poprzedni tekst - co było dalej - początek
MYPMAHCK CTOPbI - KOHEU, EXODUS
Dotarcie do Murmańska było cezurą rejsu. DO tej pory wszystko szło według wariantowego planu. OD tej pory nic nie szło zgodnie z jakimkolwiek planem. Niespodzianki, przyjemne i nie, były tak częste, że w końcu dziwiłem się, gdy coś NiE szło wbrew wciąż na nowo improwizowanym mini-planom.
Jeszcze przed wypłynięciem zabiegałem o to, by choć na część trasy swego pierwszego poważniejszego rejsu mieć załogę. Liczyłem, że nawet w ostatnim momencie zdobędę z tej tu listy pomoc w opuszczeniu kraju. To dzięki niej Krzysztof i Michał byli ze mną na pokładzie "MM". Obaj byli super, obu tą drogą jeszcze raz dzięki! Ale idea była taka, by mieć lokalnych, znających warunki partnerów, którzy jeszcze dołożyliby się do mojej mapo-i locjoteki. Z kilku zgłoszeń wybrałem Atli Konradssona (który wycofał się w ostatnim momencie, jak już dobrnąłem do Tromso) i Staszka Borkowskiego.
Staszek mieszka w Oslo. Jest moim rówieśnikiem. Ma podobne jak ja wykształcenie. Żeglował miedzy Oslo, a sztormowymi Lofotami. Jest Polakiem (nie mówię o paszporcie, których ma kilka, tylko o sercu) więc odpadałyby trudności z dogadaniem się. Ucieszyłem się, gdy zaproponował mi swój krotki udział. By nie wpływać do Oslofiordu ustaliliśmy, ze zadzwonię z pierwszego portu w Norwegii i Staszek tam dojedzie.
Tymczasem w jego firmie zaczęło się palić-walić i Saszek musiał się wycofać. Zaproponował mi za to coś niebywałego. Z każdego portu, o każdej porze, mogłem dzwonić na koszt jego jednokomórkowca. Po pomoc, lub by po prostu sobie pogadać. Był moim dobrym duchem, zdalnym pilotem, tłumaczem, rzecznikiem. Najpierw nasze pogwarki były wyłącznie towarzyskie. Potem Staszek zebrał dla mnie informacje, czy warto wpływać do Trondheim (też mieli tysiąclecie i na dodatek był tam zlot Cutty Sark). Ponieważ w Trondheimsleia i Tr-fjord było bezwietrznie, a od władz Trondheim Staszek nie spodziewał się dużo żywszego poparcia jak to, którego udzielił mi Gdańsk, dałem sobie spokój. Potem StaH zdalnie zdobył dla mnie potrzebną cześć silnika. Wreszcie, to on pierwszy zaczął walczyć w moim imieniu, gdy utkwiłem w Murmańsku.
Rosjanie wymyślili "gospodarkę planową". (Fajny komentarz na ten temat, o planowaniu wizyty w toalecie, był na filmie "Polowanie na Czerwony Październik".) Planowanie przydaje się naprawdę wszędzie. Do toalety trzeba brać ze sobą wszystko co tam zwykle bywa potrzebne. To samo - zamawiając telefoniczną rozmowę międzymiastową lub międzynarodową. Trzeba z góry słono zapłacić za z góry ustalony czas. Kupisz 10 minut, usłyszysz "nie ma go w domu!", ale i tak już zapłaciłeś za 10 minut. Coś takiego jak książka telefoniczna z prywatnymi, nawet lokalnymi, telefonami - nie istnieje. Uzyskanie moskiewskiego numeru telefonu naszej ambasady jest więc niemożliwe, bo "Maskwa nie dajot sprawacznawo" (moskiewska centrala nie informuje o swoich numerach).
A ja musiałem zdobyć poparcie z zewnątrz. Liczyłem, że z taką pomocą przepłynę Biełomor-Kanałem na Bałtyk. Rozwiązałem ten problem tak: opowiedziałem panience w kasie "Mieżdugarodnowo Tieliefona" jak sprawy stoją, ta zaprowadziła mnie do dyżurnego technika, a ten podłączył mnie nielegalnie, rozpadającym się telefonem kontrolera do drutów w ścianie, poza licznikiem.
Tak zadzwoniłem do Staszka i poprosiłem go o zawiadomienie: ambasady, rodziny w kraju, kpt. Kulińskiego, Jędrka Prusaka w Finlandii (poznany przypadkowo w gdańskiej marinie, pisałem o tym poprzednio). Staszek przebrnął przez bezwład polskich służb konsularnych, dotarł do konsula J. Skotarka w "Pitrze", nadał bieg sprawom. Cała ta grupa zaczęła wtedy działać na moją rzecz. Ale kontakt ze Staszkiem był jednokierunkowy. Po codziennie zmieniającym się odniesieniu Rosjan mogłem się domyślić, że świat zewnętrzny o mnie nie zapomniał. Tymczasem, mimo popularności uzyskanej dzięki rosyjskiej prasie i telewizji (choć głównymi tematami omawianymi ze mną w studio było usunięcie pomnika w Toruniu, zaproszenie do NATO itp) Rosjanie wciąż kombinowali, co by mi ukręcić za niezapowiedziane przypłynięcie.
Poznałem w tym czasie z nazwiska i tytułu wszystkich pograniczników, wszystkich ważniejszych notabli w okręgu murmańskim, wszystkich pozostałych w mieście - mimo lata - żeglarzy. Nikt nie mógł mi pomoc wydębić przejścia dalej na wschód. Po prawie dwu tygodniach przepychanki, Ruski wymyślili, że mnie oskubią (np. grzywna, do zapłacenia której skłaniali mnie *kłamliwym* oświadczeniem, że po jej opłaceniu zezwolą na kontynuację rejsu) i nie będzie mnie stać na opłaty kanałowe i podroż powrotna przez Bałtyk. Gdy już zmieniłem dość dewiz na grzywnę, Dymitr, kłamliwy pogranicznik (opłacanie odbywało się na kei, bez świadków, a zachowanie Dymitra, krewnego gen. K*, przypominało dawne zwyczaje naszych cinkciarzy), dał mi do podpisu decyzje o zakazie płynięcia na Morze Białe i o wydaleniu z Rosji. Data na nim była SPRZED czasu, gdy obiecywano mi, prawo drogi, po opłaceniu tej grzywny. Tym samym ruchem wyjąłem mu z ręki moje pieniądze i oddałem dokument. Dymitr był nieuzbrojony, a ja wskoczyłem na chybotliwy pokład jachtu.
Przypłynął tam wtedy "lake-max" m/s "Ziemia Tarnowska", pod kapitanem Franciszkiem Włodarczykiem. Miły, młody facet, w czasie niekodowanej rozmowy radiowej z redy zaproponował mi wzięcie jachtu na pokładzie do Hamburga. Ruski podsłuchali i znów przypier.. mi grzywnę, bym nie miał jak kontynuować na wschód. Teraz opłacenie grzywny miało być podstawą ich pozwoleństwa na wyjazd OD nich (w myśl zasady z "Akwarium" Suworowa: "rubl' za wchod, dwa rublia za wychod"). Tę grzywnę pośpiesznie zapłaciłem.
Tymczasem nazajutrz Włodarczyk przypomniał sobie, ze w Hamburgu nie może się pojawić z niezgłoszonym armatorowi (PŻM) ładunkiem i pasażerem, a gdyby mnie zgłosił, pewnie (chyba, być może) nawet jakby się armator zgodził, to nie byłoby mnie stać na fracht, bilet, wyładunek.
Włodarczyk był cały w przeprosinach, przedstawił mnie lokalnemu reprezentantowi PŻM, agencji Nordmor-Sjerwis, a załoga pomogła mi poprawić radio, uzupełnić zapasy, opróżnić parę piw. Stałem się potem częstym gościem w Nordmorze. Dzięki nim uzyskałem wreszcie telefaksowy kontakt ze światem. Niestety, wkrótce polski tramp wyszedł w morze.
Wtedy zdecydowałem się. Powiedziałem Ruskom, ze OK, poddaję się. Wracam tą samą droga. O to im cały czas chodziło. Ostatnie godziny czekania na odpływ spędziłem pijąc wódkę ("zawęszając" chlebem) z ruskimi dokerami i grając z nimi w szachy. Pamiętam, ze ku zaskoczeniu wszystkich, początkowo kilkakrotnie z nimi wygrałem. Później łatwo wlepiali mi mata po kwadransie gry. Dokerzy cala gromada odprowadzili mnie na keje. Pogranicznicy byli zdziwieni tym pożegnaniem. Do paszportu nie wbito mi żadnej pieczęci. Oficjalnie NIE byłem w Rosji.
Potem holownik (niejednego karalucha zjadłem na nim z matrosami, gdy w dobrej wierze zapraszali mnie na pokład na ziemniaki z cebulą - główne danie matrosów w ciągu trzyletniej służby) wyholował mnie na Zaliw, omijając "Kuzniecowa" szerokim lukiem. Przez cały Zaliw przehalsowałem sam. U wylotu spotkała mnie kanonierka. Zapowiedzieli, że będą mnie eskortować. Ale pod fale, zachodni wiatr i prąd "Maryśka" nie płynęła szybciej niż 1,5-2 węzły. Ruski zaczęli się niecierpliwić.
Bardzo szybko zgodzili się na moją propozycję "buksirowki". Obiecali, że nie przekroczą sześciu węzłów "po wodzie" i podali hol. Gruby na 2 cm, polipropylenowy, pływający. Idealny. Gdy zaczęli holowanie i "Maryśka" zaczęła być samosterowna, poszedłem spać. Rano zwolnili, odrzuciłem ich hol, włączyłem gps i.. zacząłem kląć jak szewc. Ruski ciągnęli mnie przez całą noc nie na zachód, do Norwegii, tylko w kierunku najbliższych wód międzynarodowych, na północny wschód. W kierunku Nowej Ziemi! Na odchodnym jeszcze pogrozili, że jeśli popłynę na Morze Białe to mnie załatwią.
Zacisnąwszy zęby, halsowałem cały dzień na zachód. Oswoiłem się z myślą, że jak dobrze pójdzie albo wrócę w październiku, lub listopadzie, albo zostawię łódkę w Norwegii, by dokończyć powrotu w następnym sezonie. Tymczasem wiatr zaczął zamierać. Byłem na długości Połostrowia Rybacziego. Prąd spychał mnie wstecz, na wschód. Gdy włączyłem silnik, zdołałem się przemieszczać z prędkością ok. 0,5 węzła "nad dnem" w kierunku Kirkenes. Wieczorem na horyzoncie pojawił się duży niszczyciel. Podpłynął do mnie. Podpłynął ponton z dwoma marynarzami i dwoma oficerami. Spytali, co mi się stało, że nie przemieszczam się. Brak wiatru nie był wiarygodnym powodem. Poprosiłem więc żeby, skoro im tak spieszno się mnie pozbyć, naprawili fuszerkę swoich kolegów i pociągnęli mnie te parę mil, których mi brakło do granicy norweskiej. Oficerowie przekazali to przez radio i dostali rozkaz czekać na decyzje z góry. Było zimnawo. Zaprosiłem ich na pokład. Odprawili ponton z marynarzami. Zrobiłem grog z goździkami. Jednemu z nich nie było dane go skosztować. Kiwanie jachtu na martwej fali było ponad jego siły. Wezwał ponton. Szaro-sinego oficera odwieziono na macierzysty pokład. Przekazał moja prośbę o prognozę wiatru. Wkrótce przywieziono z powrotem zarówno kartkę z prognoza jak i w prezencie dwa bochenki chleba.
Wiecie co? Wielu rzeczom dziwiłem się w Rosji, najczęściej in minus. Ale nigdy w życiu nie jadłem lepszego chleba, niż ten, świeżo upieczony w byle jakim piecu przez rezerwistów na okręcie, który od dwóch miesięcy nie był w porcie!
Po pewnym czasie przyszła odpowiedz z samej góry, od gen. Kaszenko (*ten sam, który decydował o grzywnie i wydaleniu za "niezapukanie"; teraz nie lubię kaszanki!). Niszczyciel miał mnie holować do... Murmańska. Żadne ilości "piany" nie pomagały, nic co powiedziałbym nie zmieniłoby decyzji podjętej na takim szczeblu. Założyłem hol, zrobiłem klar portowy na pokładzie i poszedłem spać. Rano byliśmy znów koło Siewieromorska. Tam czekał znów ten mały holownik, dowodzony był przez tego nieudacznika, który mnie kiedyś tak ciekawie holował. W czasie manewrów odbierania holu holownik wyrznął dziobem w śródokręcie "MM". Zrobiłem mu wstyd, protestując przez UKF na 16. kanale, żądając spokojnego holowania, pouczając co do reguł manewrowania. Do portu droga była bez przygód. A w porcie poinformowano mnie, że TERAZ mogę sobie spokojnie sam płynąć, byle do Norwegii.
Jak mi już przeszła furia, zacząłem myśleć. Sierpień kończył się. Straciłem cztery dni na tę próbę powrotu. Droga zachodnia była właściwie odcięta przez koniec lata, droga wschodnia być może nie istniała nie tylko przez zakaz administracyjny, ale może z innych przyczyn. Może "Biełomor'Kanał" nie istnieje, jest tylko wytworem sowieckiej propagandy? Może maja tam coś czego nie mogą pokazać, niewidocznego z satelit? Prosperujący do dziś dnia obóz koncentracyjny? Jedyna możliwość opuszczenia Murmańska bez zostawiania tu jachtu to modyfikacja pomysłu kapitana Włodarczyka. Musiałem znaleźć jakiś obcy statek (polskie nie były w planie, a ruskie nie zgodziłyby się) który by mnie stąd zabrał. Przebrany w kask i dokerską kufajkę obszedłem wszystkie stojące w porcie statki. Najbardziej obiecujący wydal się Turek "Hadji Ismail Kaptanoglu" ładujący od tygodnia stal do Casablanki w Maroku. Miał olbrzymie dźwigi do wyładunku w portach pozbawionych wyposażonych nabrzeży. Młody turecki kapitan (E. Ugul) powiedział, ze gdyby mógł, chętnie by mnie podwiózł z moim jachtem na południe i zwodował na morzu. Ale on był ostatni dzień na służbie. Za dwa dni miał przybyć jego zmiennik.
Czas ten wykorzystałem na wysłanie z "Nordmor"-u formalnej prośby o wzięcie mnie na pokład, skierowanej telefaksem do właściciela statku, do właściciela ładunku i do nowego kapitana. Poprosiłem też o wystosowanie podobnych, popierających mnie listów, przez konsula generalnego J. Skotarka, jak i przez kapitana J. Kulińskiego. Dzięki Jurkowi Kulińskiemu moja prośba miała oficjalne poparcie p. Tomasza Gajka z GOZŻ.
Potem pojechałem w tajgę z najbardziej zaprzyjaźnionym ze mną dokerem Wową i jego kobitką Irą (żyli "na kartę rowerową" od kilku lat, twierdza, ze małżeństwa w Rosji stały się niemodne) o "turbazy dokieraw". Wowa kończył tam budowę swojego jachtu (przybrzeżny sloop balastowy, około 8m; maszt... tytanowy :). Chodziliśmy w tajgę zbierać grzyby. Wowa pokazywał mi swój zimowy teren łowiecki i opowiadał setki kapitalnych ruskich dowcipów. Regaciłem się na płytkich rozlewiskach na pograniczu tundry i tajgi na małych trimaranach z Ruskami z ośrodka. Opiekałem się w ruskiej łaźni, gdzie zostawiłem jeden z moich sztormiaków (-:. Czytałem ruską książkę o Telidze, piłem, jadłem, rozmawiałem. W ciągu tego dnia zregenerowałem się psychicznie. Znów byłem gotów gryźć.
Gdy kapitan Can Sener przybył i jego statek skończył załadunek, wszystkie strony zgodziły się, by "Moja Maria" opuściła Murmańsk "na barana". Wowa z drugim dokerem zbudowali z belek dla "Maleństwa" na pokładzie "świętobliwego Ismaiła, Kapitańskiego Syna" kołyskę większą niż sam jacht. "Chytry plan" przewidywał wodowanie na wodach otwartego Morza Północnego.
Wasz Tomek
ps.
Zwykle, opowiadając, trudno się ustrzec podbarwiania. Tym razem musiałem nie dobarwiać, by zachować wiarygodność. Jednego tylko wciąż żałuję. Powinienem był "olać" wszelkie względy i pójść najkrótszą droga do Białomorska. Przynajmniej bym coś osiągnął. Przecież by mnie za to nie stuknęli. A gdyby nawet, to co tam...
co było dalej