poprzedni tekst - co było dalej - początek

Nefrytem na Morze Barentsa

Bzzzzyt,     bzzzyt,     bzzzyyt,     bzyyyt.... 

(z każdym zgrzytnięciem sztywna kolumna przesuwa się kilka centymetrów przed moim nosem, wzdłuż moich ud, coraz wolniej, coraz rzadziej...) 

- """Przyj, kobito, przyj!""" 
- Czekaj, musze odpocząć! 
- Rany Boskie, nie TERAZ, tuz przed szczytem! Kręć! 
- Już nie mogę! Stań na chwilę na salingu... ( - ; 

Top masztu coraz bliżej. To tylko dziewięć metrów, mimo to brudna woda przystani jacht-klubu Falsterbo oglądana z tej perspektywy zyskuje swoista glebie, gdy całość mojej skory zależy od czteromilimetrowej stalówki fału grota. 

Michał, w czerwonym kasku hokejowym na głowie, w czerwonej koszuli, poci się z korbą w ręce na dole. Wygląda jak krasnoludek. Ma problem. śruba mocująca kabestan jest za duża. Zaczep korby da się wetknąć do dziury kabestanu tylko do polowy. Jeśli mu się korba "omsknie", spadnę mu w całym ponad - siedemdziesięciokilowym majestacie na głowę. Do tego twardym do dołu: do ławeczki zrobionej z dębowej dechy przytroczyłem torbę z śrubokrętami, obcęgami, kluczami, szeklami i innymi podręcznymi drobiazgami. Stad ten kask. To chyba zrozumiale, że jako skipper byłem w tym momencie "na górze" a nie "na dole" 8-) 

{Wziąłem w rejs dwa kaski, hokejowy i budowlany. Dla nowych na pokładzie. "O.R.P. Maryśka" ma nieco niestandardowo zamocowany bom. Jeden z licznych poprzednich właścicieli miał regatowego hopla. Bom przelatuje przy "rufie" trzydzieści centymetrów nad dachem kabiny. Musi robić to tak blisko głów: zamiast normalnego jedenastometrowego grota - dwudziestopięciometrowy. Miesiąc później kask budowlany wraz z gumiakami i zdobyczną "kufajką" posłużyły do kamuflowania się, gdy wbrew zakazowi plątałem się po porcie w Murmańsku, łapiąc autostop (jachtostop?)} 
Po chwili moja załoga kontynuuje "wybieranie skippera". Co parę ruchów korbą windy fału grota - podebranie zabezpieczającego mnie dodatkowo fału spinakera. 

Sięgam szczytu. A tu? ZGROZA! Kto to wszystko montował! Szewc?! Maszt od "Nefryta" to nieco spłaszczona rura z przynitowana prymitywna likszpara. Na obu końcach rurę zasklepiają "korki". Dolny zawiera miejsce na śruby mocujące maszt do deku. Górny zawiera miejsca do mocowania want i dwa wysięgniki: krótszy dla sztagu i trzy razy dłuższy dla achtersztagu. Temu, kto mój jacht (wiosna, przed sprzedaniem mi go) zmontował, było wszystko jedno: zmontował "topkorek" tyłem do przodu! W efekcie bloczek topenanty z braku miejsca nie mógł się "majtać" swobodnie i topenanta przecierała się. W końcu, z prawie-centymetrowej linki zostało na bloczku tylko kilka skrętek. Pozostałe skrętki utworzyły kłęby wielkości pięści dziecka. Nic dziwnego, że nie mogłem zmieniać napięcia topenanty i położenia bomu grota. 

Żeby prawidłowo zmontować maszt musiałbym poodczepiać wszystkie stalówki, położyć go i unieruchomić w jakimś imadle. Dałem sobie spokój, ale całą drogę do Murmańska płynąłem z masztem zmontowanym częściowo tyłem do przodu. Dopiero poważna awaria całego takielunku w drodze powrotnej umożliwiła prawidłowy montaż. W Falsterbo wymieniłem tylko prowizorycznie bloczek na mniejszy, wymieniłem topenantę i dałem komendę "Spuszczaaaj!" 

Gdy byłem na dole, zmęczony Michał dostał zasłużone piwo (nie jakieś szwedzkie paskudztwo, aż taki okrutny nie jestem), a ja poszedłem na spacer, nadać list i uspokoić nerwy. 

Zaraz potem odpłynęliśmy. Na Falsterbo skończył się nie tylko Bałtyk ale i pogoda. Do tej pory "zasuwaliśmy" pięknym fordewindem, a niebo było mniej-więcej czyste. Teraz wiatr prawie zamarł, niebo zasnuło się i zaczęło mżyć. Pułap chmur był momentami tak niski, że maszt chował w nich top, jakby było mu wstyd, że ma wysięgnik achtersztu z przodu. Pogoda mnie "nie satysfakcjonowała", poszedłem więc "czytać locję", a szlachetny sport żeglarski uprawiał Michał w sztormiaku. To chyba zrozumiale, że jako skipper byłem w tym momencie "na dole", a nie "na górze". (Moje drańskie zachowanie nie wynikało tylko z lenistwa: wiedziałem, że miałem jeszcze w tym rejsie dostać w kość, oszczędzałem więc się.) 

Nagle mój "zzzzziebniety zzzzzałogant" zaczął tupać w dno kokpitu (spałem w hundkoi, praktycznie walił mnie po łbie) i woląc: 
- "Tomeeek, jakaś motorówka tu jedzie!" 
a gdy zacząłem powoli wywlekać się ze śpiwora, moje ruchy gwałtownie przyśpieszyło dodane: 
- "Tomeeeeeek, oni maja broń...." 

ciąg dalszy nastąpił... 


co było dalej