poprzedni tekst - co było dalej - początek

Odcinek Haugesund - Tromso zajął mi ponad dwa tygodnie. Gdy dopływałem, miałem za sobą spotkanie z "kotwicznikami", długotrwały sztorm, wyrwanie rogu szotowego foka nr 2, poszarpanie wolnego liku foka nr 3, zalanie całych zapasów żywności (tylko makarony zgniły, reszta była OK), wszystkich ubrań i śpiworów, pierwsze spotkanie z wielorybem i arktyczną mgłą i przeczytanie dwóch książek. Sztormowanie na północy nie robi takiego wrażenia jak u nas. Na noc nie robi się ciemno i jest duużo miejsca. Z tego okresu najbardziej utkwiło mi w pamięci całkiem drobne zdarzenie. 

Od tygodnia było mi zimno w nogi. W domu chętnie włożyłbym je do miednicy z ciepłą wodą. Na wierzgającym jachcie porozlewał bym. Zagrzałem więc 'zupkę' z zaburtówki i mokrych skarpet. Zapachem wcale nie różniła się od innych wytworów mojej kuchni... Ciepłe skarpety zakładałem. Gdy stygły zamieniałem je z innymi, w międzyczasie podgrzanymi. Wreszcie było mi cieplutko! Rozkosz, jak bywa, trwała krótko i kosztowała słono. #,-) 

'Z dachu' dobiegł mnie dziwny dźwięk. Z ciekawości wyjrzałem. Zobaczyłem, że achtersztag odkręcił się na ściągaczu. Zupełnie. Maszt telepał się luźno! Nie wyfrunął chyba tylko dlatego, ze górna śruba ściągacza szlagu nie wyskoczyła jeszcze ze szczeliny, którą linka ta przechodzi przez ławeczkę. ("Moja Maria" ma ławkę na koszu rufowym.) A ławeczka była przywiązana jedynie krawatami, bo w czasie gdy spałem, służyła za sztormdeskę. Krawaty puściły i tylko dlatego, że ława zaczepiła się o górną rurę kosza, wciąż jeszcze miałem maszt. 

Jak stałem, bez spodni, za to w ociekających ciepłą woda luźnych skarpetach skoczyłem do kokpitu. Przysięgam, nie mam pojęcia jak to zrobiłem, ale gołymi rękami naciągnąłem achtersztag i złapałem go ściągaczem. 

W chwilę potem nie miałem dość sił by utrzymać równowagę. Skarpety wystygły, ślizgały się, zsuwały. Nie miałem sil by obrócić ściągacz i napiąć achtersztag. A przed chwila gołymi rękami pokonałem napięcie forsztagu, want, masztu, żagli... Ławkę byle jak wrzuciłem do kabiny. Sam, przemoczony, powlokłem się za nią. Chyba pól godziny się gramoliłem zanim się ubrałem i w szelkach, z właściwym narzędziem, wróciłem poprawić prowizorycznie zaczepiony achtersztag. Przeciwnakrętki, oczywiście, poooszły już wcześniej za burtę. Musiałem, po napięciu sztagu, obwiązać ściągacz drutem, by się nie luzował. Potem dokładnie przyjrzałem się wszystkim innym stalówkom. 

Pikanterii dodaje fakt, ze miesiąc przed rejsem wypadł mi dysk. Nie dyskietka :-) - dysk międzykręgowy w kręgosłupie lędźwiowym. Nigdy w życiu jeszcze mnie nic aż tak nie bolało. Powtórki bałem się bardziej niż utonięcia. Gros apteczki "Mojej Marii" to były środki przeciwbólowe. Nie tylko w tabletkach... Tymczasem takie jak w/w 'wyczyny' nie odnowiły kontuzji. I jak tu nie wierzyć w anioła stróża? 

**** 

Gdy skończył się sztorm, cały dzień żeglugi minął, nim na horyzoncie znowu zabielały ośnieżone szczyty Norwegii. Dopiero następnego dnia wszedłem miedzy wyspy. Dzięki dokładnym niemieckim mapom, mogłem wchodzić na skróty, miedzy rafami. (Mapy dostałem od Niemców w Kristiansund.) Wśród górzystych wysp wiatr zupełnie świrował. Nie pomagał przeciw potężnym pływom. W pewnym wąskim przesmyku przeciwny prąd pływowy miał powyżej siedmiu węzłów. Nie mogłem czekać na odkrętkę. Byłem już tydzień spóźniony na spotkanie w Tromso. Przez cały dzień forsowałem silnik na najwyższych obrotach. Omijałem prąd podchodząc pod brzeg, naśladując lokalne motorówki. 

Wyspę Tromsoya (na której leży centrum Tromso i port) osiągnąłem wieczorem. Mój katalog marin nie sięgał tak daleko na północ. Kończył się na Lofotach. Na szczęście dostrzegłem żagle. Podpłynąłem blisko i spytałem gdzie powinienem stanąć. Wkrótce cumowałem przy gjestebryggen. "Moja Maria" była jedyną łodzią pod nienorweską flagą w całej marinie. Zrobiłem klar na deku, zapakowałem plecak mokrymi rzeczami i pieszo poszedłem do znajomego z sieci. Zjawiłem się u niego bez zapowiedzi o godzinie 2200. 


co było dalej