poprzedni tekst - co było dalej - początek
rozstanie
Pływanie na małej, "bezkibelkowej" łódce jest znacznie mniej kłopotliwe w pojedynkę niż z załogą. Konieczność zmusza do radzenia sobie jakoś, ale gdy zbliża się port (i skandynawskie wychodki) tzw. Doświadczeni Żeglarze wolą ciut poczekać i zrobić To na niechybotliwej terra firma. Tak też postąpiliśmy gdy bladym świtem wchodziliśmy do Rekefjord, gdzie wysiadał Załogant.
Tymczasem im było bliżej tym wiatr był słabszy. Końcowe parę mil pomagaliśmy silnikiem. Cumowaliśmy w napiętym milczeniu. Zajęło nam to mniej niż minutę. (Manewr wyszedł podobnie do parkowania "Bues mobile'a" z mojego ulubionego filmu "Blues Brothers".) Potem zostawiliśmy otwartą, niesklarowaną O.R.P. "Maryśke", z zaledwie zrzuconymi żaglami, z walającymi się w kokpicie kaloszami, sztormiakami, itd. i dziarsko ruszyliśmy w głąb uśpionego Rekefjord na poszukiwanie (wyszczególnionego w katalogu marin, przystani i kotwicowisk) przybytku.
Pomost do którego przycupnęliśmy nie był prawdopodobnie tym opisanym w przewodniku. Dobry kwadrans kłusowania i bystrego przyglądania się każdemu mijanemu budyneczkowi nie dał spodziewanego rezultatu. Odliczanie czasu do eksplozji dobiegało końca. Tragikomiczna sytuacja! W porcie jakoś głupio "rodzić" przez burtę. A nastrojowe trawniczki, bajkowe domki, przyczesane żywopłotki nie zapewniały odpowiedniego nastroju. O ileż lepiej pod tym względem jest w ... ?
Na szczęście Michał miał katar. Dla swego nosa wziął ze sobą rolkę papieru nawigacyjnego. Nie zmieniając wyrazu twarzy, rzuciłem wiec niedbale:
- Dobra. Mam dość. Ty idź zwiedza dalej. Ja wracam.
Michał przytomnie odpalił:
- Okeydokie. Czy metr ci wystarczy?...Dogadywaliśmy się ze sobą doskonale. Szczerze żałowałem, że to już koniec wspólnej części rejsu.
Gdy wróciłem do lodzi, cumujące tuż tuż straaasznie szpetne Szwedki robiły awaryjny ferholung. W pośpiechu zacumowaliśmy 20 cm od ich zadka. A miały taki piękny pękaty jacht..
*Trochę* się musiały zdziwić gdyśmy je zbudzili cumując. *Bardziej*, gdy wyjrzały. Zobaczyły kanarkowo-żółty jachcik. Blisko. Bez załogi. Pod zwiniętą w rulon białoczerwoną flagą. *Jeszcze bardziej* się zdziwiły, jak zobaczyły dwóch dużych brodaczy w czerwonych koszulach przychodzących jeden po drugim z głębi lądu do tego jachtu. Z zadowolonymi gębami. *A już zupełnie* gdy jeden z nich wywlókł z tego jachtu wielki tobół, zarzucił go na plecy i pomaszerował z powrotem, zaś drugi odwiązał cumę dziobową, wskoczył na pokład, włączył silnik FULL BLAST, puścił założoną nabiegowo cumę rufowa i znów tnąc przy ich zadku i szczerząc niezdrowo zęby, ruszył na morze.
Krótki desant na urocze Rekefjord zostawił żywe wspomnienia. Flagę rozwinąłem dopiero poza zasięgiem wzroku z lądu. Postawiłem największą Genuę i grota. Odstawiłem silnik i poszedłem do środka. "Mańka" daje sobie radę bez sternika, o ile jest bajdewind i nie wieje za słabo. Dałem na stół mapę zawierającą Stavanger i zrobiłem sobie kawę pół-na-pół z wódką. By uczcić pierwsze chwile samotnej żeglugi. Posprzątałem i wyszedłem ze śpiworem i książką na dek. Było słonecznie. Wiał leciutki zefirek z NW. Po chwili książka mnie zmogła. "Odpłynąłem".
Obudziła mnie zmiana halsu. Wiatr osłabł i "Makolągwa" zaczęła wydziwiać. Ale jaki jacht trzymałby kurs przy wietrze o sile 1-2°B? Niestety, taką pogodę miąłem mięć przez prawie cały lipiec. Przebiegi dobowe (po tym jak st.j.p.u. Michał Gwiżdż wysiadł i przestało gwizdać) bardzo spadły.
Generalnie, stokroć bardziej wolimy huraganowe wietrzysko od "bezjaru" flauty. Ale wkrótce miałem zyskać potężną pomoc:
Golfsztrom.Wasz
smutny, że już wrócił
Tomek
co było dalej