poprzedni tekst - co było dalej - początek

trzy scenki


********************************************* 
W Sundzie padało. Spałem sobie w ciepłym śpiworku w hundkoi mej lodzi. Powoził Załogant. Wiatru prawie nie było. Silnik był off, bo terkot by mi przeszkadzał. Zresztą: nawet na "płaskiej" wodzie nie dałby nam więcej niż dwa, trzy węzły. Szkoda benzyny. 

Co jakiś czas z dala przemykał z hukiem katamaran pasażerski. Po ostatnim wyczynie (obcięli maszt jakiemuś niemieckiemu niedzielnemu żeglarzowi, który wybrał się "auf See" w drewnianej lodzi bez reflektora radarowego) katamarany omijają jachty szerokim lukiem. Po paru jałowych godzinach prawie bez zysku milowego Załogant zaczął się nudzić. Wtedy zbudził mnie wołaniem: 
- "Tomeeek, jakaś motorówka tu jedzie!" 
Gdy zacząłem się gramolić, me ruchy przyśpieszyło dodane: 
- "Tomeeeeeek, oni maja broń...." 

Było coś podejrzanego w jego głosie. Gdy gnany ciekawością, nabijając sobie po drodze guza, wyskoczyłem na pokład, Michał szczerzył zęby spod sztormiaka. Obok nas stal kuterek szwedzkiej Coast Guard. Wyglądał jak choinka nowobogackich. Był biało-zielony, a na jego burtach wisiało *kilkadziesiąt* dużych żółtych odbijaczy. 

Na deku stał Szwed zakapturzony jak mnich, o ile mnisi noszą wściekle-różowe odblaskowe habity. Bez trudu zgadłem, że weszliśmy "w szkodę" i byliśmy na akwenie zakazanym. Szwed bardzo nas przeprosił, powiedział, że to nowy akwen, więc pewnie nie mamy go na mapie. Spytał, czy nie robiło by nam różnicy, gdybyśmy uwzględnili to w planowaniu drogi?... 

Rzeczywiście, niedaleko widać było boję z żółtym krzyżem na czubku. Nie weszliśmy więc w głąb dalej niż parę metrów! Skurczybyki, byli czujniejsi niż mój sternik. Pewnie jeszcze bardziej niż on się nudzili. Szwed, marszcząc buźkę w uśmiechu "numer czy" (pewnie powtarza te mecyje trzy razy dziennie), podał mi kserokopię mapki okolicy. Parę mil "w lewo" przez "ich teren" szła wąska "ścieżka" wysadzana bojami. Ale jak my się tam zgramolimy, bez wiatru? Szwed odgadł me wątpliwości, sam zaproponował, że nam da "sznurek" i nas przeciągnie. Po chwili, nie kiwając palcem zasuwaliśmy dobre pięć węzłów przez "ścieżkę" w szpalerze boj. Nawet sterować nie było trzeba: zaczepiłem cumkę do sztagownika, łódka szła jak po sznurku. Niestety, po kilku milach kuterek stanął i Szwed chciał swój sznurek z powrotem. Żartobliwe naciąganie go na dalsze holowanie nie wywoływało innej odpowiedzi jak uśmiech. 

Tak to "Moja Maria" była na holu po raz pierwszy w jej podroży. 


********************************************* 

Tymczasem my forsowaliśmy Cieśniny z niezbyt imponującą prędkością. Gdy byliśmy blisko Skagen na północnym końcu Danii, znudziło nam się "telepanie się" na słabiutkim wietrze i "zmoczyliśmy zaburtowca", by zdążyć przed zmrokiem do portu. Pobyt w Skagen był "krótki i wydajny". Stało tam kilka norweskich jachtów. Wziąłem od nich parę map do kopiowania (miałem tylko dwusetki Admiralicji, dobre do nawigacji off shore, ale bałbym się pchać z nimi w głąb fiordow). Odbiłem je w biurze informacji turystycznej, na formacie A4. Urzędnik specjalnie został dłużej w pracy bym mógł skończyć. Pomógł mi sklejać kopie. Powstałe mapki były OK, a Duńczyk nie chciał ni korony za swą pomoc. Dałem mu widokówkę Gdańska z modelką topless. Od Norwegów dostałem jeszcze kapitalny katalog portów jachtowych, opisujący paręset marin i kotwicowisk wzdłuż wybrzeża Norwegii aż po Lofoty. Zeszłoroczny - więc dla Norwega już nieaktualny! (Ciekawe kiedy było ostatnie wydanie "Portów Polskich.." Kulińskiego?..) 

W tym czasie Michał przytaskał benzynę i poszedł na zwiady. Przy samej marinie znalazł gorące bezpłatne prysznice. Lubię Danię, a po każdej wizycie w duńskim kiblu lub łazience staje się jej gorącym patriotą. Niestety, z konieczności musieliśmy zachować się jak typowi "Polsk turist". Prócz prysznica zrobiliśmy pranie i zagotowaliśmy "zupkie" ruską grzałką-minutką, o dziwo nie spalając korków. 

Cały "desant na Skagen" trwał króciutko i o zmroku, przy tłumie gapiów gromadzącym się automatycznie, gdy tylko jakiś jacht zabiera się do odbijania, odeszliśmy do Norwegii. Było to o tyle widowiskowe, że w "międzyczasie" documowało do nas kilka dużych jachtów, blokując nam odejście od kei. Chyba zasłużyliśmy na brawko za sprawność manewru: odcumowaliśmy całe to "bractwo", przesunęliśmy trochę do przodu, przecisnęliśmy się za ich rufami na wolność i zacumowaliśmy cala wielojachtową "tratwę" nazad. Żeby umilić duńskim spacerowiczom gapiowanie, stosowaliśmy w czasie manewrowania język szczególnie bogaty w takie dźwięki jak te w słowach "gąszcz", "przecisnąć", "przejście" i "zgrzyt". Nawet gdy nie widzieli flagi, słyszeli, że mają do czynienia z trio egzotycznym (Michał, "MMaria" i Mmmówiący te słowa :). 


********************************************** 

Przeskok przez Kattegat był nudnawy. Płynęliśmy, płynęliśmy, aż dopłynęliśmy do Norwegii. Natomiast wejście do Lillesand było ciekawe, choć raczej trudno je opisać pomijając emocje. Wg. katalogu wejście do portu było proste jak drut, a pogoda była piękna, słoneczna. Nie chciało mi się "wykopywać" odpowiedniej podejściówki. Podpłynęliśmy do przechodzącej lokalnej motorówki i zapytaliśmy "do Lillesand, to tam?", dodając gest. Uzyskawszy potwierdzenie płynęliśmy pewnie i bezmyślnie coraz węższym przejściem, z którego wylewał się strumień lodzi wędkarskich, kajaków i motorówek. Po chwili byliśmy w głębi fiordu i wiatr zamarł. Zrzuciliśmy żagle i włączyliśmy katarynkę. Sunęliśmy tak sobie powoli, a ja poszedłem na dziob, zwinąć Gienię "ładnie", bo przecież mieliśmy zaraz być w porcie. Gdy tak ją klarowałem, myślałem sobie, jaki to dziwny naród ci Norwedzy. Pływają tylko kajakami, motorówkami, a nie jachtami. Z rufy dobiegł dziwny dźwięk. Podniosłem wzrok na stojącego przy sterze Michała. Miał zabawna minę. Jakby połknął coś duuuużego. 

Rozejrzałem się. Szeroki przed chwila fiord zwęził się. Widać było dno! A z wąskiego przejścia opodal nadal walił tłum. I dalej nie było w nim ani jednego JACHTU BALASTOWEGO! Było tak wąsko, ze o zwrocie nie było co marzyć. Do steru i tak już nie zdążyłbym. Stanąłem na dziobie i patrzyłem w wodę. Bez słowa wyciągałem rękę w stronę choć trochę głębszej wody. Michał stał przy sterze i kierował łódź według tego. W najwęższym miejscu płynęliśmy środkiem. Płynący z naprzeciwka kajak musiał zatrzymać się by nas przepuścić.. 

Potem dowiedziałem się, że "nasze" przejście zostało wybite w skałach dynamitem. Miało DWA metry głębokości, TRZY szerokości. Czy znacie wymiary Nefryta? 

Właściwe wejście było trochę dalej na zachód. Mieściły się w nim całkiem duże promy. Gdy cumowaliśmy w Lillesand, byliśmy zlani potem jak szczury. Nie tylko ze strachu. Za osłoną wysepek nie było wiatru i było około 30°C. My przyszliśmy z morza, gdzie wiało i nie było cieplej niż 15°C. Od tego czasu nie pytam o drogę. Od tego są mapy. 

W Lillesand byliśmy tylko by zatelefonować i kupić świeży chleb. Zaraz potem odbiliśmy i popłynęliśmy do Kristiansand. Nie była to moja pierwsza wizyta w tym porcie. 

dalszy ciąg nastąpił 


co było dalej