poprzedni tekst - co było dalej - początek

Kolejny odcinek opowieści. Już minąłem półmetek. Szkoda, że z wypowiedzi także niektórych z Was wynika jasno, że mój rejs czyni mnie "nieodpowiedzialnym przestępcą" (patrz wątek "jachting prywatny"). Podwójnym, bo nie wyrażam skruchy i jeszcze bardzo gorąco namawiam innych... 

__________________________________________ 
 

PAMIĘTNIK RECYDYWISTY        #: - )          część 16
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

By wyprowadzić "Królową Marysieńkę" z Tromso na pełne morze musiałem najpierw pokonać najdłuższy do tej pory odcinek wśród fiordów. Mordercza halsówka, pod lodowaty wiatr, który kręcił i odbijał się od wzgórz. To słabł zupełnie, to nasilał się do katabatycznego /* szkwału. Tą samą wąską drogą często przepływały ruskie trawlery rybackie, wiozące swój połów do Tromso. Wyglądały szalenie malowniczo. Tu coś urwane, tam coś urwane. Rdza, brud, smród. Prąd "miąchał" wodę to do przodu, to do tylu, w cyklu sześciogodzinnym. Na tych wodach pływy są kilkumetrowe, w przesmykach dają naprawdę silne prądy. Diamenty pływowe na mych mapach były rzadkie i okraszone uwaga, żeby za bardzo na nie nie liczyć, bo na kierunek cieku miały tez wpływ sejsze wiatrowe, czasem zmieniające, wręcz odwracające kierunek strumienia wody. Niespecjalnie też było od kogo podpatrzeć właściwą lokalnie taktykę (jak zrobiłem np. wchodząc do Tromso) bo innych małych jednostek było tyle co... w Polszcze Ludowej z dala od portów. 

Po dwóch dniach marszu lodowate północne wietrzysko przywiało śmietanowatą mgłę i zamarło. GPS zeznawał, ze byłem na środku fiordu, uszy nie łowiły dźwięku silnika żadnego statku, ni huku przyboju. By nie zasnąć (trzecia doba bez snu) łowiłem ryby. Szybko dałem spokój. To było zbyt łatwe, zwyczajna rzeź. Gdy pierwszy raz zarzuciłem wtedy spinning, już od pierwszych obrotów poczułem silny opór. Myślałem, że cos się zacięło w kołowrotku. Okazało się, że od pierwszego rzutu złapałem prawie trzykilowego dorszyka arktycznego. Ryba, choć z pyska wyglądała na śmiałego drapieżcę, nie broniła się zupełnie, dała się wyciągnąć bez podbieraka, jak martwa. Miała już w brzuchu kilka mniejszych ryb. 

Gotowania w zimnej mgle musiałem się uczyć od nowa. Kiedy ugotowałem zaburtówkę dla ryby, kabina wypełniła się dusząco gęstą parą, a z sufitu zaczęło kąpać. Nie miałem szybkowaru, bo planowałem dietę konserwową, instant. Skończyłem gotować pod obciążoną i uszczelnioną ręcznikiem pokrywką, a wszelkie odkrywanie, nalewanie, przekładanie musiało się dziać w kokpicie. 

Gdy w końcu dobrnąłem do otwartego oceanu, mogłem się wreszcie nieco wyspać. Niestety sen musiał być krotki. Przyszedł wtedy tak rzadki w tej fazie rejsu fordewind. Żaden znany mi współczesny jacht nie jest wystarczająco samosterowny przy takim kierunku wiatru, zwłaszcza ze nie miałem foków pasatowych. Żeby nieco przyśpieszyć (byłem o dzień żeglugi przed Nordkapem) coś mnie podkusiło i postawiłem spinaker. Balem się, ze podniesienie go może być trudne, ale udało się przy pierwszej próbie. Mimo słabego wiaterku, woda bulgotała za rufa "Marijuany". Przyjemność trwała krótko: chwila nieuwagi sternika i wielki biało czarny 'tall boy' owinął się na skutek rozkołysu kilkakrotnie wokół sztagu. Minęło trzy godziny, nim gryząc wargi ze złości udało mi się ściągnąć nylonowa płachtę w dół. Na szczęście - wciąż w jednym kawałku. 

Spinaker zwinąłem i żeby mnie więcej nie kusił, schowałem w trudno dostępnej bakiście na dziobie. Genua na spinakerbomie nie tylko nie dawała takiej jak on prędkości, ale wymagała jeszcze uważniejszego sterowania. Byłem zmęczony i wściekły. Wtedy, jakby chcąc mnie rozbawić, morze zaczęło się łasić do mnie, jak wyczulona na humory właściciela kotka. 

Najpierw wydrzyki skua zaczęły gwałtownie i hałaśliwie molestować inne ptaki. Taki wydrzyk jest zbyt leniwy by samemu łapać coś do jedzenia. Woli rabować. Gdy wypatrzy ze mewa lub rybitwa cos złowiła, tak długo lata za nimi, wrzeszczy, skubie hakowatym dziobem, aż nieszczęsna mewa wypluwa swój łup. Mewy są często większe niż wydrzyki, próbują się bronić. Ale pojedyncza mewa nie ma szans. Jest gorszym lotnikiem. Niekiedy mewy były tak zdesperowane, ze próbowały pozbyć się prześladowców przelatując z krzykiem miedzy fokiem i grotem "La Reine Margo". Zawsze miałem wątpliwości, czy się zmieszczą. Ze strachu mewa czasem wypluwała rybę w pobliżu jachtu, jakby myśląc "czekaj, ty skua-wy-synu, nie zjem tej ryby, ale i ty jej nie dostaniesz: oddam ja temu ogromnemu białemu ptaszydłu na wodzie, jemu nie zabierzesz!" 

Potem zobaczyłem niezwykły popis delfinów. Nigdy przedtem nie widziałem by delfin wyskakiwał w powietrze, robił kilka koziołków, wpadał (klaszcząc brzuchem) do wody i po niespełna sekundzie znów wyskakiwał. Ewolucje były wykonywane w niesamowitym tempie i trwały prawie pól godziny. Brało w tym udział kilka zwierząt, ale naprawdę trudno było się zorientować ile, tak szybko to wszystko się działo. 

Potem korzystając z bezwietrznej chwili, zrobiłem przez burtę siusiu. Ciut się zmieszałem, gdy kończąc uświadomiłem sobie, ze byłem z dołu cichutko obserwowany przez kilka fok. Nie zwróciłem na nie początkowo uwagi, bo były w zupełnym bezruchu. Wystawiały nad wódę tylko łby, które wziąłem za pływające śmieci. Dopiero gdy na jakiś hałas odwróciły głowy, zrobiło mi się głupio. One maja takie psie spojrzenia, ze aż ciarki przechodzą. 

Gdy zbliżałem się do najdalszego portu północno wschodniej Norwegii - Vardo, wiatr znowu zamarł. Wszedłem o północy, wypłynąłem około czwartej nad ranem. W tym czasie napisałem kilka listów i zadzwoniłem do rodziny, by ich zawiadomić, ze już wypływam do Rosji. Vardo jest maleńkie, całą wyspę Vardoya da się obejść w niecałą godzinę. Port jest połączony z lądem stałym rzęsiście oświetlonym tunelem drogowym. Zrobiłem ostatnie w Norwegii zakupy. Zostawiłem na policji wiadomość o moich planach. Wyprałem i wysuszyłem rzeczy w automatycznej pralnicy publicznej. Zatelefonowałem po prognozę pogody. Pospacerowałem po ostatnim dla mnie na długo skrawku normalnej Europy. Woda w porcie opadła w tym czasie o ponad pięć metrów, ale już zaczynał się przypływ i prąd w kierunku na wschód. Wprawdzie planowałem trochę się przespać, ale około godziny 0400 norwescy rybacy zaczęli wypływać swymi kuterkami na łowiska pod ruską granicą. Idąc ich śladem torowym mogłem, mimo niskiej wody, łatwo przemknąć się miedzy rafami u wejścia do portu. Szybko wyszedłem w morze z nimi. 

Wkrótce norweskie kutry stały się błyszczącymi w blasku słońca punkcikami na horyzoncie, na prawo od kursu "Mojej ślicznej". Za rufa lad Norwegii zaczął się zlewać z morzem. Był łagodny północno wschodni wiatr i niska fala, jakby dobry Neptun chciał pozwolić mi na ostatni wypoczynek. Ostatni przed wejściem na akweny na których rządzi nie On, lecz tawariszcz gienierał-major siewiernaj gruppy pagranicznikaw rasijskaj fiedieracyy - N.I.Kaszenko. 

Byłem daleko od lądu, położyłem się spać nie nastawiając budzika. Wstałem po dwunastu godzinach nieprzerwanego snu. 
cdn. 


co było dalej