poprzedni tekst - co było dalej - początek

właściwy początek rejsu

Gdy zawinęliśmy "Moją Marią" do Władysławowa, było tam kilka jachtów i było ciasnawo. Ponieważ nazajutrz była sobota, po kilku piruetach, stanęliśmy w końcu przy stacji benzynowej. W tym miejscu portu trzeba mieć "sakramencko" długie cumy, i przecierają się one o ostre krawędzie wysokiej kei. Za to miejsce jest zawsze wolne, bo tankują tam kutry. Gdy rozespani rybacy wypływają z rana na połów, to zwykle się im okropnie spieszy, a ich poczucie humoru dopiero budzi się... zwolna. (cytat z Kaszubszczyzny "WEŹ TA CUMA BO CI JĄ UTNA!") Za to w weekendy rybacy nie łowią. Snują się tylko ospale po porcie, uśmiechnięci i na luzie, i nawet takiemu małemu "badziewiu", jak mój jacht, chętnie pomagają cumować. 

Zanim powiązaliśmy cumy koniec-do-końców i popodkładaliśmy pod nie wycieraczki, formalności portowe załatwiły się same. Pan bosman przyszedł osobiście zapytać kto my zacz. Gdy usłyszał, że przypłynęliśmy tylko z Gdyni, stracił zupełnie zainteresowanie. Zapamiętał tylko jak się wabi Jednostka i Jej Kapitan (czyli ja :), i poszedł sobie spacerkiem dalej. "Dziki Zachód"! Dlatego lubimy port we Władku. Żeglarze wprost UWIELBIAJĄ być olewani (czytaj: traktowani jak dorośli) przez władze. 

Krzyś dostał "polecenie służbowe" położenia się na kocu na nieruchomym betonie kei, i po paru minutach zapierał się w żywe oczy, że kiedykolwiek cierpiał na chorobę morska. Swe poprzednie dolegliwości wyjaśniał zatruciem pokarmowym i brakiem snu. Wkrótce poszedł nawet do miasta coś zjeść. Ja poszedłem na zwiady. Wypatrzyłem folkbot'a pod szwedzką banderą. Samotny żeglarz polskiego pochodzenia płynął na nim na Hansa Meeting w Gdańskiej marinie. Wymieniliśmy mapki: dałem mu stareńką "Od Stilo do Kłajpedy", którą chciał przywiesić nad swym biurkiem. Dostałem w zamian kapitalną mapę Sundu, bardzo się przydała parę dni później. Pozwolono mi bardzo dokładnie oglądnąć łódkę. Później założyłem na Mojej Marii niezwykle proste, wręcz prymitywne lazy-jacki, podpatrzone wtedy u niego. Nie raz oszczędziły mi pracy i nerwów. 

Niestety, wcięło mi namiary żeglarza i łódki. Potem poszedłem śladem Krzysia wytropić w nocnym, przedsezonowym Władku coś do jedzenia. Bez sukcesu, jeśli nie liczyć kwaśnego jak cholera rolmopsa pod piwo w Tawernie. 

Rano wiało ze wschodu. Po piwku z poprzedniego dnia, "wywlekanie się" szło powolutku. Dopiero gdy przyszedł znajomy (Staszek Draszanowski, właśnie sprzedał swego Nefryta którym w poprzednim sezonie zaliczył Bornholm) i powiedział, że wiatr ma "zdechnąć", w kilka minut oddaliśmy cumy. Ponieważ Krzyś był "jak nowy", wytworzył się swoisty w tej fazie rejsu podział pracy. Przez całą drogę on "powoził", a ja spałem. Niestety, prognoza sprawdziła się. Wiatr niósł nas tylko do popołudnia, potem jechaliśmy na katarynce. Do Ustki weszliśmy nad ranem. Tu też nas olano. Ani 'wopiki' ani 'gumiaki' nie byli ciekawi co to takiego małego wpłynęło. I o to chodzi! Przenieśliśmy się więc do HOMu, wzięliśmy prysznic i poszliśmy spać. 

Rano spodziewałem się, że przyjdzie nowy załogant. Krzyś tu wysiadał: czarterował Karinę na zalewie Szczecińskim, musiał tam być najpóźniej nazajutrz. Ale załoganta nie było. Czekając na niego, zrobiłem flagę salingową Szwecji z kawałka niebieskiego materiału i żółtej farby od pomocnego bosmana HOMu. Trzeba sobie jakoś radzić... jak się ma sklerozę. 

Potem przenieśliśmy się na "miejską" stronę portu. Czekając, aż się załogant znajdzie, poszedłem do kościoła, a potem zrobiłem zakupy. (W sumie miałem w tym rejsie zbyt dużo jedzenia. Do tej pory pożeram co mniej pordzewiałe konserwy z tych zapasów. Zupek zaś wystarczy mi zapewne na kilka dalszych wypraw.) Gdy wróciłem do lodzi, z Krzysiem rozmawiał - wściekle gestykulując - jakiś brodacz w czerwonej kraciastej koszuli flanelowej. Sam mam bródkę i podobną koszule, i niejedno oko już podbiłem niechcąco, machając rękami w czasie rozmowy. Z daleka Michał nawet ruszał się podobnie do mnie... Podobnie jak Krzysztof, Michał odpowiedział na moje ogłoszenie w... pl.rec.zeglarstwo. Żadnego z nich nigdy przedtem nie widziałem. Okazało się, że gdy byliśmy w HOMie, Michał szukał nas po miejskiej stronie portu. Gdy zaś my przecumowaliśmy na miejska stronę, on przeszedł naokoło do HOM'u... Razem wróciliśmy po moja flagę, a także po bagaż Michała. Wylądowaliśmy rzeczy Krzysia, pożegnanie i siup, znów na druga stronę, zjeść ustecką rybkę i odprawić się. 

W bosmanacie dostałem od przyjaznych GUMiaków w prezencie wydruk prognozy pogody, zapowiadający siódemkę ze wschodu. Ucieszyłem się, bo zwykle wydostanie się z Bałtyku oznacza halsówkę, a taka prognoza zapowiadała suchą, wygodną i szybką jazdą bez halsowania. Zachowałem ten faks do dziś. WOPiki wzięli nasze paszporty i jak zwykle poprosili o trochę czasu na ich przetrawienie. Z głupia frant poprosiłem, by odnieśli je na łódź. Aż mi oddech zabrało gdy WOPik nie tylko chętnie się zgodził, ale jeszcze obiecał odfajkować dla nas celników. "Dziki Zachód"! Nie zdążyliśmy nawet pójść dokupić jeszcze kilku zapalniczek (na morzu zapałki mokną a zapalniczki się psują) gdy WOPik w zapiętym po szyje mimo upału mundurku i trepach - już czekał przy Mojej Marii. Oddał paszporty, poprosił o napisanie oświadczenia, że nie mamy nic ciekawego dla celników, przeprosił za formalności, zasalutował na luzie jednym palcem i życząc przyjemnych wrażeń, poszedł sobie. "Jewropa"! 

A wrażenia były faktycznie super. W ciągu pierwszych dni gnaliśmy najpierw odjazdowym półwiatrem, by ominąć akweny 6 i 6a, a potem czystym fordzielem. Kontraszot na niezarefowanym grocie, genua na spinakerbomie trzymanym w ryzach prócz szota, przez kontraszot, obciągacz i fal. Nad ranem 1.07. zobaczyliśmy już lesisty szwedzki brzeg, wraz z daleka widocznym, charakterystycznym "wcięciem" kanału Falsterbo. (CDN) 

*** 

Tak wiec nie mogę narzekać na nadmierny formalizm polskich władz portowych. Dręczy mnie tu jednak jeden problemik. Dlaczego nasz własny związek żeglarski nie może, śladem o wiele bardziej profesjonalnych instytucji, odpuścić? Celnikom, Wopikom, Bosmanom wszystko jedno, czy wypływając na swej łódce mam stopień Jachtowego Admirała Wszech Wód i Innych Podobnych Oceanów, czy tylko żeglarza. Ważne, że łódź jest moja, a nie np. "rąbnięta", że nie bawi mnie szmugiel, a to, że TU (czytaj: do Władka, do Ustki, bo w Gdyni ponoć dalej grasują formaliści) dopłynąłem jest najlepszym potwierdzeniem moich umiejętności... Sądząc po tym czego się zwykle nasłuchuję w Gdyńskim GieOZetZecie, takie ich podejście jest w oczach Związku kryminalne. 

/ciach/ 

wasz ulubiony sternik jachtowy, 

Tomasz U. Chodnik 


co było dalej