aż wróci na właściwy hals. Po krótkich emocjach możemy płynąć dalej. Kontynuujemy swoją żeglugę, wciąż bacznie obserwując burzowe chmury, które zdają się, jednak, nie znać naszej prognozy pogody. Jako pierwszy od wybrzeża odrywa się wielki cumulonimbus, który, wydawało się, że dał już z siebie wszystko nad Górkami Zachodnimi i teraz grzmi i leje z niego nad wodami Zatoki Gdańskiej, jeśli nie zawróci w naszą stronę, to wiele nas nie obchodzi, ale nie jesteśmy go bardzo pewni. Na szczęście odchodzi na Wschód pomrukując i błyskając złowieszczo i wciąż budzi respekt. Za chwilę, przed dziobem, znad Gdyni wyskakuje nad Zatokę drugi wielki cumulonimbus. Tego jest już dla nas za wiele – wybieramy miejsce na brzegu w pobliżu plażowej restauracji i kierujemy się w tamtą stronę. W pewnym momencie wydarza się też drobna awaria, żagiel spada do wody i łódka staje w miejscu. Janusz mówi tylko „spoko, spoko, nic się nie dzieje, zaraz naprawimy”. Zerwane zostało eksperymentalnie zaimprowizowane, elastyczne mocowanie bloczka fału na topie masztu wykonane z kevlarowej linki, które nie wytrzymało silnych szarpnięć wywołanych falowaniem. Naprawa trwa kilka minut: zabezpieczenie żagla, zluzowanie want i położenie masztu, założenie szekli w miejsce zerwanego przewiązu, postawienie masztu, napięcie want i podniesienie żagla. Pokażcie mi inny morski jacht, na którym tak szybko i bezpiecznie, w drodze, zlikwidujecie awarię na topie masztu!

Za chwilę jesteśmy już na brzegu, a tu niespodzianka – Janusz spotyka swoje wujostwo. Zanosi się na burzę, ale jakoś tak niemrawo, czarne chmury nad Gdańskiem i Gdynią dają o sobie znać błyskawicami, a nad nami przepływają tylko pojedyncze obłoki i świeci Słońce. Spokojnie idziemy do pobliskiej restauracji na obiadokolację, Janusz zadaje pytanie, czy nie będzie przeszkadzał w pobliżu nasz namiot... i po posiłku szykujemy się do jego rozstawienia.
Jeszcze tylko rozmowa z ochroniarzem ostrzegającym nas, że Straż Miejska ściga rozstawione na plaży namioty, ale jemu nasz namiot przeszkadzał nie będzie. Rozpakowujemy się i rozstawiamy namiot bliziutko restauracji. Około północy zamiera ruch w restauracji, ale nie znaczy to, że plaża śpi. Wciąż ktoś przechodzi, wciąż słychać ciche lub głośne rozmowy i nawoływania, a około trzeciej nad ranem, powracający z jakiejś dyskoteki „balownicy” uczą się nawzajem, „jak powinna wyglądać kobiecość w polonezie” i prowadzą dysputę teologiczną. Jeden z nich, zmęczony, przystaje przy PJOA w celu załatwienia potrzeby fizjologicznej, co wywołuje naszą natychmiastową reakcję i zmitygowany delikwent przeprasza i zapewnia, że on tylko na piasek, a nie na łódkę... Chwilę potem z jakiegoś kolonijnego ośrodka przybywa grupa chłopców z opiekunką w celu podziwiania wschodu słońca. Dzielni chłopcy głośno wyrażają swój zachwyt nad owym zjawiskiem, a tak naprawdę – przegadują tę wyjątkową chwilę, bo chyba jeszcze nie potrafią się nią zachwycić. Najgorszy jest jednak zimny i wilgotny piasek, od którego nie izolują ani karimaty, ani śpiwory – w namiocie jest nam po prostu zimno.

Wstaje nowy dzień 22 lipca, ranek jest prawie bezchmurny i prawie bezwietrzny. Daleko nad lądem widać wierzchołki cumulonimbusów, które wolniutko odchodzą w głąb lądu – to wspomnienie wczorajszej pogody, która już, do końca naszego rejsu, nie powróci. Po śniadaniu i zapakowaniu się analizujemy krótko prognozę dostarczoną przez Krzysztofa Mnicha via SMS. Prognoza mówi o wietrze o sile 1-2 stopni w skali Beauforta. Wiatr ma zupełnie zdechnąć po godzinie 1500, więc zbieramy się szybko (koło południa!), aby zdążyć do celu przed flautą. Nie uśmiecha się nam perspektywa pagajowania na środku Zatoki Puckiej. Naszym celem jest port w Jastarni i tam kierujemy dziób PJOA, który szybciutko przechodzi koło sopockiego molo i lekko podąża w zamierzonym kierunku. Sprawnie przecinamy farwater portu Gdyni obserwując ruch statków i trening regatowych 470tek – pięknie wyglądają pod spinakerami. Zmierzamy kursem wprost na Jastarnię w słabnącym wietrze.
 

fot. Anna Becher

Widząc dwa okręty wojenne zastanawiamy się, czy ochraniają może „rezerwat prezydencki” - zwłaszcza ten większy, desantowiec z wyraźnie „kaczym dziobem” bardzo by do tego celu pasował... Kiedy jesteśmy obok okrętów wiatr słabnie zupełnie i Janusz postanawia zrzucić żagiel, który tylko telepie się na pozostałościach fali. Idziemy na pagaju – prognoza sprawdza się, trochę za wcześnie... Nieoczekiwanie za chwilę wiatr powrócił, ale... z zupełnie nowego kierunku, najpierw słaby, ale zaraz coraz silniejszy. Do Jastarni będziemy mieli prosto w zęby. A czy my mamy tam, w ogóle, coś do roboty? W tym czasie Janusz rozmawia przez komórkę z przyjaciółmi przebywającymi na Półwyspie Helskim – w Kuźnicy i Chałupach – i wesoło oznajmia, że mamy zaproszenie do Kuźnicy, a także do Chałup, nawet nie będziemy musieli rozbijać namiotu! Tym kursem moglibyśmy dojść dziś nawet do Swarzewa, ale drogę zagradza nam „Wielka Rafa Koralowa”, czyli Mielizna Rybitwa (zwana kiedyś, na starych mapach, z kaszubska: Ryf Mew), która, w tym miejscu, jest za płytka nawet dla Pjoa. Musimy halsować, a nasz wybór pada na Kuźnicę. Janusz kilkakrotnie rozmawia z przebywającą w Kuźnicy Anią i żartują na temat przygotowań do powitania... kilkakrotne pytania przez komórkę, gdzie jesteśmy i za ile będziemy

Dochodzimy do Mielizny Rybitwy, blisko miejsca, gdzie jest zatopiony ORP Kujawiak – widzimy wystający z wody, przechylony kiosk tego okrętu i robimy zwrot. Jeszcze kilka zwrotów i zbliżamy się do „Przejścia Północno Wschodniego” - wytyczonego szlaku podejściowego do Portu Rybackiego w Kuźnicy. Znajdujemy ciut głębszą wodę i trafiamy na przejście do Portu Rybackiego, gdzie zamierzamy dojść. 

Płyniemy po zupełnie gładkiej wodzie , bo rosnący już do dobrej trójki wiatr wieje wprost od Półwyspu Helskiego, który daje osłonę i fala na płytkiej wodzie nie podnosi się. W momencie zbliżenia do pirsu kutrów słyszymy megafon oznajmiający wszem i wobec, w całej Kuźnicy, „przybycie sławnych piratów i wilków morskich” witanych przez „chór dziewic i matkę karmiącą” - to Ania, Olga i Asia realizują swój tajny plan powitania naszego „pirackiego okrętu”. Ania robi też kilka ciekawych zdjęć Pjoa.
Otrzymujemy pozwolenie na zatrzymanie się w Porcie Rybackim, na piasku koło slipu, pod okiem rybaków. Niektórzy z nich żywo interesują się niecodzienną jednostką. Zakończyliśmy właśnie pierwszy dłuższy przelot – kilka godzin na „Pucyfiku”, które dały nam wiele radości. Nocleg spędzimy tu w cywilizowanych warunkach na przyjemnej kwaterze – dzięki uprzejmości witających nas Pań. Nasz namiot znów pozostanie suchy w swoim opakowaniu. Wiatr wzmógł się do trójki i nie zamierza osłabnąć, więc Janusz staje się na chwilę instruktorem windsurfingu...





    fot. Anna Becher

Rankiem 23 lipca, Janusz odbiera SMS z prognozą pogody od Krzysztofa Mnicha – zapowiada się wietrzna, słoneczna pogoda z wiatrem NW do 5 stopni w skali Beauforta. No cóż, przecież Pjoa, to tylko maleńka piroga z przeciwwagą liczona do żeglugi przy wietrze maksymalnie do 5 B, a jak zapowiadają 5, to może dmuchnąć i szóstka...

Wygląda na to, że dziś nie odpłyniemy z Kuźnicy, ale według naszego rozeznania (i pomiaru wiatromierzem) wynika, że ...wieje czwóreczka, a nawet ciut mniej. Po śniadaniu namawiamy towarzystwo na krótki rejs do Chałup i z powrotem. Pod osłoną Półwyspu od fal powinna to być przyjemna i bezpieczna żegluga z możliwością szybkiej ucieczki do brzegu w wypadku wzrostu siły wiatru. Na wyruszenie z nami decyduje się tylko Ania wraz ze swoim synkiem. Krótka, półgodzinna halsówka do Chałup daje się trochę malcowi we znaki, bo kamizelka nie chroni zbyt dobrze przed zimnym wiatrem. Na szczęście nie ma fali, a za chwilę jest rozgrzana słońcem keja w Chałupach i  po krótkim pobycie, w celu rozgrzania się, 
szybki powrót jednym halsem do Kuźnicy. Resztę czasu dzisiejszego dnia można będzie poświęcić na wczasowe rozrywki, wyjazd do Juraty, szkolenie w windsurfingu itp. Prognoza nie sprawdza się – cały czas wieje wiatr o sile 3 – 4 w skali Beauforta, więc jeśli sytuacja meteorologiczna utrzyma się, trzeba będzie, następnego dnia, ruszyć w dalszą drogę... 


fot. Anna Becher

Nowy dzień, 24 lipca wita nas pomyślną prognozą przesłaną przez Krzysztofa – wiatr skręci na N i NE, ale powinien utrzymać siłę do 4 B. Pogoda jest rześka – na brzegu słonecznie i w osłoniętych od wiatru miejscach gorąco, ale wiatr wciąż bardzo zimny. Po pożegnaniu i spakowaniu się (udokumentowanym fotograficznie przez Anię) wyruszamy w kierunku Swarzewa.  Płyniemy bardzo szybko, po gładkiej wodzie i za godzinę dochodzimy już do zupełnie nowej przystani „Pierścienia Zatoki Puckiej” w Swarzewie. Chwilę przed nami dochodzi tu mała, plastikowa żaglówka wielkością zbliżona do 420tki , której załoga, złożona z dwojga młodych ludzi, przeżyła właśnie wywrotkę w drodze z Chałup. Zamierzają wysuszyć się i halsować z powrotem do Chałup, a ich łódka nie ma możliwości refowania żagli... W drodze z końca pomostu na brzeg mija nas miła pani z obsługi przystani niosąca gorącą herbatę dla rozbitków i pyta, czy to my jesteśmy tymi rozbitkami. Zapewniamy ją, że to nie my i wskazujemy właściwe osoby, ale pytamy, czy i my moglibyśmy zostać poczęstowani herbatą, a miła pani godzi się. Siadamy na trawie, osłonięci od zimnego wiatru, po słonecznej stronie budyneczku obsługi przystani i delektujemy się gorącą herbatą z cytryną – w takiej chwili smakuje specjalnie, bo okazuje się, że jednak bardzo zmarzliśmy. Ten popas trwa dłużej niż dotychczasowy, dzisiejszy rejs. Zastanawiamy się „co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem?”, bo wczorajsza godzina pływania i dzisiaj druga, to stanowczo za mało na nasze aspiracje. Przy obecnym kierunku wiatru, za chwilę możemy być przecież w Pucku, za trochę dłuższą w Błądzikowie lub Rzucewie, za następną w Osłoninie lub Rewie... Prognoza potwierdza stały wiatr o sile 4 w skali Beauforta, chociaż wydaje się, że ...wieje mocniej niż kiedy tu przybiliśmy... Chyba nie będziemy tak siedzieć? Może do Pucka? Eeee... byliśmy już tam obaj nie jeden raz, może jednak dalej? Po półtoragodzinnym grzaniu się na słoneczku decydujemy się na wypłynięcie i opuszczenie tego ładnego, przyjaznego żeglarzom miejsca – ubieramy się ciepło, w to co każdy z nas może, do tego kamizelki i w drogę. Odchodząc od pomostu refujemy żagiel wstępnie „na ogórek”, podciągając go na gejtawach. Tak zmniejszony żagiel daje dużo mniejszą siłę przechylającą, ale na wolnym kursie, zbliżonym do półwiatru, daje przy tej sile wiatru wystarczającą siłę do osiągnięcia sporych prędkości rzędu 7 – 10 węzłów. Pjoa leci ze świeżym wiatrem, jak na skrzydłach. Zaczyna się piękna jazda. Najpierw „Pucyfik” jest gładki, ale wraz z oddalaniem się od Swarzewa fala podnosi się coraz bardziej, bo ma dłuższą drogę dla swojego rozbiegu, a i dno jest coraz głębiej. Szybciutko mijamy Puck, a chwilę później Rzucewo, gdzie na cyplu roi się od „kajciarzy”, którzy korzystają z odpowiedniego wiatru, następna chwila i już wypatrujemy Głębinki (zwanej z kaszubska: Depką) koło Cypla Rewskiego. Tam również roi się od desek z „kajtami”. Przechodzimy bezpiecznie przez „polski Gibraltar” gdzie dogania nas i wyprzedza w ślizgu deskarz, który wypłynął za nami z Rewy. Wymieniamy pozdrowienia, a on za chwilę robi zwrot i wraca.

W pewnej odległości po minięciu Głębinki fala robi się wyższa i z nieco innego kierunku – daje się odczuć wpływ dużej wody. Tutaj możemy mieć już dużo mniej miejsc do bezpiecznego wylądowania, bo np. locja-przewodnik M.i J. Kulińskich mówi o umocnieniach z gabionów i głazach w rejonie Mechelinek i Babich Dołów, akwenach zamkniętych w okolicach torpedowni i terenów wojskowych... Tu będziemy musieli także zwracać uwagę na ruch statków, bo będziemy przecinać tory wodne. Żegluga staje się coraz bardziej mokra, fale coraz wyższe – daje się zauważyć nakładanie fali wywołanej wiatrem z falą ugiętą Półwyspem Helskim oraz z falą odbitą od brzegu. Mamy też wrażenie, że wiatr zwiększył swą siłę, ale może to tylko wrażenie, bo wypłynęliśmy na bardziej otwarte wody? Jazda jest piękna, Pjoa znakomicie sobie radzi z falą, ani razu nie wbija się w nią dziobem podczas szaleńczych zjazdów, odcina tylko wierzchołki, zbyt niskim trochę, pomostem, robiąc nam prysznic, a spora część wody dostaje się do kokpitu, który nie jest odpływowy, więc Janusz wciąż wybiera wodę czerpakiem. Niektóre grzywacze z powodzeniem rozbija ama, czyli wysunięty na nawietrzną stronę pływak proa. Nie ma wątpliwości, że Pjoa sobie poradzi nawet i z większą falą, zachowuje się łagodnie, naturalnie układając się na skłonach i w dolinach, a szybkie, ślizgowe zjazdy nie wydają się być niebezpieczne.

                   

Z wiatrem żeglowaliśmy zarefowani w różnym stopniu i na wiele różnych sposobów: „na rogi”,, „frędzel”, „ogórek”, Fot. Rudolf Wasilewski

 Jakże inne wrażenie sprawia widziany przez nas niewielki jacht motorowy, który musiał zredukować prędkość i jest rzucany falami na wszystkie strony. 
Z Gdyni wychodzi, odbywający rejsy do Helu, motorowy katamaran Onyx, widzimy, jak idąc wprost pod wiatr rozbija fale swoimi wysokimi dziobami, a bryzgi sięgają dużo powyżej wypiętrzonej sterówki. Przechodzi nam bezpiecznie za rufą, za to, na wysokości Portu Północnego podchodzi z morza duży statek, a jego kurs wyraźnie koliduje z naszym. Janusz obserwując go ze swojej pozycji sternika mówi: „Spoko, zaraz stanie na kotwicy, bo sam do portu nie wejdzie.” - i tak się właśnie dzieje, widzimy jak statek widziany przed chwilą z prawej burty odwraca się dziobem do wiatru i widzimy jego lewą burtę. Fala nadal rośnie, a mimo sporej odległości od falochronów Portu Północnego, daje się odczuć nieprzyjemne nałożenie fali odbitej od tych falochronów. Żegluga jest już mniej przyjemna, a fala tak wypiętrzona, że na chwilę znika za wierzchołkami zarówno Port Północny, jak i wspomniany duży statek, który właśnie zakotwiczył na redzie. Chwilami fala dynamicznie potrafi oderwać amę (nawietrzny pływak przeciwwagi) od powierzchni wody, ale ciężar ciała załoganta, czyli mój, daje wystarczający moment prostujący, by za chwilę pływak znalazł się na wodzie. Nieuchronnie zbliżamy się, jednak, do celu naszej dzisiejszej podróży. Po minięciu, w bezpiecznej odległości, Portu Północnego, odpadamy w kierunku Górek Zachodnich. Chwilę później jesteśmy już w główkach ujścia Wisły Śmiałej bezpiecznie minąwszy palisadę „Cefeusza” i gwiazdobloki. Jesteśmy znów na gładkiej wodzie, a za następną chwilę cumujemy w przyjaznym porcie Jachtklubu „Neptun”, gdzie czeka już na nas Stefan Ekner, a Pan Gustaw, z jachtu Gutek, pyta, czy wiemy, że wiało dziś do 6 stopni w skali Beauforta. Gdybyśmy wiedzieli to w Swarzewie, to pewnie byśmy tam zostali, a tak, po upływie trzech i pół godziny, dotarliśmy zmęczeni i przemoczeni, ale bezpiecznie i szczęśliwie do Górek. Średnia prędkość osiągnięta przez Pjoa, w tym przelocie, wyniosła około 7 węzłów, a maksymalna 14 węzłów – niezły wynik na taką małą pirogę z przeciwwagą na stosunkowo wysokim rozkołysie.    

                   

zarefowani: „na rzodkiewkę”                                        albo wcale  ;-).                                   Fot. Rudolf Wasilewski

Bolą mnie wszystkie gnaty, a najbardziej tyłek, od siedzenia i kiwania się z falą na twardej ławeczce – w jednej pozycji przez tyle czasu. Trochę się trzęsę – nie wiadomo, czy bardziej z wrażenia, czy z przemoczenia i przemarznięcia, a może ze słonecznego udaru, bo okazuje się, że mam spalone słońcem kolana, łydki i stopy, które przez cały czas rejsu miały znakomitą ekspozycję ku słońcu i intensywne chłodzenie morską wodą. Zastanawiamy się też, czyj śpiwór jest zapakowany w rufowej bakiście, bo można przewidzieć, że będzie mokry. Dziś pecha miał Janusz, to jego śpiwór wymaga intensywnego suszenia. Do suszenia wynosimy również, do klubowego hangaru, namiot. Reszta ekwipunku, za wyjątkiem mapy, która stale była na pokładzie w woreczku strunowym, który puścił wodę, jest raczej sucha. Chętnie przystajemy na zaproszenie Stefana, na nocleg, na jego pięknym jachciku Ragtime. Wcześniej korzystamy, w kapitanacie Jachtklubu „Neptun”, z poczęstunku przygotowanego przez Rudka Wasilewskiego z rodziną. Umawiamy się na jutro, na zrobienie zdjęć Pjoa i Ragtime’a pod żaglami. Długimi pogawędkami, o żeglowaniu i nie tylko, kończy się ten piękny, pełen wrażeń dzień...     

25 lipca rano idziemy razem ze Stefanem na śniadanie do ośrodka, w którym rezydują Rudek z rodziną. Cały anturaż ośrodka tchnie duchem lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Czyżby czas tam stanął w miejscu? Podana ryba jest jednak świeża i smaczna, to dobrze nastraja na resztę dnia. Idziemy zobaczyć, jak wygląda morze od strony plaży. Mierzymy wiatromierzem siłę wiatru – jest jeszcze dość wcześnie, a wieje 3 – 4 Beauforta, prognoza mówi zaś o wzroście siły wiatru. Wypada więc zrobić sobie dzień odpoczynkowy. Zgodnie z wcześniejszą umową będziemy pływać dziś tylko po gładkiej wodzie Wisły Śmiałej pozując Rudkowi do zdjęć u boku stefanowego jachciku Ragtime. Wcześniej jednak trzeba załatwić punkt widokowy dla fotografów. Idziemy do Jachtklubu Stoczni Gdańskiej poprosić o pozwolenie fotografom na zajęcie strategicznej pozycji na wieży. Bosman klubu z nieprzystępną miną mówi, że nie wolno, bo wieża jest skorodowana i niebezpieczna i może dojść do wypadku. Pyta „co chcemy fotografować i po co”, więc Stefan mówi, że „dla prasy będą robione zdjęcia tej dziwnej łódki z bocznym pływakiem, która tak szybko pływa”, na co bosman natychmiast zmienia wyraz twarzy. Ze słowami „Ach wiem, wiem, widziałem!” i z uśmiechem, prowadzi fotografów, czyli Rudka z rodziną, na dach klubowego budynku, skąd rozciąga się szeroki widok na Rozlewisko Wisły. Tymczasem my i Stefan szybko idziemy do „Neptuna”, aby wypłynąć na sesję zdjęciową. Wdzięczność moja jest ogromna, gdyż Stefan pożycza mi swoje sztormowe spodnie, które ochronią moje spalone słońcem kolana i łydki – tylko stopy będą miały kolejną kąpiel słoneczną, ale „nic to”. Stefan wypływa jako pierwszy, a my chwilę po nim. Dzisiejsze pływanie po Wiśle Śmiałej jest miłą zabawą. Szybko doganiamy Ragtime ‘a i wyprzedzamy.


            fot. Rudolf Wasilewski 

Pływamy razem w polu widzenia naszych fotografów. Wiatr wyraźnie tężeje, co głównie widać po Ragtimie, gdyż Stefan zrzuca najpierw bezan i próbuje żeglować na samym grocie, a następnie stawia bezan, zrzuca grotżagiel, by za chwilę postawić zarefowany. Stefan pływa sam, więc może mieć pewne kłopoty z prowadzeniem swojego jachciku w silniejszych, nierównych podmuchach. My korzystamy z silniejszego wiatru by pobawić się szybkością – Pjoa bez trudu osiąga 10 węzłów, a w szkwałach więcej, żadnego przy tym wiszenia na trapezie i prężenia muskułów :). Uderzenia wiatru odczuwamy głównie jako przyspieszenie żeglugi. Płyniemy więc też w druga stronę, w kierunku mostu pontonowego w Sobieszewie, zwłaszcza, że Ragtime zawraca do „Neptuna”, co wskazuje, że sesja zdjęciowa zakończona. Podczas tego, krótkiego, wypadu wiatr jest nierówny, bo zakłócony i porwany lądem – są chwile zwolnienia i uderzenia wiatru, który kilkakrotnie potrafi podnieść amę (nawietrzny pływak) nad wodę. Nie pozwalam jej, jednak, zbyt długo latać w powietrzu, luzuję szot i przywieram plecami do ławeczek zwiększając moment prostujący. Na dziś wystarczy – kierujemy się z powrotem do portu Jachtklubu „Neptun”. Wieczorem, już po kolacji, widzimy efekt pracy fotografów. Szkoda tylko, że nie zrobili chociaż krótkiego filmiku z wykonania zwrotu na proa, bo w tych warunkach byłoby to ciekawe. Takich filmików jest w sumie niewiele.

 26 lipca postanawiamy wypełnić dalszą część założonego planu, czyli zrealizować wypad na wschodnią stronę Zatoki Gdańskiej, w kierunku granicy z Rosją. Pakujemy swoje rzeczy, zwijamy wysuszony namiot i szykujemy się do dalekiej drogi. Wieje dość równo z NEE, więc po minięciu główek, po około godzinnej halsówce, czeka nas żegluga ostrym bajdewindem w kierunku Krynicy Morskiej, a może i dalej. Początkowo jest wiatr o sile 2-3 B i wydaje się, że trudno będzie odejść od gwiazdobloków, bo z morza idzie spora fala wyraźnie spowalniająca ruch Pjoa do przodu, ale wyraźnie poruszamy się we właściwym kierunku, a wiatr przybiera na sile by wkrótce wiała już pełna czwórka. Mijamy, na wysokości Sobieszewa, żółto-czarną stawę, którą dopiero później identyfikujemy jako oznaczenie miejsca zrzutu ścieków i udajemy się w kierunku Świbna, gdzie, na łasze stworzonej przez piaski niesione prądem uchodzącej do morza Wisły, widać wyraźny wianuszek przyboju.
W lżejszych warunkach można by spróbować przejść bliziutko tego ujścia, a nawet pokusić się o wejście w głąb Wisły. Dziś chyba lepiej trzymać się z dala od tego miejsca, mimo iż niewielkie zanurzenie Pjoa pozwala na penetrowanie takich płytkich zakamarków, czego już doświadczaliśmy wcześniej np. w bezpośredniej bliskości Półwyspu Helskiego podczas rejsu Kuźnica – Chałupy – Kuźnica. Robimy zwrot i oddalamy się od ujścia w głąb morza, co wyraźnie uspokaja załogę RIB-a z jednostki SAR, który wygląda jakby wyszedł by dać nam asystę, za co ma nasza wdzięczność, a teraz zawrócił. Oddaliwszy się na bezpieczną odległość, w okolice pławy ŚWB, wracamy na kurs w kierunku Krynicy. Falowanie coraz bardziej pasuje do siły wiatru. Wieje porządne 4 B. Pjoa pokazuje, że jest dzielną jednostką i potrafi żeglować ostro na wiatr, tak samo jak większość współczesnych jachtów, pomimo braku miecza, czy innej płetwy wystającej pod dnem. Ten brak wystającego pod dnem miecza, ani też steru ma i teraz konkretne znaczenie. Co pewien czas, w okolicach mijanych rybackich miejscowości np. Kątów Rybackich (jak również wielu innych miejscach mijanych wcześniej na  Zatoce Puckiej) napotykamy sieci, które dla współczesnego jachtu mogą stanowić konkretny problem zaczepiając się np. o ster. Pjoa może swobodnie ignorować istnienie tych sieci, nawet sieci powierzchniowych, bo bez zaczepiania i szkody dla siebie lub sieci nad nimi przepływa. To wielka zaleta Pjoa. Żeglujemy żwawo, mijając kolejne nadmorskie miejscowości, które łatwo z morza zidentyfikować, bo w kolejności takiej jak na mapie pojawiają się skupiska plażowych jadłodajni i piwiarni, a wokół nich wielkie zagęszczenie ludzi, które rozrzedza się pomiędzy tymi miejscami. Żegluga jest mokra, bo fala idąca tu z dużej odległości staje się coraz wyższa. Widoczność doskonała przy bezchmurnym niebie. Po prostu wymarzona żegluga. W pewnym momencie spada do wody jedna z gejtaw, ta, którą podebraliśmy nieco do góry bom, to przewiąz z kevlarowej linki tego obciążenia też nie wytrzymał. „Spokojnie” - mówi Janusz - „mamy przecież jeszcze drugą, a tę naprawimy przy najbliższej okazji”, więc zwijamy i zabezpieczamy opadniętą gejtawę wraz z bloczkiem nie przerywając żeglugi. Mijamy wyniosłą wieżę radaru strzegącego naszego wybrzeża i identyfikujemy latarnię morską w Krynicy. Tam, w okolicy przystani rybackiej lądujemy bezpiecznie w przyboju, który wzrósł już do ponad metra. Moje pierwsze lądowanie w przyboju jest troszkę emocjonujące, ale Janusz pewnie prowadzi swoją pirogę do brzegu. Zmniejszamy nieco powierzchnię żagla podbierając go na ocalałej gejtawie i ustawiwszy się rufą do fali wyjeżdżamy miękko na piasek. Wyskakujemy do wody i wciągamy łódź na plażę. W tym spontanicznie pomaga nam jeden z plażowiczów, który potem mówi, że „teraz to jest dobrze, bo można sobie swobodnie pływać”, bo wtedy kiedy on był tutaj, w czasie Stanu Wojennego w wojsku, to jak dziecko weszło z kółkiem troszkę dalej od brzegu, to chcieli rodziców zamykać za nielegalne przekroczenie granicy. O tym, że wciąż są ludzie chcący w ten sam sposób sprawować władzę nad innymi mieliśmy przekonać się wkrótce... Na dziś, to już koniec rejsu. Szykujemy się do noclegu w namiocie na plaży. Najpierw, jednak, udajemy się na solidną obiadokolację do jednej z pobliskich plażowych knajpek. Tam też Janusz próbuje się zorientować, jak będzie wyglądała sprawa wyciągnięcia zdemontowanego Pjoa i transport po lądzie do przyczepy. Będzie to możliwe, ale może być uciążliwe, bo piasek grząski, a odległość spora i dość stromy fragment do przeniesienia. Telefonicznie umawiamy się ze Stefanem i Rudkiem na temat ewentualnego podjechania do Krynicy, aby Janusz mógł udać się do „Neptuna” po samochód i przyczepę. Demontujemy też olinowanie ruchome, aby rano już mieć je spakowane. Nadchodząca noc przyniesie jednak nowe, ciekawsze rozwiązanie. Po plaży kilkakrotnie przejeżdża traktor z doczepioną broną – czyżby nowe wraca? Nie to zabiegi czyszczące plażę z milionów zalegających śmieci, dziś chyba nikt już nie zabrania ludziom odpływać od plaży, ...a jednak... W rozstawionym, po zawietrznej stronie Pjoa, namiocie możemy udać się na nocleg, ale plaża nie śpi. Jest przecież weekend, więc tłumy odwiedzają nadmorskie miejscowości. Wciąż ktoś przechodzi koło naszego namiotu i Pjoa, ale jest spokojnie i cicho, tylko błyski fleszy mówią nam o tym, że nocni plażowicze robią sobie zdjęcia z Pjoa w tle. Wolimy to niż prawdziwe błyskawice :). Przed zaśnięciem postanawiamy, jednak, wcześniejszą niż zwykle pobudkę i w zależności od warunków pogodowych decyzję na temat dalszego postępowania.

Rankiem 27 lipca obserwuję wschód słońca, które tutaj, o tej porze roku, wstaje daleko, znad Mierzei Wiślanej. Na krynickiej plaży jest cicho, ale wokół sporo ludzi – niektórzy w śpiworach spędzili tę noc na piasku. Wraz z wędrówką Słońca po niebie zaczyna się większy ruch. Najpierw pojawiają się ludzie z obsługi i zbierają śmiecie oraz wymieniają plastikowe worki na nowe. Pojawia się coraz więcej plażowiczów, wstaje nowy dzień.  Wiatru, jak na lekarstwo, niebo bezchmurne. Z biegiem czasu i naszych przygotowań wiatru przybywa – najpierw dobra jedynka, a po pewnym czasie wieje już dwójka z NE. Zawiadamiamy Rudka i Stefana, żeby po nas tu nie przyjeżdżali. Janusz wykalkulował, że jeśli zrobimy sobie dziś jeszcze jeden dzień w morzu, to do domu dotrzemy może dwie, a może trzy godziny później, niż gdybyśmy zdemontowali Pjoa tutaj na plaży, taszczyli w kawałkach na wydmę do przyczepy, a może dojazd w niedzielę z Górek do Krynicy i z powrotem potrwałby jeszcze dłużej?

Szkoda dnia na jazdę samochodem w tę i w tamtą stronę.Zjadamy śniadanie i szykujemy się do wypłynięcia. Musimy też ponownie założyć rozmontowane wczoraj olinowanie – odbywa się to sprawnie. Kierunek wiatru wskazuje na to, że będzie to, w zasadzie, jeden długi hals do główek w Górkach. Nie chcemy jednak, wypłynąć bez wypicia gorącej herbaty, a wszystkie plażowe budy z herbatą i innymi napojami jeszcze są pozamykane. Jesteśmy już praktycznie gotowi, ale cierpliwie czekamy do otwarcia plażowej „herbaciarni”. W tym czasie na plażę przybywa drużyna ratowników WOPR, którzy pełnią tu służbę ratowniczą. W związku z tym, że Pjoa  stoi dość blisko oznakowanego kąpieliska,  Janusz kurtuazyjnie informuje jednego z ratowników, że niedługo będziemy odpływać, więc żeby zwrócili uwagę, bo będziemy blisko skrajnej, czerwonej boi. Na to ratownik odpowiada, że on musi o tym zawiadomić Kierownika Plaży. W tym czasie siadamy już sobie z zamówioną herbatą w ogródku plażowej budki z paczkowanym jedzeniem. Po chwili podchodzi inny z ratowników z UKF-ką i mówi, że za chwilę będzie rozmawiał z nami Pan Kierownik Plaży 

fot, Anna Becher  
w Krynicy Morskiej. W UKF-ce odzywa się bardzo zasadniczym tonem Pan Kierownik: „Tutaj Kierownik Plaży w Krynicy Morskiej Marek Xxxx, Panowie dobiliście do plaży bez zezwolenia Urzędu Morskiego. Musicie mieć zezwolenie Urzędu Morskiego na dobicie i odbicie,  a tak, to  jesteście na plaży administrowanej przez Yyyyyy nielegalnie i bez zezwolenia....”.  UKF-kę przejmuje Janusz, a jego twarz rozjaśnia szeroki uśmiech. Każdy kto trochę lepiej zna Janusza, od razu rozpozna, że to nie jest ten sam uśmiech, którym obdarza swoich przyjaciół. Janusz rozpoznał w UKF-ce kolegę z dawnych lat, więc zaczyna tak: „Cześć Marku, tu Janusz Ostrowski, chciałem Cię poinformować, tak jak wcześniej poinformowałem przed chwilą ratowników, że za chwilę odpływamy od plaży, czy masz z tym jakiś problem?” Pan Kierownik Plaży zmienia nieco ton, ale kontynuuje swój wywód: „Cześć Januszku, ale jesteś tu bez zezwolenia Urzędu Morskiego i powinieneś teraz przetransportować swój jacht na dziką plażę i stamtąd będziesz mógł dopiero odbić...”. Janusz na to ponownie: „Marku, ja za chwilę odpływam i chciałem Cię tylko o tym poinformować, czy masz z tym problem?”. Pan Kierownik Plaży próbuje dalej kontynuować, na co Janusz z niezmąconym spokojem powtarza: „Za chwilę odpływamy, czy naprawdę masz Marku problem?”, aż w końcu Pan Kierownik Plaży daje za wygraną „No to płyń Januszku, tylko pamiętaj, że nie masz zezwolenia Urzędu Morskiego na dobicie do plaży i odbicie od plaży administrowanej przez...”. Przecież „mamy wszelkie niezbędne zezwolenia” bo są one zagwarantowane ustawowo ale szkoda czasu na polemiki, bo liczy się uciekający czas. Ratownik WOPR życzy nam pomyślnych wiatrów, mówi, że podoba mu się to co robimy i przeprasza za uciążliwą procedurę. Dziękujemy mu i czym prędzej odpływamy. Wiatr jest początkowo dość słaby a z poprzedniego dnia pozostało trochę martwej fali, więc Janusz wspomaga szybkość Pjoa wiosłem, co łatwo oddala nas od tego miejsca, gdzie Pan Kierownik Plaży próbuje rządzić w stylu zupełnie zapomnianej już przez niektórych epoki... Rozumiemy jego obawy o bezpieczeństwo plażowiczów, ale w naszym wypadku nie mają one zastosowania, bo ani nie jesteśmy masywną motorówką z wirującymi ostrzami, ani nie poruszamy się po kąpielisku, które jest faktycznie jedynym akwenem zarezerwowanym wyłącznie dla ludzi bez sprzętu. 

Płyniemy żwawo, a wiatr powoli wzrasta do 3 B. Zastanawiamy się, czy nie zatrzymać się na chwilę w którejś z nadmorskich miejscowości, ale jest niedziela i dziś trzeba już wracać do domu. Z daleka przyglądamy się ogromnym tłumom na plażach w Kątach Rybackich, a następnie w Sztutowie, Stegnie, Jantarze, Mikoszewie... Ciekawe, że w pewnej odległości od głównych wyjść na plażę tłum plażowiczów jest dużo mniejszy – jednak jesteśmy gatunkiem o wybitnym instynkcie stadnym... Żegluga jest przyjemna i dość szybka. Bez sensacji, znowu przepływamy nad wszelkimi, napotkanymi sieciami rybackimi. Na wysokości ujścia Przekopu Wisły do Bałtyku znów widać przybój na piaszczystej łasze. Obserwujemy jacht żaglowy, który halsuje wśród płycizn ujścia. Tym razem, bez zmiany halsu, oddalamy się w okolice pławy ŚWB. Drugi jacht płynący do Świbna, bliżej brzegu, zmienia hals i zaczyna płynąć w kierunku Górek. To są dla niego optymalne warunki do żeglugi. Widzimy, jak majestatycznie kiwa się na fali niosąc pełne ożaglowanie z genuą. Po pewnej chwili wiemy, że płyniemy dużo szybciej od niego. Jacht systematycznie zostaje coraz dalej za naszą rufą. Mały, powiązany powrozami, wielokadłubowiec jest w tych warunkach bardzo szybki. Bez wysiłku wyprzedza większość napotkanych żaglowych jednostek – szybsze są tylko regatowe katamarany (ale tu takich nie ma) i deski z żaglem (jeśli warunki pozwalają im na osiąganie ślizgu). Po kilku godzinach bardzo przyjemnej żeglugi wchodzimy w główki ujścia Wisły Śmiałej w Górkach, a chwilę później cumujemy w przyjaznym basenie portowym Jachtklubu „Neptun”. Na kei czeka już na nas Stefan Ekner, a za chwilę dociera też Staszek Skory ze swoim mikrojachcikiem „Maderka”. Teraz pozostaje nam wyciągnąć Pjoa z wody i zdemontować oraz załadować na przyczepę i zamocować. To już koniec naszego rejsu. Wyruszamy w drogę do domu. Andrzej Dziewulski z „Neptuna”, pokazuje nam jak ominąć najbliższe korki i wyprowadza bezpośrednio na właściwą szosę, ale i tak, pod Elblągiem trafiamy na koszmarny korek, z którego nie ma ucieczki. Do domu docieramy nad  ranem...                                         
Po zakończeniu rejsu zawsze przychodzi refleksja i potrzeba podsumowania. W ciągu kilku dni przepłynęliśmy około 125 Mm. To tylko mile przebyte w trasie, od punktu do punktu, nie były wliczone krótkie pływania po Wiśle Śmiałej i Martwej 20 i 25 lipca. Na dobę wypada niewiele, bo pływaliśmy tylko po kilka godzin w ciągu dnia. To miał być rekreacyjny wypad wakacyjny, a nie ekstremalny wyczyn żeglarski, chociaż przez niektórych obserwatorów, w tym również żeglarzy, tak był określany. Głównie wynikało to z wyobrażeń o niewygodach, jakie musimy znosić w naszym rejsie. Plażowego pływania turystycznego małą łódką nie można porównywać do pływania kabinowym jachtem po Mazurach, a nawet morzu – to inne żeglowanie, ale potrafi dać mnóstwo emocji i satysfakcji oraz świadomość, że nie jest się przeciętnym zjadaczem chleba, biernie wypoczywającym w leżaku i korzystającym z dobrodziejstw cywilizacji. Nasz rodzaj żeglugi daje poczucie bliskości z żywiołami i konieczności zdania się na własne siły w wypadku nieprzewidzianych komplikacji. 

           fot. Staszek Skory

Ciekawe są również moje obserwacje zachowania niecodziennej jednostki, jaką jest proa Pjoa, na morzu. Ta znakomita i szybka łódź na większości kursów obywa się bez steru. Prowadzi się ją dobierając do kursu i siły wiatru odpowiedni trym kadłuba i żagla. W niektórych wypadkach Pjoa potrafi płynąć samosterownie przez dłuższą chwilę. Sterowanie szotem przypomina mi trochę żeglowanie na samym sztakslu na zwykłym jachcie. Wybieranie szota powoduje odpadnięcie, a poluzowanie wyostrzenie. Tylko przy kursach wolnych, a głównie na fordewindzie zachodzi potrzeba sterowania wiosłem, sterowanie wiosłem jest również konieczne w celu gwałtownej zmiany kursu. Niecodzienne wykonanie zwrotu (wekslowanie, albo szantowanie), przy odrobinie wprawy, może być prawie równie szybkie, jak na zwykłym jachcie. Ostrością chodzenia na wiatr, Pjoa nie ustępuje innym jednostkom żaglowym, pomimo braku wykształconej płetwy tworzącej opór boczny (miecza lub finkila), bo asymetryczny kadłub wytwarza wystarczającą siłę nośną. Pewnej pikanterii dodaje fakt, że Pjoa nie został zaprojektowany i zbudowany, jako morska, turystyczna jednostka, a tylko jako model do zbadania w praktyce działania nieznanego u nas żagla typu kleszcze kraba, o którym krążyły mity i sprzeczne opinie. Sam żagiel, o bardzo oryginalnym kształcie, okazuje się być doskonały aerodynamicznie, w szerokim zakresie kątów natarcia zachowując przyklejony opływ (potwierdzony zachowaniem gęsto, obustronnie zamocowanych na jego powierzchni „icków”), czym przewyższa nowoczesne ożaglowanie stosowane na współczesnych jachtach. Jest przy tym łatwy w wykonaniu, bo kroi się go płasko, bez zaszewek i naddatków na wybrzuszenie, a do tego jest ekstremalnie tani, bo wykonać go można z cienkiej tkaniny używanej na plandeki i podłogi do namiotów. Znakomite jest również zachowanie Pjoa na morskiej fali, co było już wcześniej poruszane. Jedynymi mankamentami są: prosty kształt dźwigarów platformy pomostu (aka), który powoduje haczenie o wierzchołki fal i prysznic dla załogi oraz brak odpływowych kokpitów i prawdziwie wodoszczelnych bakist. Mankamenty te są prostym skutkiem tego, że Pjoa nie był projektowany do tego typu „ekstremalnej”, morskiej żeglugi, a wiem, że jeśli Janusz zdecyduje się na projektowanie i budowę kolejnej jednostki, to te mankamenty zostaną, w pierwszym rzędzie, usunięte.

Co dalej? Być może Janusz stworzy nową jednostkę do podobnej żeglugi – dzielniejszą na morzu i wygodniejszą dla załogi. Ja uzyskałem praktyczną lekcję, że warto się rzetelnie, fizycznie, psychicznie i sprzętowo przygotować do podobnej żeglugi – największym wrogiem może okazać się chłód i wyczerpanie, bo po kilku godzinach żeglugi w wietrze o sile 4-5 B, na morskiej fali, odczuwamy zarówno skutki statycznego napięcia mięśni, jak i wpływ wiatru i wszędobylskiej, morskiej wody. Warto również w tylne części spodni wszyć sobie nienasiąkliwe poduszki, które zdecydowanie powinny zwiększyć komfort siedzenia na ławeczkach pomostu. Trzeba też brać pod uwagę możliwość poparzenia słońcem. Przekonałem się, że jedyną rozsądną jednostką do takiej żeglugi jest lekki wielokadłubowiec o nisko położonym środku ożaglowania, posiadający możliwość sprawnego refowania, potrzebnego zarówno do żeglugi przy silnym wietrze, ale także do radykalnego zmniejszenia prędkości. Jednostka bez mieczy i bez wystającego poniżej stępki steru może bezpiecznie przechodzić przez sieci, a także bezpiecznie lądować w przyboju do wysokości fal rzędu 1,5 m, ale istotna jest też długość i masa jednostki oraz wysokość pomostu, który z jednej strony nie może haczyć o fale, a z drugiej, powinien być tak nisko, by załoga mogła łatwo nań wchodzić i schodzić podczas manewrów lądowania i startu z plaży. Trzeba też zapewnić załodze możliwość nocowania na łodzi, bez konieczności rozbijania namiotu na plaży. Te rozważania skłaniają mnie do rewizji założeń mojego projektu katamarana – powinien być dłuższy i lżejszy, kosztem warunków mieszkalnych, a także pozwalać na wyciąganie na plażę i start z niej. Kilkakrotnie podczas naszego rejsu Janusz powtarzał jak mantrę: „proa nie jest dla każdego”. Być może było to skierowane, jako komentarz do moich kanciastych ruchów, ale bardziej prawdopodobny jest szerszy kontekst. Proa jest jednostką szczególną m.in. ze względu na konieczność unikania „backwindu” i nietypowy sposób halsowania, a także szczupłość miejsca w jednym, głównym kadłubie. Dopiero duże jednostki, powyżej 12 m długości, mogą zapewnić należyty komfort wymagającym załogom, ale to nie są jednostki do żeglugi plażowej.

Nie ma wątpliwości, że pokochałem tego typu żeglowanie, którego przedsmak czułem wcześniej, żeglując po Zatoce Puckiej małymi, plażowymi katamaranami i łodziami typu Puck. Za to, że mogłem tego doświadczyć, gorąco dziękuję Toliwadze – Januszowi Ostrowskiemu.

 
fot. Anna Becher  

Słowo od toliwagi: 

Wystarczy dotknąć Pjoa ręką J, by poczuć, że „Proa tradycyjne, nie jest jednostką dla każdego” bo w światku żeglarskim mało jest takich, którzy wychodzą na wodę dlatego, że bawi ich nieustanne trymowanie żagla, poszukiwanie najlepszej drogi między falami, uważna obserwacja otoczenia i natychmiastowa adaptacja do tego co przyroda zgotuje. Wielu z nas lubi zrelaksować się w kokpicie, z jedna ręką na sterze kontrolując sytuację, drugą kręcąc w szklance klarownym napojem. Pozostali szukają akcji, szybkości, adrenaliny. Natomiast proa oferuje żeglowanie, w którym pozornie nic się nie dzieje, a efekty osiąga się przez uważne dostosowanie minimalnymi zmianami ustawienia załogi lub żagla do zawsze i stale zmieniających się warunków. Miałem to szczęście, że Robert znakomicie się w tym odnalazł. Czy wszystkim chce się stale uczyć ?...

Tradycyjne proa to cudowna, magiczna jednostka do wyrabiania w nas wyczucia wiatru i wody, wynagradza szczodrze, ale potrafi też skarcić. 

Aloha J


Jeżeli uważasz że strona może być polecona innym,
kliknij na poniższy baner.


Dziękuję.