poprzedni tekst - co było dalej - początek

(Więcej o Kristiansand - innym razem.) 

Przed ponownym wyjściem w morze jeszcze raz odwiedziłem "Soerlandet". Ich Navtex nie chciał zeznawać, ale stara prognoza pogody nie zapowiadała szczególnych okropieństw. Wydarłem z Texa tylko ostrzeżenie nawigacyjne o porzuconym na morzu jachcie pod (nomen omen;) flagą Holandii i siup... 

Po oddaniu cum poszedłem spać. Było mi obojętne co się stanie z jachtem. Na szczęście był jeszcze ze mną Michał. To on nas "wywiózł" bezpiecznie na zewnątrz, na otwarte wody. Miałem do niego pełne zaufanie. Zresztą, był mi równy stopniem i doświadczeniem żeglarskim. Michał ma jeszcze tę cechę, ze milczy nie pytany. Ci co ciut pływają, wiedzą, jaki to plus. 

Tymczasem na zewnątrz nie czekało nas nic dobrego. Przy zbliżaniu się do Lindesnes (najbardziej południowy przylądek Norwegii), marsz zaczął męczyć. Długa oceaniczna fala, która przed paru dniami dawała przyjemną (po bałtyckim "młotku pneumatycznym") huśtawkę, urosła. Interferowała ze swym odbiciem od brzegu. Wdzierała się na dek. Wiatr - z ostrego bejdewindu - wzmógł się. Łódź znosiła to lepiej niż my. Zmienialiśmy się przy sterze co kilkadziesiąt minut. Sztormiaki nie nadążały ociekać. Gdy zaczęliśmy "wymiękać", weszliśmy do Flekkefjord. 

Cały dzień odpoczywaliśmy i dosuszaliśmy łódź. ZaSicaflex'owałem na głucho wentylatory i forluk. Zrobiłem "lazy-jacki". Zmieniłem przednie togle relingu. Ponownie zmieniłem blok topenanty. Te, plus parę innych drobnych przeróbek wystarczyło, by zmienić mojego Nefryta w oceaniczną bestię, godną rejsu np. "Dookoła". 

Niestety, czas Michała się kończył. I tak popłynął ze mną znacznie dalej niż się umawialiśmy. Miał być ze mną tylko do Skagen. Ale szło nam tak dobrze, ze już dotarliśmy paręset mil dalej. Uprosiłem go, że popłyniemy razem jeszcze dzień. Nazajutrz miałem go gdzieś wysadzić. Zrobiłem to w Rekefjord. Stamtąd mój "Pierwszy Oficyjer", z ciekawymi perypetiami, dojechał stopem aż do Malmö, gdzie wziął prom do Świnoujścia. Zdążył jeszcze na szczyt fali powodziowej. Ja o powodzi dowiedziałem się miesiąc po fakcie. Z rosyjskich gazet. 

(Michał opisał na p.r.z. kilka wydarzeń ze wspólnego naszego pływania. Na przykład nasze eksperymenty z przelewaniem dwudziestu pięciu litrów paliwa maleńkim pudełkiem po filmie fotograficznym. Niestety, opisów tych nie zachowałem.)

Od Rekefjord byłem już całkowicie sam na sam z tym starym zgryźliwym dziadkiem z widłami, pardon, Trójzębem. Rubaszny z niego pijaczyna. Chyba mnie polubił w ciągu tych trzech miesięcy, które musiał mnie znosić. Ja na niego nie narzekałem. Miewał on swe narowy, ale każdy z wiekiem ma do nich prawo, zwłaszcza jeśli mu dokucza nieodmiennie ta sama Prozerpina... 

wasz niepoprawny Tomek 


co było dalej