poprzedni tekst - co było dalej - początek
jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie/John Ronald Reuel Tolkien/M Y P M A H C K '97
(Poprzednio: po wyjściu z Vardo poszedłem spać.)
Dobudziłem się po południu. "Moja Maleńka" płynęła na wschód i ciut na południe, szerokim łukiem omijając trefne akweny koło 'Połuostrow Rybaczij'. Szkoda, ze nie mogłem pójść bezpośrednio na Morze Białe. Skróciłoby to drogę i pobyt Tam... Na mapie jest fajny napis, który mówi, ze do fiordu Kolskij Zaliw wolno podchodzić tylko dwoma wąskimi "ścieżkami", a reszta akwenu jest "zaprieszczona" (Verboten :-).
Dawno nie byłem w Imperium. Nie miałem wątpliwości, że to bardzo zapryszczany kraj. Dlatego ucieszył mnie widok dryfujących plasticzanych butelek po napojach, podpisanych "bukwami". To znaczyło, że dokonał się tam pewien postęp technologiczny od mej ostatniej wizyty. Wówczas napoje były sprzedawane w duuużych szklanych słojach zamykanych nie - zakręcanym kapslem; otworzysz - musisz wypić całość.
Wiatr niósł mnie prosto do wlotu w Zaliw. Mogłem łatwo utrzymać się w legalnym torze wodnym. Gdy zbliżyłem się do wlotu Zaliwu, wiatr zamarł, a potem odwrócił się na południowy. Los chciał bym Kolskij Zaliw zawsze pokonywał halsując pod wiatr.
Wewnątrz Zaliwu na mojej mapie nie było naniesionych żadnych akwenów zakazanych. Lawirując od brzegu do brzegu doczekałem nocy. Słońce schowało się płytko pod horyzont, było jednak jasno. Był już 8. sierpnia. (Dzień polarny jest tam na przełomie czerwca/lipca.) Po pewnym czasie na prawym brzegu dostrzegłem " kosmicznie" wyglądające budynki mieszkalne miasta Polarnyj.
Taak, największa na świecie baza 'balistycznych' atomowych okrętów podwodnych wyglądała jak wielkie, bure blokowisko. Domy większe niż falowce na gdańskim Przymorzu. Bardziej ponure. Żadnych świateł w oknach. Natomiast trochę świateł było w porcie, poniżej. Z Zaliwu dostrzegłem tylko okręty nawodne, żadnego "Czerwonego Października".
W wodzie pływało dużo śmieci. Mimo skupionej uwagi, nie dało się uniknąć wszystkich desek, belek i innych takich. Był weekend. Na wodzie tu i tam widziałem łódki z wędkarzami. Jeden z zygzaków wypadł mi po zachodniej stronie, tuz koło dwóch wędkarzy w łódce.
Bajjko ty moja! Cóż za sprzęt! Na wędzisku długości nie większej niż metr osadzone kołowrotki o średnicy dobrych czterdziestu centymetrów. Na burcie baczka - duuży numer identyfikacyjny (niektórzy nasi chętnie też by wprowadzili numerację wszelkich "statków pływających", włączając bączki i kajaki. Ci czuliby się w Imperium jak w raju!). Na pawęży odrapany BETEPOK, tak nam wszystkim znany. Dulki i leżące na dziobie wiosła, świadczyły, że także Rosjanie znali swój silnik dobrze.
Przepływając koło okutanych w kufajki Rosjan spytałem ich przyjaźnie, czy ryby biorą. Odparli, że tak sobie, że pewnie dalej w głąb morza brałyby lepiej, że pewnie sam wracam z połowu. Gdy powiedziałem, że najlepiej mi brały we fiordzie za Tromso, spytali 'gdie to, Tromso?'. Na moje 'kanieszno, w Narwiegii' skomentowali, że to niemożliwe, bo to za granicą.
(Pod salingiem miałem nową ruską flagę, a na flagsztoku metrową Bialoczerwoną. By wszyscy widzieli, że jestem z pewnego śmiesznego, malutkiego i swarliwego, ale bardzo sympatycznego kraiku. Widocznie nie dla wszystkich te sygnały były czytelne.)
Wtedy powiedziałem skąd płynę. Na to oni, z niepokojem: "To ty nie nasz?! Aa, nie (z ulga i cieplej), ty tol'ka Paljak. Maładiec!". I to było moje pierwsze w tym rejsie zetkniecie z rosyjskim pojęciem 'bliska zagranica'. :-)
Przepłynąwszy koło nich, ciąłem dalej w prawo, aż zaczęli wrzeszczeć, by mnie ratować, zawrócić ("tam Paliarnyj!, tam tiurma!"). By ich uspokoić, zrobiłem zwrot przez sztag i popłynąłem w kierunku wschodniego brzegu.
Rano halsowałem na wysokości miasta Siewieromorsk. Bloki jeszcze większe, jeszcze brzydsze jak w Polarnym. Tu i ówdzie zamiast szyby - dykta. Natomiast port zawierał około setki okrętów nawodnych, większych niż te, które były w Polarnym.
Siewieromorsk leży w prostej linii około 10-15 km od Murmańska. Później poznałem cywilów mieszkających w Siewieromorsku a pracujących w Murmańsku. Ale te parę mil miało być najtrudniejsza żeglarsko częścią rejsu. W wodzie zaczęło pływać jeszcze więcej śmieci. Zaczęła być mętna, pokryta mazutem, śmierdząca.
Nagle zrobiło się gorąco, wręcz upalnie, a wiatr zaczął rosnąć. Byłem prawie na środlądziu, a jakoś tak głupio - na środlądziu, bez fali i... refować? Ale cóż było robić? Najpierw zmieniłem genuę na najmniejszego foka marszowego i płynąłem dalej. Po prawej ręce była jakaś baza rozpadających się wielkich i śmierdzących trawlerów rybackich (jako pierwsze cywilne statki w Rosji, wydały mi się niemal piękne).
A wiatr dalej rósł. Zmniejszyłem grot o jeden ref. Tuż obok mnie przepłynął mały jak barka frachtowiec (m/s "Snoprzeniec"). Wtedy nie wiedziałem, że "Kruszynka" miała się stać jego sąsiadką na długi czas. A wiatr dalej rósł. Przestraszony, zamiast dalej refować grot, zmieniłem go na grocik sztormowy. W tzw. międzyczasie zza zakrętu Zaliwu zaczął wyłaniać się Murmańsk.
Choćbym umarł za milion lat, nigdy nie zapomnę tego widoku. Ponieważ w Polarnym i Siewieromorsku widziałem więcej okrętów wojennych niż w całym dotychczasowym życiu, myślałem, że to już na ten dzień wszystkie. Tymczasem cały lewy (wschodni) brzeg był tu stalowoszary od prawdziwych kolosów. Szczególnie w oko wpadał "Admirał Nikałaj Kuzniecow".
Byyyczy lotniskowiec, z charakterystycznym sky-jump'em wystającym do przodu, wyglądającym jak jakiś poroniony bukszpryt. Ponoć niejeden samolot stracił na tym dzyndzlu podwozie. Okręt oficjalnie zarejestrowano jako... krążownik lotniczy, bo lotniskowca nie wypuściliby Turcy przez Dardanele ("Kuzniecowa" zrobiono nad Morzem Czarnym. Nota bene, "Bismarck", największy do czasów wodowania Yamato pancernik świata, też był początkowo rejestrowany jako krążownik, choć była to ówczesna morska bron ultymatywna) Halsowałem wzdłuż niego chyba ze dwadzieścia minut.
Coby nie było nudno, po prawej - zachodniej stronie Zaliwu, tu i tam z wody wystawały malowniczo wraki. By wydłużyć halsy przechodziłem miedzy nimi. Z duszą w zębach, bo brudna woda nie pozwalała widzieć, czy to aby na pewno bezpieczne. Wraków tych nie sprzątano, ponieważ przez środek Zaliwu i tak było przejście, a żagli na Kolskim Zaliwie nie było. Przecież nie np. turystyka, tylko pokój światowy był głównym przemysłem i przedmiotem importu Imperium.
Z dala, po lewej (wschodniej) stronie, na wszystko to z góry spozierał monumentalny 'Sasza z Pepeszą'. Pomnik jest chiba większy od Statuy Wolności. O niebo brzydszy. A wymowa gnata jest ciut inna od pochodni wolności.
Gdy po prawej stronie wrakowisko przerzedziło się, a po lewej szarość kadłubów sprawnych okrętów bojowych ustąpiła miejsca brązowi rdzy wraków, wiatr urósł tak bardzo, że nawet mój mały fok marszowy kładł "Drobinkę" na wodę. Fala, rozpędzona na prostym teraz odcinku Zaliwu, zrobiła się dwumetrowa. Wykluczała użycie silnika zaburtowego. Gdy zdjąłem fok, jacht wyprostował się, ale nie chciał iść do przodu. Ze dwa zygzaki jeszcze zrobiłem, ale widząc, że nie posuwam się nigdzie, zacząłem przemyśliwać o wezwaniu pomocy.
Trzeba Wam wiedzieć, ze moje gówniane radio ("ZOMOwski" trzykanałowy radiotelefon Radmor FM3361) miało wtedy wyładowane baterie. W normalnym kraju, w związku z pogodą, przycupnąłbym na kotwicy w jakiejś zatoczce, i kontynuowałbym jak by się przewaliło. Ale Imperium nie jest normalnym, dorosłym krajem. Wiedziałem, że muszę dać komuś znać, inaczej mnie zamkną i wyrzucą klucz.
Natychmiast potrzebny mi był telefon i ludzie. Podszedłem do rozwalonego dźwigu pływającego po lewej stronie. Miał stosunkowo mało wystających ostrych kawałów blachy. Na pojedynczej długiej cumie i na wpół-zrzuconym grocie zostawiłem dzielne "Maleństwo", które ustawiło się miedzy dźwigiem a jakimś wielkim wrakiem-szkieletem. Poszedłem szukać ludzi.
Okazało się, ze dźwig nie był połączony z lądem. Strzępy trzymetrowego trapu zwisały smętnie nad wodą. Ale na kei siedział mały Rusek (Mikrusek?) w rozpiętym drelichu, gumiakach i kasku, i łowił ryby. (Potem odkryłem, ze to główne zajęcie wszystkich pracujących nad Zaliwem. Gdy są w pracy.) Na ma prośbę Rusek poszedł w głąb lądu i wrócił z drugim, większym. Wydatny brzuch, zmięta ciemna marynara i spodnie, biaława rozpięta koszula bez krawata, zakurzone półbuty, nalana czerwona gębą - czyli Ork-Naczalnik.
Zamiast otrzymać pomoc, zostałem krzykiem poinformowany, że to "rieżimnyj zawod" (co ja se myślę!), postraszony milicją i zesłaniem, i przepędzony. Gdy odbijałem, przyjrzałem się lepiej temu wielkiemu wrakowi obok dźwigu. Pod rdzą i mazutem rozpoznałem leżący w płytkiej wodzie na dnie, pozbawiony kiosku i kilku sekcji kadłuba, ogromny atomowy okręt podwodny.
Gotów na wszystko, byle od morza, a nie od tych potworów, wyszedłem znów na Zaliw. Szkoda mi było pięknej "Marysi". Woda była taka brudna... Właśnie się wahałem czy nie "machnąć na wszystko ręką", nie postawić więcej żagla i nie pójść z wiatrem, na północ, w stronę wyjścia, gdy nadpłynął mały holownik. Przepisowym machaniem obu rękami (jak zabawny wydaje się taki "motylek" na kursach :-) zwróciłem ich uwagę. Podpłynęli. Gdy byli tuż, odkryłem, że to holownik militarny.
Bal zaczynał rozkręcać się na dobre. Ciąg dalszy, niestety, nastąpił...
co było dalej