poprzedni tekst - co było dalej - początek
Cześć!
Czy ktoś toto w ogóle czyta?
Czy wszyscy powłączaliście "kill" i "nospam"?'delicatessen'
Nazajutrz po wyjściu z Haugesund miałem przyjemną niedzielę. Słaby wiatr z bajdewindu pozwalał na odpoczynek. "Marijuana" sterowała sama. Po odespaniu, posprzątaniu, zacząłem się nudzić. Koło południa, dałem wędkę w miejsce flagsztoka, wypuściłem błystkę na kilkunastu metrach żyłki i zacząłem czytać. Gdy skończyłem rozdział, wyciągnąłem błystkę z wody. Ku memu zdziwieniu, na końcu żyłki zwisała ponad-dwudziestocentymetrowa makrela. Piękna ryba była już martwa.
Tuż przed rejsem powtórnie czytałem "Nie ulec oceanowi" Dougala Robertsona. Byłem ciekaw jak smakuje surowa świeża morska ryba. Wędka wróciła do pozycji roboczej, a ja wypatroszyłem i oskórowałem mój pierwszy lup. O ile mi wiadomo, jedząc takie mięso nie narażam się na żadną inwazję. Ewentualnej salmonelli pozbyłem się razem z jelitami ofiary, nawet jeśli pelagiczny łowca, taki jak makrela, gardzi padliną i raczej nie powinien mieć salmonelli w jelitach. Wszystkie inne makrele paskudztwa zwalczy ciepło mojego organizmu. Część ryby zjadłem z cytryną, część z ketchupem, część z musztardą. Część bez żadnych przypraw i to było autentycznie najlepsze.
Gdy skończyłem, sprawdziłem wędkę. Znowu miałem rybę, tym razem nieco mniejszą. I ta była już martwa. Widocznie, mimo słabego wiatru, zabijał je pęd jachtu. Te makrelę po oczyszczeniu usmażyłem. Miałem ze sobą na ten cel kilka litrów oleju jadalnego. Efekt był niezły, ale... Smażenie brudziło patelnię, gorący olej pryskał (w czasie rozkołysu wylewałby się) i jedząc poparzyłem podniebienie. Uznałem, ze nawet przyprawianie na rożne sposoby nie daje efektu, który by uzasadniał pracę i niebezpieczeństwo związane ze smażeniem. To był ostatni raz, gdy w rejsie użyłem patelni.
Szczęście mnie nie opuszczało. Następna ryba był większa niż pierwsza. Schowałem wędkę. Byłem najedzony, a wiatr nieco się wzmógł, przyśpieszając jacht, grożąc urwaniem spinningu. Tym razem wypatroszona tuszkę ugotowałem w morskiej wodzie. To było to! Wystarczyło tylko zanurzyć rybę we wrzątku, by była gotowa. Dłuższe gotowanie rozbijało ją na drobne kawałki. Można było oszczędzać wodę pitną i gaz. Delikatne mięso samo odchodziło od ości. Jeśli odcedzałem morską wodę po ugotowaniu, ryba była niesłona i "brała" każdą przyprawę. Miała kapitalny słonawy smak, gdy ją jadłem prosto z wody, w której była gotowana. Nie stygła też wtedy tak szybko. Naczynia było o niebo łatwiej umyć niż po smażeniu. I nie trzeba było tak dokładnie obierać skóry i oddzielać ości jak przy jedzeniu na surowo.
***
Potem czytałem i drzemałem. Wieczorem wiatr zamarł. Łódź kołysała się, trzaskając żaglami. Byłem daleko od brzegu. Wybrałem żagle i poszedłem po prostu spać. Rano, gdy trzaski ustały, zbudziłem się. Spojrzałem na kompas kabinowy. Pokazywał 170.
Hosanna! "Marysia" samorzutnie ustawia się w graniczny bajdewind, a kurs znaczył, że MOGĘ PŁYNĄĆ NA PÓŁNOC FORDEWINDEM. Uradowany, poszedłem do steru i żagli. Obróciłem jacht, wypuściłem genuę na spinakerbomie i złapałem kontraszotem grot. Kurs 000, tak trzymać!
Wiatr był słabiutki, ale posuwałem się we właściwym kierunku. GPS zeznawał 3 węzły, ale zapewne 1,5 z tego to był prąd. Gdy odchodziłem od steru (do GPSa, mapy, kuchni lub kibelka), ustawiałem się w dryf.
Przed południem wiatr gwałtownie urósł, a niebo zasnuło się. Rzut oka za rufę przekonał mnie, że oto nadchodzi mój pierwszy atlantycki cumulonimbus. Był jakiś taki... dziwny. Puściłem ster i żagle oszalały. Pośpiesznie zdjąłem spinakerbom, wskoczyłem do kabiny, wyrzuciłem do kokpitu sztormiaki i kalosze, a wracając zasunąłem sztorc - i suwklapy. Sterując, gwałtownie ubierałem 'gumy'. Gdy kończyłem, lało jak z cebra. Wtedy zdałem sobie sprawę, że "szelki" (kamizelka asekuracyjna) zostały w kabinie. Ale walka się już zaczęła. Było za późno, by po nie wracać. S/y "Moja Maria" nie wybaczyłaby mi, gdybym teraz odszedł od steru. cdn?
co było dalej