poprzedni tekst - co było dalej - początek
spotkanie
Musiałem do portu. Na Stavanger kończyły mi się mapy. W Polsce nie zdobyłem map odcinka miedzy Stavanger a Kristiansund. Nie chciałem norweskich. Maja skale 1:50 000. Szkoda kasy na kupno lub choćby wielkoformatowe kopiowanie tak dużej ilości map. Chciałem dwusetki (1:200 000) Admiralicji UK. Są lepsze do marszu wzdłuż brzegu, jaki mnie czekał.
Po lekturze locji, postanowiłem nie pchać się w głąb osłoniętego od wiatru Stavanger, tylko zajść do mniejszego Haugesund. Zwłaszcza, że jachty stoją tam w centrum miasta, jak w Gdańsku. Wiatr był 1°B (huragan, panie dzieju!), wchodziłem na silniku. Wszystkie keje były przepełnione. Ale pod mostem przerzuconym nad fiordem wysokość przęseł uniemożliwiała postój jachtów z długimi masztami. Maszt Nefryta ma tylko 9m, miałem wiec idealne miejsce. Bezpośrednio przy kei, w centrum.
Norwedzy z innych jachtów nie mieli brytyjskich map. Większość z nich pływa tylko weekendowo, "mapless". Inni miewają mapy "stąd na południe", albo elektroniczne. Ale w księgarni piękna sprzedawczyni znalazła mi moje mapy. Gdy z głupia frant spytałem czy mógłbym je skopiować, powiedziała, że ona jest tu nowa, ale spyta szefa. Był weekend, ale panienka zadzwoniła do niego do domu. Nikogo nie zastała. Trudno - pomyślałem - żegnajcie dwa tysiące koron... Ale panienka zadzwoniła na telefon komórkowy i złapała szefa... na jachcie. Milusia rozmowa (wspólne utyskiwanie na temat słabego wiatru, wspólny zachwyt nad urodą sprzedawczyni) dala rezultat. Dałem kaucję będącą wielokrotnością ceny map i poszedłem do zakładu gdzie kopiowali duże formaty.
Gdy wypływałem, wiatr był wciąż za słaby na stawianie żagli. Miałem wiec wolne fały. Na fale grota powędrowała na top największa flaga Gdańska. Wychodząc z portu sunąłem wzdłuż nadbrzeżnej promenady. Po brzegu, równo z jachtem biegł jakiś gość i coś wołał, pokazując na wiszącą na topie flagę. Rodak! - pomyślałem - pogadam sobie po polsku! Rzeczywiście, gdy powtórnie przybiłem do brzegu, poznałem Mietka. Nad piwkiem z pokładowych zapasów ustaliliśmy, że Mietek widział "MMarię" już w Gdyni. Jeszcze przed wypłynięciem, gdy wiosną była pierwszą na wodzie w całym Basenie Jachtowym. Zwrócił uwagę na łódkę i jej dwuosobową załogę (Pływałem z psem. Zawsze mi uciekał, gdy odbijałem. )
Mietek jest elektrykiem na gigantycznej barce do przewozu części platform wiertniczych. Przy piwie rozkręciliśmy i oczyściliśmy mój silnik, któremu szkodził nadmiar słonej wody. Potem Mietek zaprowadził mnie do swego hotelu, na prysznic i do chińskiej knajpki, na obiad.
Gdy wieczorem wypłynąłem (czysty, syty, wygadany), silniczek po dłubaninie lepiej chodził, miał większą moc. Zdołałem na nim jednak dojechać jedynie do wyjścia z portu gdy zaczął dziwnie warczeć. Potem zamarł.
Wiatru dalej nie było. A noce w Haugesund są równie ciemne jak u nas. Z latarką na czole rozpaczliwie szukałem przyczyny awarii. Bez skutku. Byłem dokładnie w ujściu fiordu, obok przepływały frachtowce i kutry.
Po północy podpłynęła zygzakiem motorówka pełna pijaniutkich Norwegów. Obiecali mnie zaciągnąć do portu, ale dopiero gdy wrócą, bo teraz idą w morze. Nie wrócili. A pływ zaczął mnie znosić w kierunku skał.
Z sytuacji wybawił mnie świt i bryza. W słabiutkim wietrze wpłynąłem z powrotem do Haugesund. Najpierw położyłem się na resztę ranka do snu. Potem calutki dzień "rzeźbiłem" w silniku w warsztacie. Właściciel udostępnił mi narzędzia i nie wziął grosza za swą pomoc. Do dziś nie wiem co wtedy było mojemu silnikowi. Ale po rozkręceniu i złożeniu na powrót - działał. Gdy powtórnie wychodziłem w morze, znów wydawał dziwne dźwięki. Ale już wiało, więc po prostu odstawiłem go i postawiłem żagle. Byłem zdecydowany płynąć dalej. Gdyby mój Envirude okazał się do wyrzucenia, miałem jeszcze dość gotówki, by kupić następny silnik.
co było dalej