poprzedni tekst - co było dalej - początek

przerywnik
(myślałem, czy tego nie wyciąć, ale... co mi tam, toż to w 100% moje!) 

Gdybym wiedział jak będzie w Kristiansand, na pewno bym do miasta nie wpływał. Przecież wiatr zaczął słabnąć już na pełnym morzu. Wiadomo było, że w głębi Kristianfjord wiatr może być tylko jeszcze słabszy. Gdyby z prostego przeliczenia wynikło, że wpłynięcie do miasta przypłacę spaleniem dwudziestu litrów benzyny, zrezygnowałbym. Gdybym pamiętał, że keja w miejscu gdzie chciałem przycumować ma "czasami" prawie trzy metry wysokości i że odbijacze będą włazić miedzy tworzącą ją pale, i nie będą zapobiegać bicia burta o brzeg, popłynąłbym jak normalny człowiek do mariny. 

Ale ja chciałem być koło fregaty "Soerlandet", jak przed laty. Mimo, że pamiętałem, że burty fregaty były zbyt strome, zbyt wysokie by cumować do niej Nefrytem. 

Z drugiej strony, gdybym odgadł, że po sobocie trawniki koło mariny będą pełne śpiących w narkotycznym upojeniu, bezwstydnych parek, trójek i większych grup, *czasami* obojga płci (a czasami nie), że gdy ów kwiat młodzieży zacznie się na swój obleśny i hałaśliwy sposób budzić, sen w marinie stanie się niemożliwy, może rzuciłbym kotwice we fjordzie koło "Soerlandet". 

Wiedza, że będę cumował do przyczepionego do podstawy wanty spinakerbomu, zapewniającego należyty odstęp od niebezpiecznego nabrzeża może by mnie nie odstręczyła od wchodzenia do portu, ale przypuszczenie, że deptanie znajomych bruków Valhalli (taka dzielnica)wydusi suche łzy, na pewno. W ostatecznym rachunku, gdybym wierzył, że ślady tego po co tam płynąłem dawno nie istnieją, nie marnowałbym czasu... Ale czy mój rejs nie był właśnie marnowaniem czasu? Czy nie jest nim życie? 

*** 

Bardzo Was wszystkich, czytających ten tekst, szukających mrożących krew w żyłach opowieści, żeglarskich przygód na morzu - przepraszam. Przygody nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Spłynęły po mnie jak woda po kaczce. Pewien przemądry Anglik powiedział parę lat temu, że przygody są niczym innym jak właściwie postrzeganymi niewygodami, zaś niewygody - niewłaściwie postrzeganymi przygodami. To były niewygody. 

Gdy sztorm podarł fok, zmuszając mnie do jego wymiany, gdy potem podarł go drugi raz, nie przeżywałem estetyki ni głębokiego znaczenia tych zdarzeń. Po prostu, zmieniałem fok jeszcze raz, zabezpieczałem grot, i pospiesznie, rezygnując że snu, ręcznie, igłą i nylonem, naprawiałem. Czy to jest przygoda? Gdy w rosyjskiej arktyce, samochód którym jechałem do "turbazy" tamtejszych żeglarzy rozkraczył się w tajdze, kilometry od sadyb, po prostu zatarasowałem nim drogę by następny samochód musiał albo zawrócić albo stanąć i nam pomoc. Czy to jest przygoda? Gdy zjedzenie dokładki "kadayif" (pod wódkę) na tureckim statku wywołało u mnie torsje, czy to jest przygoda? Gdy litowali się nade mną Anglicy, Niemcy, Duńczycy i rezygnowali z opłat, które im się należały (za marinę, za ogłoszenia, za korzystanie z faksu), czy to była przygoda? W takim razie wolałbym życie BEZ przygód. Chyba się zestarzałem. 

Wybaczcie mi ten tekst. Nie powtórzy się. Może to tylko dzisiejsze niskie ciśnienie. Albo fakt, że znowu rozbiłem samochód... 


co było dalej