poprzedni tekst - co było dalej - początek

MYPMAHCK CTOPbI MCMXCVII :^)

Ruski nigdy jeszcze nie widzieli z bliska małego jachtu morskiego, zwłaszcza z załogą solo. Niezręcznie manewrując, strasznie długo pytali przez radio swych szefów, co mają ze mną zrobić. W końcu obiecali zatargać tam, gdzie będę mógł legalnie zacumować. Najpierw chcieli mi podąć swój hol. Ale ich "tonkij koniec" (cienka lina) miała grubość mojego ramienia... Dopiero po moich protestach zgodzili się wziąć jako hol moją cumę. 

Hol przywiązałem do mej dziobowej knagi cumowniczej, bardzo solidnej. Ale półkluzy cumownicze miałem liche. By ich nie powyrywać, puściłem krotki hol przez obie półkluzy i dowiązałem do znacznie dłuższego, polipropylenowego i sprężystego, który dopiero podałem Ruskom, bardzo wyraźnie żądając, by holując nie przekraczali czterech węzłów. A te dupki wybrali całą moją supercumę krótko, przenieśli na swój dziob i chcieli mnie ciągnąc przy swojej zębatej stalowej burcie. Potem mówili, że zawsze tak holują małe "sudna". 

Po pierwszych moich "skatina"-ch chcieli dać oponę jako odbijacz. Chiba nie mieli pojęcia, że mój kil miał półtora metra długości. Gdyby mnie tak skośnie, prawie poprzecznie pociągnęli, "Maryśka" położyłaby się na boku, zewnętrzną burtą brałaby wodę, a dnem, jeśliby jej nie wciągnęło pod Ruska, haratałaby o stal. Dopiero jak pobiegłem po maczetę by odciąć własną cumę, ale marynarze, poruszeni moją gwałtowną reakcją przestali słuchać swego niekompetentnego oficyjera i zgodzili się holować mnie za rufą. 

Skurwiel, dowódca, najwyraźniej chciał mi zaimponować, a może zastraszyć. Nie wierze by robił to na rozkaz z góry, to było zwykłe żołdackie chamstwo. Pod wiatr, prąd i fale (był odpływ) gnojki ciągnęli mnie z prędkością (wg. gps, nad dnem!) prawie osmiu węzłów. Moje wrzaski nic nie zmieniały. Nie mogłem ich zbyt obcesowo sztorcować, bo przecież mi pomagali. Niesiona wiatrem woda kompletnie zalewała dziób jachtu. Dzielna "Maryśka" znosiła to wszystko bez jęknięcia. Ubrałem dodatkowy sztormiak, zydwestkę i gogle, i siadłem skulony na dnie kokpitu, za zasłoną kabiny. 

Matrosy zaciągnęli nas do nieosłoniętego basenu portowego. Znowu chcieli przerabiać swój ulubiony manewr z holowaniem przy burcie, by mnie zacumować. Widząc to i korzystając z mniejszej prędkości i iluzorycznej osłony przed falowaniem, rzuciłem cumę w cholerę i włączyłem własny silnik. Chwała niech będzie firmie Envirude: mimo fali, tym razem "młynek" zapalił od pierwszego razu. Oj, nie zawsze, nie zawsze on tak zapałał... Na silniku poczekałem, aż się Ruski zacumują i podszedłem do ich burty. Bezpośrednio do parometrowej ścianki Larssena nawet Ruski mi wtedy nie proponowali stawać. Planowali przecież odwiedzić kontrolnie mój jacht. By im to ułatwić, zaproponowałem, że podejdę do stojącej naprzeciwko barki cumowniczej. 

To był niby teren cywilny, ale natychmiast na tamta stronę przybiegła ekipa kilku uzbrojonych sałdatów. Weszli na dek i próbowali gmerać w mych brudnych rzeczach. Już po chwili portowe kiwanie dało się im we znaki. Byli tak wściekli, że myślałem, ze mnie rozwalą. Nie mogli robić rewizji, bo zaraz się im zbierało na wymioty, rozbijali sobie łby o kanciastą kabinę "Mańki", a jeden omal nie chlupnął do wody, gdy przechodząc wzdłuż burty na zewnątrz od wanty zaplątał się w szot foka. 

Rozbroiłem ich zupełnie dopiero, gdy gwałtownie zacząłem z siebie zdzierać ubranie. Było upalne południe. Od dłuższej już chwili miałem zlewne poty, ale dopiero teraz mogłem coś z tym zrobić. Kupka ubrań wciąż rosła i rosła, a ja wciąż je zdejmowałem i zdejmowałem, a ich oczy robiły się coraz większe i większe. Nie mogli uwierzyć, że tyle tego miałem na sobie. A ja jestem chudy i żylasty, normalnie wyglądam dopiero jak jestem grubo i luźno ubrany, więc nie mogli zgadnąć, ile początkowo miałem na sobie. W porcie nie czuło się prawie wiatru, tylko fale, a było tego dnia ponad 30°C. Tymczasem ja nie tylko nie zdejmowałem nic od nocy, kiedy to temperatura oscylowała koło wietrznych pięciu stopni, ale jeszcze musiałem pozakładać dodatkowe gumy, gdy byłem tak "mokro" holowany. 

Ruski dali spokój z rewizją na pokładzie, ale kazali mi wziąć "wsie bumagi" i iść z nimi. Dla jaj wziąłem prócz dokumentów kilka rolek papieru toaletowego, ale Ruski nie czując kompletnie "bluesa" jeszcze mi kazali wziąć ze sobą wszystkie moje mapy, locje i dokumenty. Czterech umundurowanych Ruskich targało moją makulaturę. Na czele zaś kroczyłem ja, jedynie w białych szortach, niosąc kilka rolek taśmy nawigacyjnej. Pamiętam, że miałem straszną ochotę rozwinąć kilka metrów taśmy i powiewać nią nad głową naśladując gest monumentalnego "Saszy z Pepeszą", maszkary Murmańska. Szkoda, że rozsądek zwyciężył zgrywę. Wtedy jeszcze myślałem, że jak się nasycą, to pozwolą mi popłynąć dalej na wschód. 

W centrali pograniczników okazałem całe bogactwo przygotowanej makulatury, tzn. prócz paszportu i już wystarczająco śmiesznych polskich dokumentów łodzi, zaproszenie od klubu "Nord-West" z Kaliningradu, voucher na przejście Kanałem Białomorskim i do wszystkich miast po drodze z agencji AKVA z Gdyni, korespondencje z konsulatem Rosyjskim w Gdańsku, i list wiceprezydenta miasta Gdańska, Tomasza Sowińskiego. Ten ostatni był nie przetłumaczony, bo Tomcio pisał, ze miasto nie ma funduszy, żeby mi napisać list polecający do Ruskich (sic!) ale było moje nazwisko, dużo kolorowych pieczątek i czesto-gesto słowa Rosja i Federacja Rosyjska. (Ten list przyszedł na dzień przed wyjściem w rejs, mimo, że znając Rosję z poprzednich podroży, o poparcie wystąpiłem już w marcu.). 

Panowie powiedzieli, że mam całkiem fajowe dokumenty, ale jest sobota, nikogo ważnego nie ma w pracy i nie wiedzą co ze mną zrobić. Ale na morzu jest i tak sakramencki sztorm więc na razie nigdzie nie popłynę dalej, tylko mam czekać. Tłumaczyli mi, ze "Maleństwo" to pierwszy Statek który do nich przypłynął bez przedstawiciela, lokalnego agenta, który by miał pośredniczyć na koszt armatora z nimi. To że armator to ja i że nawet bałtyckie Ruski tego nie wymagają od jachtów - łybaszka! Poza tym, był to pierwszy Statek, który przypływając do Murmańska nie zapowiedział wizyty na 48h, potem 24h, potem 4h przed zawinięciem do portu. (Podstawa: prawo ZSRR z 30-II-1990 ! ) Nie interesowała ich moja nieznajomość tego prawa, ani to, ze w bałtyckich portach Imperium prawo to nie jest przestrzegane. Powiedzieli, że wg. nich jestem przestępcą. Prawdopodobnie czeka mnie wydalenie z Imperium. I że potem mogę np. z Vardo zatelefonować (skoro nie mam pośredniofalówki) i ich uprzedzić, że przypływam. Wtedy będzie dobrze. Czułem się jak taki strofowany mały chłopczyk, któremu tatko-sadysta każe wyjść, zapukać i wejść z powrotem. 

Na tym jednak nie zakończyli. Cala resztę dnia musiałem im pokazywać palcem na (mojej, sami nie mieli) mapie jak przypłynąłem, a dlaczego tu u ich brzegu zaznaczyłem flamastrem (mapa to była biało - czarna kserokopia - by ułatwić sobie wyszukiwanie rombów pływowych pozaznaczałem je, a parę tych punktów wypadło tam, gdzie nie nada), a co znaczy napis "O kur_a, ale jaja!" przy Polarnym (tam pierwszy raz widziałem z bliska Ruskie okręty wojenne), i o której to minucie jakiej godziny, w jakim miejscu przekroczyłem granicę ich Imperium Szczęśliwości. Tuz obok Naczalnik porykiwał do telefonu (...dakumienty jawliajutsa awtienticzieskije, pawtariaju,...) a przez okno widziałem, że ORP "Makuwa" dawała zatrudnienie czterem pilnowaczom. 

Puścili mnie luzem koło siódmej wieczorem. Dali przepustkę, dzięki której mogłem wyjść z terenu portu by coś zjeść. Natomiast w samym porcie, gdy oddaliłem się od łódki parę kroków, by zrobić siku, z krzaków zaraz wybiegli pogranicznik z pogranicznicą i mnie pouczyli, że jak będę się pętał to mnie ustrzelą. Mój Boże, co za kraj! Dwoje dorosłych ludzi odmiennej płci zaszywa się w krzaki, aby... pilnować gdzie ja robię siku. Fuj!... 

W mieście (wprost niewiarygodnie brzydkim, zaśmieconym, brudnym i zasr..) nie zdążyłem już tego dnia nic kupić. Po pierwsze chciałem o swym położeniu dać znać polskiej ambasadzie, a także rodzinie. Ale porównawczy opis funkcjonowania Rosyjskiej Telekomunikacji zostawię sobie na osobną okazję. Teraz jedynie zapowiem, że następnym razem opisze role kilku przyjaciół, z Norwegii, Finlandii, Polski i Rosji, bez których zapewne dziś nie siedziałbym tutaj, przed tym terminalem komputerowym i nie pisałbym tych słów, tylko polowałbym na pewne długie do dwóch cm brunatne i płaskie owady, wysoce wszędobylskie w ruskich pomieszczeniach lądowych i pływających. 

Uprzedzam tez, ze nie będę Was namiętnie zanudzał szczegółami mojego pobytu w Murmańsku. To niewątpliwie bardzo ciekawe, ale ma się nijak do tematu 'żeglarstwo'. Bardziej odpowiednia byłaby grupa "lenin.wiecznie.zywy", gdyby taka była. W każdym razie w Murmańsku nie usunięto ani jednej gwiazdy, ani jednego lenina, ni bohatera wojny ojczyźnianej. Do dziś ludzie sobie "towarzyszują", a ponieważ władza "rajkomu" już nie istnieje, nic nie ogranicza wszechwładzy munduru i śmiesznej czapki z duuużym deklem. 


co było dalej