poprzedni tekst - co było dalej - początek

opis rejsu na Morze Barentsa

*** 

Ciemność. Martwa fala. 

W kolorowych błyskach latarni morskiej nasze twarze świecą się upiornie. Łódź kołysze się wzdłużnie, waląc z impetem o wodę, raz dziobem, raz rufą. Silnik zamontowany na tylnej pawęży raz po raz wynurza się z wody, przechodząc ze zwykłego pomruku to w histeryczny pisk, to znów we wściekle zduszony bulgot. Huk fal o coraz bliższą betonową ścianę uniemożliwia normalne porozumiewanie się. Stawiam żagle. Rozkołys i tak uniemożliwia wykorzystanie słabego wiatru, ale może strzelający przy przechyłach dakron wytłumi dzikie harce jachtu. Mija nas płynący na silniku do portu duży jacht z bardzo wieloma, bardzo porwanymi banderkami pod prawym salingiem. Nagle, któraś z kolejnych fal zanurza silnik w całości pod wodę. Patrzymy obaj na niego z napięciem. Wynurza się i... działa dalej. 

- "Dzielny chopiec, da se radę!" - krzyczę, usiłując rozproszyć napięcie żartem. Żart się nie udał - ledwie skończyłem, gdy silnik znów idzie pod wodę, ale tym razem dławi się i gaśnie. Krzysztof patrzy na mnie ponuro, światło odbija mu się w okularach. Przenosi wzrok na beton opodal. Przybój, gdy go odpowiednio oświetlić, jest bardzo kolorowy... Krzyś bez słowa bierze bosak i powoli idzie na dziob, "just in case". Właściwie powinienem mu kazać przypiąć się "szelkami", ale przecież nie pójdę za nim: musiałbym puścić ster. Na domiar złego zza ściany betonu wysuwa się białe światełko, potem drugie, wyżej, w końcu zielone, niżej niż oba. 

Oops! Ten statek będzie MUSIAŁ zakręcić w prawo, prosto na nas: 
przecież tędy wiedzie jedyna droga! Tymczasem zbliżyliśmy się do ściany na tyle, ze Krzysztof sięga do niej bosakiem. Odpycha się, umożliwiając nam zwrot. Łódź powoli, powolutku, oddala się od kipieli, schodzi z drogi statku. Krzyś wraca z dziobu, patrzy co robi statek. A ten nie skręca, tylko płynie dalej na wprost. A tam jest plaża!... Zatrzymuje się. Stoi tak bardzo długo. Potem cofa się tyłem, obraca się i wraca skąd przybył, na morze. Twarz Krzysztofa wyraża tylko wielki znak zapytania i wykrzyknik. Zaczyna padać deszcz. 

"Jassna cholera, wracamy!" wrzeszczę "nigdzie nie popłyniemy!" 

*** 

Zapewne ci, co znają miejsce zdarzenia, z łatwością rozpoznają, Gdynię, zatoczkę między Basenem Żeglarskim, a główką południowego wejścia do portu. A ściana to falochron zewnętrzny. ;-) 

Usiłowaliśmy wyjść w Morze już wieczorem w czwartek 26. czerwca. Przyjaciele zaraz po pożegnaniu (strzemiennego wypiliśmy reńskim winem na ymenynach koleżanki!) odprowadzili mnie na Łódź, gdzie czekał już Krzysztof - mój pierwszy załogant. Mimo słabego wiatru usiłowaliśmy wypłynąć do Helu. Ale gdy silnik się zalał, a wiatru nie wystarczyło nawet by wyjść na dobre z portu. Wróciliśmy wściekli do mariny i przespaliśmy do rana. Nazajutrz cale przedpołudnie czyściliśmy silnik. Wyruszyliśmy już po południu, ale mimo to zdołaliśmy przed zmrokiem osiągnąć Władysławowo. Tak to rejs s/y Moja Maria miał swój falstart, jak rejs Swarożyca, jak rejs Mazurka. Gdybym wiedział, że przez cala drogę będę miał kłopoty z silnikiem, ze zawiedzie mnie on w najbardziej krytycznych momentach, szczególnie w drodze powrotnej (w Brunsbuttel omal nie wpakowałem się przez niego na śluzę, Kanał Kiloński w połowie przeszedłem na żaglach, w połowie na holu) pewnie bym popłynął w ogóle bez silnika... 

Krzysiu, jeśli to czytałeś, proszę, odezwij się: straciłem Twoje dane, a przydałyby się teraz, chciałbym Ci jeszcze raz podziękować za wspólnie przepłynięty odcinek. 

Wszystkich innych przepraszam za "didaskalia". Dziękuję za zachętę do pisania. 

Postaram się następnym razem o ciekawsza i mniej "kpiarską" scenkę, a tymczasem - do następnego razu... Tomek 


co było dalej