poprzedni tekst - co było dalej - początek
najazd barbarzyńcy
Trzydziestego lipca s/y "Makolągwa" wparowała do mariny Tromso, płynąc skosem, jak biegnący pies. Mimo pełnej mocy silnika i największych żagli, pływ znosił ją pod kątem ok. 30°. Dopiero w marinie, robiąc powoli kółeczka na silniku, zrzuciłem żagle, powiesiłem odbijacze i przygotowałem cumy. Najpierw chciałem przybić do prywatnej kei klubu jachtowego. Norwedzy widzieli flagę, zapraszali gestami. Ale było tam ciasno. Podszedłem więc do pomostu dla gości. Dojście łatwiejsze, krótsze wyjście do miasta. Na oczach tłumku gapiów (niektórych wpuściłem na pokład, czmychnęli jak zobaczyli bałagan w kabinie) zrobiłem klar na deku i na znalezionym kawałku deski zrobiłem napis:
"First Sole Scandinavian Peninsular Circumnavigation Millenium Of Christianity In Gdańsk - Poland First Millenium Of Trondheim - Norway (rodaków zapraszam na wódkie)":) by nikt nie myślał, ze wypadłem komuś spod ogona. Potem zarzuciłem plecak z mokrymi manelami, na ręce wziąłem popruty fok i poszedłem do pobliskiego hotelu po plan miasta. Uzbrojony w plan, poszukałem domu znajomego.Poznałem go przez sieć. O planowanym rejsie napisałem do "Sejlas", komercyjnego serwisu żeglarskiego WWW i do kilku norweskich list dyskusyjnych. Wśród pretensji o SPAM znalazłem m.in. jego miły list. Atli jest Islandczykiem. Wielu jego rodaków mieszka, studiuje i pracuje w Tromso. Atli przerwał studia biologii waleni na swój "okres rozrodczy" (zrobił żonie czwórkę dzieci!), by pracować dla pieniędzy Europejskiej Komisji Ssaków Morskich. Pływał na badawczych kutrach łowczych aż po Nową Ziemię. Po tych wakacjach wracał na uniwerek. Chciał krótko popływać ze mną. Spodziewałem się więc rudego Wikinga.
Na drzwiach przeczytałem 'Atli Konradsson'. OK! Zadzwoniłem. Norwegia to spokojny kraj. Latem nie ma nocy, a napadów nie ma wcale. Otworzył mi Murzyn. Ciut się zakrztusiłem.
Gdy usiłowałem cos powiedzieć, Murzyn, mówiąc coś po norwesku, minął mnie. Zza jego pleców wyszedł tęgi brodaty blondyn. Refleks mnie nie opuścił.
"Hi, Atli, I'm Tom, from Poland" powiedziałem wyciągając rękę. Znowu pudło: grubas odwrócił się, powiedział cos po norwesku i też sobie poszedł. Zza niego wyszedł inny blond brodacz. Nie taki gruby, z twarzą spaloną od słońca na różowo. Wreszcie byłem oko w oko z Konradssonem.
Atli czekał na moje przybycie tydzień wcześniej. Teraz jego wolność kończyła się. Tej nocy wracała z Finnmarku jego norweska żona i jedno z ich dzieci. Właśnie skończyła się "ympreza z okazji". Lodówka była wyżarta do gołej farby. Zlew i cala kuchnia wyglądały jak po inwazji. Atli kazał mi się rozgościć. Pokazał jak się obsługuje pralkę i suszarkę. Nalał drinka i pojechał na lotnisko po żonkę.
Prócz prania zrobiłem sobie kąpiel. Nie jakiś barbarzyński prysznic, tylko prawdziwa kąpiel w wannie pełnej wody i piany. Przepraszam, ze Was nudzę jakąś tam kąpielą, ale ten moment jest zawsze najprzyjemniejszy po wejściu do portu: zmyć z siebie sól, rozczesać sklejone przez czapkę resztki włosów, założyć czyste ubranie... OOOpsss!
Moje ubranie było w pralce. A cykl prania przemądrzałego automatu nie dawał się skrócić! Zresztą, w suszarce był już mój śpiwór. Obie, na wszelkie manipulacje odpyskowywały na LCD krótkimi tekstami po norwesku. Żeby było ciekawiej, przeciążenie wybyło korki, a ja nie wiedziałem one są! Wróciłem wiec z drinkiem do wanny i... zasnąłem.
Po powrocie Atliego, jego żonki i dziecka okazało się, że korki są w mieszkaniu sąsiada. Trzeba z nimi czekać do rana. Ale można wziąć prąd przedłużaczem z innego miejsca. Wkrótce dom Konradssonow spowiła pajęczyna drutów. Potem pojechaliśmy na "Maryśkę" po nowy wsad do pralki i akumulator do załadowania (nie lądowałem w marinie, bo musiałbym zapłacić za postój :)
To była dziwna noc. Pralka i suszarka mruczały. My siedzieliśmy w szóstkę ( przyszli znajomi Konradssonów) rozmawiając w kilku językach (angielski, norweski, islandzki, rosyjski), sącząc brazylijską kawę, polskie piwo, ruska wódkę, jedząc Edelborg Stockfish (produkt gościa, Islandczyka, filetowana surowa ryba suszona, dobre!) i włoską pizzę. Oglądaliśmy zdjęcia Atli'ego morrrdujacego i krojącego foki i walenie, i moje, zrobione Polaroidem w czasie rejsu. Poszliśmy spać o piątej.
Rano wstałem, skoczyłem do miasta po nylonowy juzing i na przygotowanej poprzedniej nocy maszynie do szycia żony Atliego zacząłem naprawiać wolny lik poszarpanego na morzu foka. O mało co zdążyłbym z tym zanim Konradssonowie się obudzili (chciałem oszczędzić nerwów właścicielce). Niestety, twardy, wzmocniony przy rogach dakron zmógł wszystkie igły delikatnej maszyny. Musiałem iść odkupić. Resztę szycia zostawiłem do dokończenia ręcznie, na morzu.
Po zakupach, telefonach, listach, zwiedzaniu Tromso, odrobinie gmerania po sieci z komputera Atli'ego (norweska klawiatura, br...), pozostało tylko czekać na właściwą fazę pływu. Gdy prąd przy marinie ruszył we właściwym kierunku, późnym popołudniem wypłynąłem w dalsza drogę. To była dziwna żegluga, bardziej podobna do spływu rwącą górską rzeką niż do jachtingu morskiego. Mimo słabiutkiego wiaterka łódź rwała z kopyta. Po przemknięciu pod wysokim mostem łączącym Tromsoya z lądem wiatr zupełnie zamarł. Potem zaczął lodowato duć wzdłuż wąskiego fiordu, prosto z północy. Oho, pomyślałem, zaczynają się "schody"!
co było dalej