poprzedni tekst - ciąg dalszy - początek
Cześć Wam, Szuwarowcy, Internauci i Żeglarze Teoretycy!
(bez urazy, to tylko niegroźna próbka mojego humoru :)Wróć, nie wyszło. Jeszcze raz:
Ahoj, Dzielne Żeglarze!
Właśnie wróciłem moim Cud-Nefrytem z Morza Barentsa. Przed wyjazdem trochę pisałem w tym miejscu co myślę o prawach dotyczących żeglarstwa, chciałem swe poglądy sprawdzić w praktyce. Udało się, choć trochę bolało.W skrócie:
Planowałem opłynąć Półwysep Skandynawski trasą przez Zachodni Bałtyk, Cieśniny Duńskie, Morze Północne, Morze Norweskie, Morze Białe, Kanał Białomorsko-Bałtycki, Zatokę Fińską, Północny Bałtyk. 27. czerwca s/y Moja Maria, ze mną i Krzysiem z Lublina (w karcie bezpieczeństwa "stoi napisane" 2-5 osób) wypłynęła z Gdyni. W Ustce Krzysztofa zastąpił Michał z Jaworzna. On ma nazwisko Gwiżdż, wiec gwizdałem i z silnym wiatrem ze wschodu dotarliśmy (przez Falsterbo, Skagen) na 4. lipca do Norwegii (Lillesand koło Kristiansand). Michał wysiadł w Rekefjord (koło Flekkefjord) i odtąd płynąłem sam.
Do portów norweskich zawijałem rzadko: we fiordach są okropne prądy pływowe, a wiatr zamiera. Norwegia jest też droga. Nawet do Trondheimu nie wchodziłem, choć tak jak mój Gdańsk obchodzili tam 1000-lecie i był zlot żaglowców Cutty Sark: przez telefon z Haugesund wywiedziałem się, że nie mogę liczyć na sponsoring (pieniądze lub jakić osprzęt), tylko na darmowa marinę, wyżerkę, koszulki, plakietki etc. Uznałem, że to byłaby strata czasu. Odwiedziłem więc tylko Kristiansund (zamoczył się papier toaletowy), Tromso (odwiedziłem znajomego z Sieci), Vardo (zadzwoniłem do rodziny, że wpływam do Rosji).
Do Murmańska wpłynąłem 8. sierpnia. Tu mnie pochwalono, że mam dokumenty w komplecie i w porządku, ale.. Za to, że nie zawiadomiłem ich o zamiarze zawinięcia do portu 48 h, potem 24 h, potem 4 h przed wpłynięciem (coby mogli przygotować holowniki, dźwigi nabrzeża i stado czynowników, celników, pograniczników - u nich jak w Polszcze, nie ma prawnej różnicy miedzy jachtem i krupnym sudnem), za to, że mnie nie zauważyli na radarze gdy wchodziłem, za to, że Polska została zaproszona do NATO, za to, że w Toruniu usunięto pomnik Czerwonoarmisty, za to, że inostrancow w Biełomor' nie puskajut, za niewinność, spędziłem trochę czasu w areszcie domowym. Zapłaciłem tez ok. 1 mln. wróbli grzywny (powiedzieli, że po zapłaceniu pozwolą płynąć dalej, na kanał Białomorsko-Bałtycki). W rezultacie tej straty czasu zrobiła się tam jesień (zaszło słońce) i zaczęło wiać jak cholera z W.
22. sierpnia wypłynąłem z Murmańska na pokładzie tureckiego frachtowca. Mieli mnie wyładować na pełnym Morzu Północnym, sami szli prosto do Casablanki. 27. sierpnia przy pierwszej próbie wyładunku uszkodził się maszt i porwały stalówki. 29. sierpnia lepiej mi się udało lądowanie koło Dartmouth w Anglii, gdzie wpłynąłem na silniczku. Naprawa Mojej Marii była droższa niż cena jej zakupu i wpędziła mnie w długi, ale 4. września wypłynąłem znów na morze.Droga była ciekawa: sztorm >8°B z NW, a po zawietrznej Wyspy Zachodniofryzyjskie w Holandii. 10. sierpnia w nocy osiągnąłem Cuxhaven, świecąc świeczką (akumulator był tak pusty, że światła pozycyjne tylko się żarzyły). Po drobnych naprawach, ładowaniu bateryjki (i beznadziejnej próbie reanimacji silniczka) w piątek 12. września przepłynąłem do Brunsbuttel (najmniej udane cumowanie w życiu: bez silnika, dopychający szkwalisty wiatr, noc) potem 14. września Kiel - Holtenau.
15-19 września spędziłem odpoczywając u przyjaciół w Rodbyhavn, przeczekując sztorm. Gdy na chwilę przycichło wypłynąłem i mocno zarefowany w niedziele 21 września wpłynąłem do Władka. Tu czekali z dużym jachtem przyjaciele. Eskortowali mnie na wypadek upierdliwości władz. Teraz już się nie śpieszyłem: 22 IX Hel, 23 IX Gdańsk.
Tu dostałem puchar z rąk wiceprezydenta miasta (z napisem wywołującym radosny uśmiech znawców ortografii) i byłem generalnie głaskany po główce. Do Gdyni jeszcze nie płynę. Mam darmowy pobyt w marinie w Gdańsku, a w macierzystym porcie Gdyni pewnie mnie, jak zwykle, opierdolą za pływanie z niekompletną WWR, samemu i w ogóle "krzywo".
W rejsie najtrudniejsze było kukowanie, problemy załadunku i wyładunku na frachtowiec, brak pieniędzy. NIE nawigacja. NIE samotność, NIE małość lub wiek jachtu, który sprawdził się znakomicie: nie mam dość peanów na cześć projektanta i wykonawców. Dość wspomnieć, że byłem taranowany przez ruski holownik portowy, powożony z gracją słonia przez matrosów imperialnej służby zasadniczej. W efekcie tylko się podrapały listwy odbojowe na lewej burcie. Każda inna wydmuszka laminatowa już by ciekła. Ale Moja Maria ma burty jak nosorożec: prawie 2 cm laminatu!
Czy chcecie szczegółowszego opisu, czy taki wystarczy?
wasz oddany wielbiciel
Tomek Chodnik, sternik jachtowyniestety, chcieliście szczegółowszego opisu ... i tak powstał mój serial.